Actions

Work Header

KRUCZY KOCHANEK | The Raven’s Lover

Chapter 6: ROZDZIAŁ 5

Chapter Text

Felix westchnął cierpiętniczo, gdy po raz kolejny w ciągu dwóch ostatnich godzin próbował zmienić swoją pozycję na nieznośnie twardym i niewygodnym krześle w sali wykładowej. Drewniane oparcie, chłodne i bezlitośnie sztywne, wciskało się w jego plecy dokładnie tam, gdzie kręgosłup błagał o litość. Przechylił się nieznacznie do przodu, po czym zgarbił ramiona i oparł łokcie na kolanach.

Piekący ból w dolnej części pleców był już niemal stały, przeszywający i tępy zarazem. Czuł, jakby każda próba znalezienia wygodnej pozycji tylko przesuwała niewygodę z jednego mięśnia na drugi. Kość ogonowa, wcześniej tylko odzywająca się delikatnie, teraz pulsowała nieprzyjemnie z każdym oddechem, jakby ktoś wciskał w nią tępą końcówkę długopisu. Mrowienie rozlewało się z dolnej części pleców, wędrując wzdłuż uda niczym zimny dreszcz. Było coraz bardziej wyraziste i niepokojąco głębokie, sięgające tylnego mięśnia dwugłowego.

Miał wrażenie, że zaraz osunie się z krzesła. Nie z wycieńczenia, ale w czystym geście buntu ciała przeciwko tej fizycznej torturze. Splecione palce na karku mimowolnie zacisnęły się mocniej, jakby miały powstrzymać mózg przed eksplozją frustracji.

Dobrze, że siedział w jednym z ostatnich rzędów. Gdyby ktoś patrzył na jego ciągłe wiercenie się, krzywienie ust i drobne, niemal spazmatyczne ruchy biodrami w poszukiwaniu ulgi, mógłby pomyśleć, że coś go opętało. Albo ktoś. W tylnej części sali wykładowej, mógł choć odrobinę ukryć swój dramat za rzędem pochylonych głów i niekończących się notatek.

Z przodu profesor Chong trajkotał bez wytchnienia o analizie związków w drugiej fazie oraz badaniach właściwości strukturalnych zwiększających biodostępność. Głos wykładowcy był jednostajny i monotonny. Rozbrzmiewał gdzieś w tle, niczym biały szum niezdolny przebić się przez narastający zgiełk bólu i napięcia, które opanowały ciało Felixa.

Nie był już w stanie go słuchać. Słowa profesora zlewały się w bezkształtny bełkot, który wpadał jednym uchem i natychmiast ulatywał drugim, nie pozostawiając po sobie nawet echa sensu. Ból ćmił coraz mocniej oraz głębiej w kościach i mięśniach, jakby organizm próbował sam z siebie zapomnieć, że jeszcze powinien współpracować.

Już gdzieś w połowie wykładu Felix zrezygnował z robienia notatek. Jego długopis leżał bezwładnie na otwartej stronie zeszytu, na której ostatnie zdanie kończyło się urwaną literą, jakby ręka odmówiła posłuszeństwa dokładnie w tym samym momencie, co umysł. Mentalnie oderwał się od rzeczywistości, odciął od nudnego wykładu, od szmerów sali, od sztywnego oparcia, które wbijało mu się w plecy z niemal sadystyczną systematycznością.

Przymknął oczy na kilka sekund, nie ze znużenia, ale z desperackiej potrzeby przekierowania uwagi. Próbując stłumić sygnały płynące z ciała, by wygłuszyć ból, zatopił się we własnych myślach. A myśli Felixa od kilku dni nie należały do niego. Krążyły nieubłaganie wokół jednej osoby.

Jak bardzo abstrakcyjna była jego tęsknota za człowiekiem, którego spotkał raptem dwa razy?

Obecność Hyunjina w jego życiu była jak infekcja. Niespektakularna, cicha i rozprzestrzeniająca się niepostrzeżenie, jakby od środka zaczynało go zjadać coś niewidzialnego, czego nie da się zatrzymać. Najtrafniej mógłby go porównać do prionu. Podstępnej, niezwykle zakaźnej cząstki białka, która nie potrzebuje wiele, by rozpocząć proces destrukcji. Nie daje ostrzeżeń. Po prostu przenika i zaczyna działać cicho, metodycznie, aż zdrowe neurony przestają być sobą.

Właśnie tak działał Hyunjin. Wślizgnął się do świadomości niezauważalnie, osiadając gdzieś pomiędzy wspomnieniami dotyku a zapachem jego skóry. Każdy impuls nerwowy zdawał się nieść echo jego imienia. Zaczął obracać myśli w ruinę, przekształcając codzienność w labirynt obsesyjnych wspomnień. Felix z każdym dniem wyraźniej czuł, że coś się w nim zmienia. To było jak neurodegeneracja emocjonalna, która rozkładała Lee od środka. Choroba duszy, która postępowała coraz szybciej, coraz głębiej, coraz brutalniej.

Najgorsze w tym wszystkim było to, że Felix miał pełną świadomość tego procesu i nie potrafił racjonalnie uporządkować tego, co czuł. Czasami miał ochotę podejść do ściany i walić w nią głową tak długo, aż ta cholernie przystojna twarz zniknie z jego myśli, aż przestanie słyszeć aksamitny głos, aż te pieprzone czarne oczy przestaną wwiercać się w niego.

Hwang Hyunjin siał spustoszenie w jego głowie.

Najgorsze w tym wszystkim było to, że w całym tym szaleństwie Felix tego spustoszenia pragnął. W tej emocjonalnej infekcji było coś, co dawało mu poczucie życia.

Lee Felix pragnął Hwang Hyunjina.

Pragnął go z taką intensywnością, że chwilami brakowało mu tchu. Pragnął jego obecności i tej ciepłej, magnetycznej aury, która rozlewała się po pomieszczeniu, gdy tylko wchodził. Pragnął jego czułego oraz delikatnego dotyku, który jednocześnie był na tyle pewien, że zostawiał na jego skórze długotrwały ślad.

Lee Felix chciał czuć Hwang Hyunjina.

Chciał czuć jego zapach, który wsiąkał w jego skórę oraz ubrania, pozwalając blondynowi zaciągać się nim długie godziny po ich spotkaniu. Chciał czuć ciężar jego gorącego ciała, kiedy znajdował się pod nim. Chciał czuć jego mokre, pełne wargi, gdy pozwalał mu naznaczać swoją skórę krwistoczerwonymi malinkami. Chciał znowu poczuć to dziwne uczucie absolutnej przynależności, kiedy patrzył w jego ciemne, hipnotyzujące oczy i wiedział, że przez ten jeden moment należał tylko do niego.

To było uzależniające.

Dziś wieczorem ta irracjonalna tęsknota miała zostać zażegnana. Blondyn czekał na ten moment z rosnącym napięciem i niecierpliwością, która ściskała mu żołądek. Miał już ułożony szczegółowy plan rozpisany na podpunkty. Wiedział co musi zrobić po powrocie do domu, jak się przygotować, by wszystko poszło zgodnie z założeniami.

Minho przesłał mu wczoraj wiadomość z dokładnymi danymi lokalizacyjnymi oraz konkretną godziną odbioru, która miała odbyć się niedaleko Gangnam. Dołączył do tego ściśle sprecyzowane wytyczne, by zakrył dokładnie twarz, a blond włosy schował pod jakimkolwiek nakryciem głowy. Żadnych kompromisów.

Felix nie dyskutował z żądaniami starszego Lee, choć w duchu gardził tymi „farmazonami". Wiedział jednak doskonale, że nie miał nic do gadania w tej kwestii. Zdążył się przekonać, że Minho nie tolerował sprzeciwu i nie zamierzał wystawiać się na gniew mężczyzny oraz jego pieprzonego srebrnego glocka, który niejednokrotnie przypomniał mu o tym jak cienka jest granica między przywilejem a śmiercią. Wiedział, że musi się podporządkować.

Gdy tylko przypomniał sobie moment otrzymania smsa od Minho, w głowie Felixa niepostrzeżenie pojawił się obraz Wooyounga. We wspomnieniu widział szok i czystą, nieukrywaną panikę wymalowaną na bladej twarzy przyjaciela, który stał nieruchomo w korytarzu, ze wzrokiem wbitym w jego dekolt. Był pewien, że Woo dostrzegł wtedy ślady, które Hwang zostawił na jego skórze podczas ich ostatniego spotkania.

Przez chwilę poczuł ulotną ulgę, że Wooyoung, sparaliżowany tym, co zobaczył, po prostu odwrócił się bez słowa i odszedł. W tamtej chwili Felix nie byłby w stanie mu niczego wyjaśnić, nawet gdyby chciał. Emocje, które kipiały między nimi podczas szczerej rozmowy na „tyłach" były tak silne i skomplikowane, że bał się, że mógłby się złamać i wyjawić wszystko. Musiał wymyślić jakieś tymczasowe kłamstwo, by ochronić siebie. Tylko czy Felix umiałby okłamać Woo?

Klatka piersiowa Lee zaciskała się boleśnie na samą myśl o tym, że mógłby zawieść Wooyounga. Był dla niego jak brat, którego nigdy wcześniej nie miał. Od momentu przyjazdu do Korei Jung był jedyną osobą, na którą mógł liczyć bez względu na wszystko. Myśl o utracie go paraliżowała, do tego stopnia, że przez chwilę zapomniał nawet jak oddychać.

Zamknął ponownie oczy i gorączkowo próbował zebrać swoje rozbiegane myśli, szukając sposobu, by poradzić sobie z tym ciężarem. Czuł się rozdarty i zagubiony, jakby rozrywały go sprzeczne uczucia, z których żadne nie dawało mu spokoju.

Przez moment Felix przeszedł od wewnętrznego chaosu do zaciśnięcia pięści z determinacją. Musiał znaleźć sposób, by sprostać czekającym na niego wyzwaniom, nawet jeśli miałoby to oznaczać dalsze kłamanie, ukrywanie prawdy i zakopywanie własnych uczuć jeszcze głębiej.

Z każdą kolejną minutą słowa profesora drażniły uszy blondyna, choć tak naprawdę nie wsłuchiwał się już w żadne z nich. W jego głowie myśli zderzały się ze sobą, tworząc narastający chaos. Hyunjin. Minho. Wooyoung. Ich imiona krążyły po jego umyśle niczym echo niespełnionych pragnień, strachu i ukrytego poczucia winy. Każda z tych postaci niosła za sobą inny ciężar i wszystkie spadały na niego naraz, przygniatając go od środka.

Serce tłukło się w jego klatce piersiowej jak oszalałe. Czuł, że traci panowanie nad własnym ciałem. Próbował się skupić na czymkolwiek. Na własnym oddechu, na notatkach przed sobą, ale wszystko stawało się tylko tłem dla tego, co działo się wewnątrz niego.

Wszystkie stłumione emocje w tej jednej chwili wybuchły z pełną mocą. Pulsujący ból rozlazł się po jego skroniach, a gardło zacisnęło się mocno, uniemożliwiając mu przełknięcie śliny. Chciał krzyczeć, uciekać, schować się gdziekolwiek, byleby tylko zatrzymać burzę w swojej głowie.

Palce zacisnęły się na krawędzi małego stolika z taką siłą, że paznokcie wbiły się w miękką imitację drewna. Czuł, jak napięcie roznosi się po całym ciele niczym prąd. Mięśnie zaczęły sztywnieć, oddech stał się szybki i płytki, a świat dookoła zaczął wirować w rozmazanych barwach. Felix próbował jeszcze raz złapać oddech, ale każde kolejne uderzenie serca wysyłało impuls nerwowy niosący za sobą imię Hwanga, ostrzeżenia Minho, wspomnienie spojrzenia Wooyounga, które paliło jak wyrzut sumienia. Miał ochotę wrzasnąć. Miał ochotę zniknąć.

Felix zgarbił się bardziej, ale wtedy drewniany element oparcia krzesła boleśnie wbił się w jego kręgosłup. Ostry i tępy ból przeszył go jak ostatni gwóźdź do trumny. To był punkt krytyczny. Nie wytrzymał.

Zerwał się na równe nogi z taką gwałtownością, że krzesło zapiszczało nieprzyjemnie na podłodze, a kilka osób w sali uniosło głowy. Szmer rozmów ustał, a wzrok kilkudziesięciu osób momentalnie skupił się na jego sylwetce. Felix nie patrzył na nich. Z oczami utkwionymi w podłodze ruszył w stronę drzwi, które wydały się jedynym możliwym wyjściem z tej więziennej klatki własnych myśli. Drzwi zamknęły się za nim z cichym trzaskiem. W sali zapanowała cisza pełna pytań i niepokoju, a potem cichych szeptów.

Jego kroki przyśpieszyły, zmieniając tempo szybkiego marszu w trucht. Mając oczy szeroko otwarte, poruszał się z rozchylonymi ustami, w milczącym akcie łapania powietrza, które nie chciało wpełznąć do jego płuc. Każdy jego ciężki krok rozbrzmiewał echem w pustym korytarzu. Serce waliło mu jak oszalałe, tak intensywnie, że miał wrażenie, iż zaraz wyskoczy mu z piersi. Napięcie pulsowało w skroniach, sięgając granic wytrzymałości. Mięśnie napięły się jak przed ucieczką, dłonie zaczęły drżeć, a wzrok stawał się coraz bardziej nieostry i rozmyty, przez co nagle przestał dostrzegać wyraźne kontury.

Felix szukał samotności. Potrzebował przestrzeni i ciszy, by się uspokoić. Jakiejkolwiek namiastki bezpieczeństwa, której mógłby się chwycić, zanim panika ogarnie go całego. Kroczył przed siebie na oślep, doskonale wiedząc, gdzie stawiać swoje stopy. Przemierzał ten korytarz tyle razy w ciągu ostatniego roku, że mógłby zrobić to z zamkniętymi oczami.

Dotarł do łącznika, który stanowił przeszklony z jednej strony korytarz. W czasie zajęć pozostawał niemal zupełnie pusty, tak jak teraz. Wiedział, że nikt z jego grupy seminaryjnej go tu nie znajdzie. Po przekroczeniu progu szklanych drzwi od razu podszedł do swojego ulubionego okna, z widokiem na niewielki ogród uczelniany.

Gdy tylko zajął miejsce przy szybie, pochylił się lekko do przodu, opierając czoło o zimną taflę szkła. Chłodna powierzchnia od razu przyniosła mu ulgę w pulsującym bólu w miejscu styku, sprawiając, że blondyn zadrżał lekko, ale się nie odsunął. Zamknął oczy i skupił się na swoim oddechu.

Wdech i wydech.

Oddech miał nierówny, jakby płuca nie chciały współpracować z jego świadomością. Dopiero z każdym kolejnym wdechem i wydechem rytm zaczął się stabilizować. Felix próbował się wyciszyć. Nasłuchiwał uważnie swojego przyśpieszonego tętna, które powoli zaczynało słabnąć.

Nie chciał, by ktokolwiek go zobaczył w tym stanie. Nienawidził tych chwil, gdy emocje brały górę, a logika i opanowanie przestawały mieć jakiekolwiek znaczenie. Po śmierci rodziców ciężko pracował nad tym, by nigdy nie okazywać swoich słabości. By trzymać nerwy na wodzy. Teraz czuł wobec siebie ogromne rozczarowanie, że pozwolił, by sprawy zaszły tak daleko, że stracił nad sobą kontrolę. Myślał, że ma już ten etap za sobą. A jednak się mylił. Wystarczyło, że otworzył się choć trochę na własne uczucia i pragnienia, które od lat systematycznie w sobie tłumił.

Gdy poczuł, że jego oddech się wyregulował, a serce zaczęło bić spokojniej, niepewnie uniósł głowę. Spojrzał przed siebie, koncentrując wzrok na największym drzewie w ogrodzie. Rozłożyste gałęzie kołysały się powoli na wietrze, mieniąc się w promieniach słońca odcieniami pomarańczu, złota i czerwieni. Dopiero teraz, siedząc tak blisko okna, uświadomił sobie obecność chłodnego powietrza.

Zawsze miał wrażenie, że powietrze na łączniku było czystsze, bardziej przejrzyste. Nieraz się zastanawiał, czy to kwestia nieszczelnych szyb, czy tylko złudzenie, które sobie stworzył. Teraz, czując, zimny powiew muskający wierzch dłoni, wiedział, że to była prawda. I w tym, w jakimś paradoksalnym sensie, było coś kojącego.

Wodził wzrokiem po uczelnianym pejzażu, który z wolna pochłaniała nieubłagana jesień. Lubił ten widok. Był przyjemny dla jego wyczulonej estetyki. Kątem oka obserwował studentów wychodzących z sąsiedniego budynku. Uśmiechnięci, zgarbieni ze zmęczenia, formowali się w mniejsze grupki, najwyraźniej umawiając się na wspólne wyjście na miasto.

Do jego głowy bez ostrzeżenia przyszła niechciana myśl.

Sylwetki tych ludzi wydawały się zaskakująco duże. Zupełnie inne niż te, które znał z widoku ogromnych okien w gabinecie Hwanga w Hongdae.

Kurwa mać.

Fala frustracji uderzyła w niego tak gwałtownie, że aż zadrżał. Z gardła wyrwało mu się ciche, przeciągłe warknięcie. Pochylił głowę w przód i z impetem uderzył nią w chłodne szkło, które zadrżało pod siłą jego ciała. Zacisnął szczęki tak mocno, że aż zabolały go zęby. Dlaczego jego świadomość mu to robiła? Dlaczego, do cholery, zawsze znajdowała sposób, by wrócić do niego? To nie powinno mieć nad nim władzy, a jednak miało.

Poderwał się z miejsca zdecydowanie za szybko, bo momentalnie poczuł nieprzyjemne zawroty głowy. Aby złapać równowagę, cofnął się o krok, w tym samym momencie upuszczając książkę od chemii. Podręcznik uderzył głucho o podłogę, otwierając się na przypadkowej stronie. Towarzyszyło temu jeszcze gorsze nieszczęście. Wolne kartki z notatkami, dotąd niedbale wciśnięte między stronami, rozsypały się na wszystkie strony.

Felix zamarł w bezruchu. Wpatrywał się w bałagan u swoich stóp, rozchylając usta w czystej bezradności i głębokim niedowierzaniu. Czy naprawdę musiał go prześladować permanentny pech?

– Kurwa, no nie – wyszeptał ledwo słyszalnie. Stał tak przez kilka długich sekund, pogrążony w litości nad sobą i swoim cholernym losem.

W końcu zrezygnowany, klęknął na jedno kolano i pośpiesznie zaczął zagarniać rozrzucone kartki w niechlujną stertę. Gdy sięgnął ręką po znienawidzoną książkę, przez okno wpadł nagły błysk światła. Słońce zaświeciło mocniej, zalewając cały korytarz złotą łuną. Felix aż się skrzywił, gdy ostre światło poraziło jego wrażliwe oczy. Odruchowo odwrócił głowę w bok i wtedy dostrzegł kogoś za szklanymi drzwiami.

Mężczyzna.

Stojący po drugiej stronie łącznika, z oddali łudząco przypominał jednego ze studentów. Długie, rozkloszowane jeansy w odcieniu granatu. Biało-zielona bluza z kapturem na wzór baseballówki. Srebrne, nauszne słuchawki z błyszczącym logo Samsunga. Wszystko to wyglądało tak podręcznikowo, tak sztampowo, że aż niepokojąco. To wzbudziło jego czujność. Dlaczego ktoś tak oczywisty, tak stereotypowy znajdował się tutaj, gdy na obu wydziałach wciąż trwały zajęcia? Felix zmarszczył delikatnie swoje brwi w zastanowieniu, a coś w jego głowie magicznie kliknęło, uruchamiając z powrotem jego analityczne myślenie.

No po prostu, kurwa, no nie.

Poprawił notatki na ramieniu, ruszając powoli w stronę kolejnych zajęć. Zbliżając się do drzwi, sięgnął do kieszeni po telefon. Ekran odblokował się automatycznie na widok jego twarzy. Jednym, płynnym ruchem przesunął palcem po ekranie, włączając aparat, tylko po to, by niepostrzeżenie sprawdzić, czy lampa błyskowa na pewno była wyłączona. Potem szybko przystawił urządzenie do ucha. Palec wskazujący znalazł się na przycisku pogłaśniania niby przypadkowo.

– Halo? – powiedział wyraźnie do telefonu, przechodząc przez szklane drzwi tuż obok nieznajomego mężczyzny. – Tak. Już skończyłem zajęcia – odpowiedź zabrzmiała naturalnie. Nawet z lekkim znużeniem, jakby naprawdę rozmawiał z kimś znajomym. W rzeczywistości rozmawiał tylko sam ze sobą, wykonując serię gestów, które miały wyglądać zwyczajnie. Środkowym palcem poprawił niesforne pasmo blond włosów, zakładając je za ucho, by odciągnąć uwagę od minimalnego napięcia mięśni palca wskazującego. – Spotkajmy się tam, gdzie zawsze.

Zakończył połączenie i bez wahania schował telefon z powrotem do kieszeni. Mijając mężczyznę, nawet nie obejrzał się przez ramię. Zamiast wrócić na kolejny wykład, skręcił w stronę głównego wyjścia z budynku. Jeśli jego podejrzenia były słuszne to musiał natychmiast zmienić plany. I szczerze mówiąc, było mu to na rękę. Nie czuł się na siłach, by przesiedzieć kolejne trzy godziny w dusznej sali wykładowej.

Szedł spokojnym krokiem w kierunku przystanku autobusowego, w międzyczasie wyciągając słuchawki z torby. Nałożył je na głowę, nie włączając muzyki. Dla świata wyglądał jak każdy inny student. Zamyślony, lekko zmęczony, zatopiony w swoim świecie. Tymczasem jego zmysły pracowały na pełnych obrotach. Dotarł na miejsce i wmieszał się w tłum czekających ludzi. Niby od niechcenia zerkał co jakiś czas na elektroniczną tablicę z rozkładem jazdy, ale kątem oka nieustannie przeczesywał otoczenie. Powtórzył ten schemat kilkukrotnie. W końcu trafił wzrokiem na poszukiwaną przez siebie twarz w tłumie. Pozornie niczym się nie wyróżniała, ale Felix rozpoznał go od razu. Tym razem udawał, że rozmawia z kimś przez telefon, naśladując jego wcześniejsze ruchy. Nieudolnie.

Miał towarzystwo.

Na twarzy Felixa zagościł delikatny, wręcz kpiący uśmiech. Wziął głęboki wdech, odchylając lekko głowę do tyłu i unosząc wzrok ku niebu. Niby się tego spodziewał. Niby miał nadzieję, a jednak świadomość, że naprawdę ktoś go śledził była niepokojąca.

W jego głowie krążyło jedno, uporczywe pytanie: Czy ten facet na pewno był Krukiem?

***

Sala konferencyjna, choć z zewnątrz wyglądała jak część zwykłego, opuszczonego kompleksu przemysłowego, znajdowała się w sercu jednego z najściślej strzeżonych miejsc na południowych obrzeżach Seulu. Miejsce zwane przez wtajemniczonych „Gniazdem", było centralnym punktem spotkań z inwestorami oraz sojusznikami Czarnych Kruków. Betonowe ściany o grubości metra, były kilkukrotnie wzmacniane od środka. Na dachu magazynu oraz okolicznych budynkach zainstalowano system kamer i czujników ruchu o tak wysokiej czułości, że wychwyciłyby nawet przelatującego owada. Drzwi wejściowych pilnowali uzbrojeni strażnicy, których wyrazy twarzy sugerowały, że ostatni raz uśmiechnęli się mniej więcej w poprzednim życiu.

Wnętrze magazynu zdawało się przeczyć swojemu wyglądowi zewnętrznemu. Po przejściu przez metalową bramę, która otwierała się wyłącznie po zeskanowaniu odcisku palca lub kodu głosowego, wchodziło się do korytarza oświetlanego przez szereg przesadnie ozdobnych, kryształowych żyrandoli. Na ścianach błyszczała pozłacana sztukateria, prowadząc do wielkich, masywnych drzwi z ciemnego drewna.

Za drzwiami znajdowała się przestrzeń sali konferencyjnej urządzona z absurdalnym wręcz rozmachem. Na podłodze lśnił drewniany parkiet z ciemnego, lakierowanego dębu. Ściany pokrywała ręcznie tkana tapeta oraz zdobiły kryształowe lustra w złotych ramach. W każdym kącie były wyeksponowane dzieła sztuki warte fortunę, a pośrodku stał stół z litego drewna.

Atmosferę panującą w pomieszczeniu najtrafniej można było opisać jako profesjonalne skupienie z domieszką cichego cierpienia Lee Know.

Minho, Hyunjin i Bangchan siedzieli w przestrzeni tak cichej i hermetycznej, że można było w niej podsłuchiwać własne myśli. Spotkanie dotyczyło przyszłych transferów, strategii oraz rozkładu sił grupy.

Hyunjin jak zawsze zapięty na ostatni guzik, siedział w eleganckiej pozie z nogą założoną za nogę. Starannie poukładane notatki spoczywały pod jego złożonymi dłońmi, jakby za chwilę miał wejść na antenę i poprowadzić popołudniowe wiadomości, a nie omawiać logistykę przejęcia towaru z grupą na zachodzie. Kiwnął głową po raz trzynasty, udając, że naprawdę bardzo interesowało go to, co właśnie powiedział pan Tanaka.

Bangchan miał przed sobą ipada, na którym wyświetlał szczegółową mapę połączeń transferowych między Incheon a Osaką. Jego wzrok był skupiony, brwi miał ściągnięte. Myślał intensywnie nad rozwiązaniem problemu logistycznego, starając się przewidzieć wszelkie możliwe przeszkody na trasie.

Minho natomiast...

Siedział z pozorną gracją, nonszalancko oparty o róg krzesła, z dłonią pod brodą i znudzonym wyrazem twarzy. Od dobrego kwadransa walczył ze sobą, by nie zacząć bawić się spinaczem do papieru, który leżąc na notatkach Hwanga wybitnie go kusił swoją obecnością. Przez jego głowę przemknęła myśl, czy uda mu się opuścić to spotkanie przed kolacją, nie wzbudzając niczyich podejrzeń.

I właśnie wtedy, gdy Bang rozwodził się nad koniecznością udoskonalenia ciężarówek do nielegalnego przewozu broni, w jego kieszeni zawibrował telefon.

Dźwięku nie było, ale w tej sali nawet milimetrowy ruch ubrania brzmiał jak syrena alarmowa. Lee zamarł na pół sekundy, a potem bez słowa pochylił się lekko. Spojrzał spod rzęs, nie poruszając nawet głową, jakby był bohaterem filmu szpiegowskiego, który właśnie miał wyciągnąć swoją broń i zakończyć marne życia wszystkich tu obecnych. Japończycy wciąż mówili. Hyunjin kiwnął głową po raz czternasty. Chan był pochylony nad tabletem. Minho przesunął dłoń pod stół i jednym płynym ruchem wyciągnął telefon z kieszeni eleganckich spodni.

Wiadomość od Felixa.

Jedno zdjęcie.

Na ekranie widniała w przybliżeniu twarz jednego z ich ludzi, który został specjalnie wyznaczony przez Hwanga do obserwowania pisklaka na uczelni.

I jedna wiadomość.

„Wasz kwiatek? Niezbyt przystojny."

Minho nie miał szans. Naprawdę próbował. Całym sobą. Ale to przyszło nagle niczym kichnięcie w kościele podczas mszy, na której nigdy nie był. Powietrze, które trzymał w płucach wydostało się z niego pod postacią cichego parsknięcia, niemal natychmiast tłumionego ręką przy ustach. Zadrżał lekko, a ramiona podskoczyły, jakby właśnie zakrztusił się własną powagą.

Hyunjin zerknął na niego z ukosa z mordem wypisanym w oczach, jakby chciał mu przekazać, że zaraz będzie skończony. Jeden z Japończyków uniósł brew. Chan poderwał głowę, jakby usłyszał zagrożenie.

– Wszystko w porządku? – szepnął Hwang, pochylając się nieznacznie.

– Tak – mruknął Minho w odpowiedzi, opanowując grymas, który bardzo chciał przeobrazić się w szeroki uśmiech. – Przepraszam. Kontynuujcie.

Po godzinie spotkanie dobiegło końca. Japończycy wyszli jako pierwsi, a po ich twarzach nie było wiadome do końca czy coś rozumieli, czy tylko udawali. Drzwi za nimi zamknęły się miękko z kliknięciem tak delikatnym, że aż niepokojącym. Minho w końcu bez świadków pozwolił sobie na jeden krótki, autentyczny uśmiech. Bang pochylał się nad ipadem z wyraźnie napiętym karkiem, nanosząc nowe zmiany i kończąc dopisywać ostatnie ustalania ze spotkania.

Hyunjin przez cały czas nie powiedział ani słowa, tylko obserwował ich dwójkę. Najpierw Minho, potem Chana, następnie zerknął na telefon i zamyślił się przez chwilę. W końcu przerwał ciszę.

– Co to było? – spytał chłodno, bez cienia emocji.

Minho oparł się wygodnie na krześle i westchnął teatralnie pod nosem.

– A mówiłem, żebyście dawali bardziej gorących ludzi do śledzenia – rzucił pod nosem i sięgnął po swój telefon. – Blondyneczka napisała.

Hwang zamarł. Nie poruszył się nawet o milimetr, tylko jego oczy się lekko zwęziły, jakby światło nagle zaczęło go razić w źrenice.

– Felix? Czego chciał? – zapytał od razu Chan, patrząc na niego ze zdumieniem. – Nie mieliście się spotkać wieczorem?

Minho przesunął palcem po ekranie, aż odnalazł wiadomość. Obrócił telefon w stronę dwójki. Przez chwilę wszyscy w ciszy wpatrywali się w zdjęcie oraz krótki tekst, jaki wysłał Felix starszemu Lee. Hyunjin odchylił się lekko na krześle, jakby nagle coś uderzyło go w pierś od środka.

– Kiedy dostałeś wiadomość? – spytał bardziej rzeczowo.

– Siedem minut temu. Naprawdę próbowałem się nie roześmiać, ale sami musicie przyznać, że wiadomość jest co najmniej komiczna – Minho uśmiechnął się ponownie pod nosem, wciąż niedowierzając. – Rozszyfrował nasz ogon w mniej niż jeden dzień. Jestem pod wrażeniem. Zaimponował mi.

Hyunjin nic nie mówił, ale jego myśli biegły jak szalone. Z prędkością, jakiej dawno nie odczuwał. Skoro Minho dostał smsa zaledwie kilka minut temu to oznaczało, że Felix był na uczelni i musiał być świadomy obecności ich człowieka. Skoro zrobił zdjęcie to znaczyło, że go widział.

Przeniósł wzrok z telefonu na pusta przestrzeń nad sobą. W jego głowie zaczął pracować mechanizm, którego dotąd nie używał w tym kontekście. Był szczerze zaskoczony Lee Felixem, bo nigdy nie spodziewałby się, że ten niepozorny chłopak wykaże się takimi umiejętnościami. Wciągnął powietrze przez nos, zbyt powoli, aby nie zauważyć napięcia, które mu towarzyszyło. Czuł jak w jego ciele coś się przestawia. Jak struktura pożądania zaczyna opadać, robiąc miejsce dla oceny. Hwang Hyunjin nie był naiwny.

– On był sam na uczelni? – dopytał jeszcze Bang. – Albo miał kontakt z kimkolwiek z naszej strony prócz Minho?

– Nie powinien – Hyunjin odpowiedział cicho. – Ale jeśli zauważył, że jest obserwowany to znaczy, że albo już miał kontakt z takimi ludźmi, albo jego intuicja działa na ponadprzeciętnym poziomie.

Minho uniósł brew, przekrzywiając lekko głowę. Uśmiechnął się krzywo, mając jeden kącik ust uniesiony wyżej od drugiego i powstrzymując się przed kolejnym parsknięciem.

– Może to cię właśnie w nim uwiodło, Hwang.

***

Wieczór powoli kładł się cieniem na zatłoczonych ulicach miasta, a powietrze wypełniała mieszanka wilgoci i spalin. Lee Felix stał nieruchomo pod ogromnym, półprzezroczystym daszkiem przystanku autobusowego w odległej części miasta, której nie znał za dobrze. Daszek ledwie chronił go przed resztkami deszczu skraplającego się z ciężkich chmur, a nieprzyjemne zimno wkradało się przez zwilżony materiał ubrań. Jego postać była skryta niemal całkowicie. Czarna czapka z daszkiem mocno naciągnięta na czoło, wysoki kaptur bluzy narzucony na głowę i niebieska maseczka chirurgiczna zasłaniająca dolną połowę twarzy, sprawiały, że wydawał się niemal niewidzialny wśród przechodniów. Jedynie widoczne oczy lśniły w blasku ulicznych latarni.

Sprawdzając godzinę na ekranie telefonu, przelotnie zerknął raz jeszcze w wiadomości, by upewnić się, że na pewno czekał w dobrym miejscu wyznaczonym przez Minho. Rozejrzał się po okolicy. Stał dokładnie naprzeciwko wielkiego wieżowca, a po swojej prawej stronie miał charakterystyczny znak stacji metra.

Wiatr delikatnie smagał jego policzki, mocniej przewiewając przez materiał bluzy i chłodząc rozgrzane emocjami ciało. Każdy dźwięk otoczenia budził w nim rosnącą ekscytację i lekką nerwowość, jakby cały świat w tym jednym miejscu przestał istnieć poza jego oczekiwaniem. Felix wsłuchiwał się w stukot kroków na mokrej kostce brukowej, cichy szum aut, czy odległe rozmowy przechodniów.

Każda sekunda oczekiwania rozciągała się w nieskończoność, kiedy w końcu na ulicy pojawiło się znajome czarne auto. Zatrzymało się bezszelestnie przed przystankiem. Felix bez wahania podszedł do samochodu i wsiadł do niego bez słowa.

W środku zapach skóry foteli mieszał się z ledwie wyczuwalną nutą drogich, męskich perfum. Minho siedział wygodnie na drugim końcu kanapy, wpatrując się w niego z szerokim uśmiechem.

– Cześć, Blondyneczko.

– Minho – mruknął cicho Felix, czując już w kościach, że radość jego towarzysza była podszyta czymś zupełnie innym. Czy już miał się o siebie obawiać za tego durnego smsa?

– Trochę więcej optymizmu. Nie cieszysz się na mój widok?

– Mam być szczery? Zawsze jak cię widzę, jestem o krok od pożegnania się z tym światem.

Minho roześmiał się cicho pod nosem, jakby blondyn powiedział mu najwybitniejszy komplement, który łechtał jego ego. Obserwował jak Felix w samochodzie zdejmował niepotrzebne elementy garderoby, ukazując swoją jak zwykle nieskazitelną i pomalowaną twarz. Widział w makijażu starania chłopaka, bo ten prezentował się naprawdę pięknie z odrobiną srebrnego eyelinera w zewnętrznych kącikach oczu.

– Masz dzisiaj taryfę ulgową. Zobacz, nawet nie wyciągnąłem mojego maleństwa na powitanie.

Felix parsknął cichym śmiechem, kręcąc głową z niedowierzaniem. Dorosły facet mówił o swojej broni przesłodzonym tonem głosu, jak o małym dziecku, oznajmiając mu z rozbrajającą powagą, że dziś nie będzie mu nią groził. Komediodramat w czystej postaci i to wszystko za zasługą Lee Minho.

– Czuję się zaszczycony i spokojniejszy. Więc?

– Więc? – powtórzył Minho tym samym tonem, patrząc młodszemu prosto w oczy.

– Nie dostałem swojej odpowiedzi – mruknął roszczeniowo blondyn, krzyżując ramiona na swojej klatce piersiowej w obronnej postawie. – To był wasz człowiek?

Minho uśmiechnął się jeszcze szerzej. Zaskoczyło go, że wystarczyło kilka minut względnego spokoju, a Felix od razu przechodził do konkretów. Bez owijania w bawełnę. Lee Felix zaczynał go intrygować.

– Tak. Hwang go wysłał, by mieć na ciebie oko – przyznał szczerze szatyn, stwierdzając, że nie ma po co ukrywać prawdy. – Musisz wiedzieć, że skoro masz z nami styczność, to jesteś potencjalnym celem. Grozi ci niebezpieczeństwo ze strony innych grup. Zwłaszcza, że od teraz masz mieć bliski kontakt z Hwangiem, to stajesz się nim w praktyce. On robi, co może, żeby to ryzyko ograniczyć. Rozumiesz?

– Rozumiem. Wciąż to jest dla mnie zbyt nowe. I przerażające. Czułbym się bardziej komfortowo, gdybyście mnie o tym chociaż uprzedzili – Felix wyznał cicho, po czym wbił swój wzrok w krajobraz za przyciemnianą szybą. Wtedy zauważył, że samochód nie jechał w stronę Hongdae, gdzie znajdował się znany mu apartamentowiec. – Gdzie jedziemy?

Minho zawiesił dłużej wzrok na Felixie, widząc jak nieznacznie marszczą mu się brwi w zastanowieniu. Chłopak był naprawdę dobrym obserwatorem i dopiero teraz to wyłapał.

– Nie wiesz gdzie jesteś?

– Nie. Jestem tutaj pierwszy raz. Nie znam tej dzielnicy – odpowiedział młodszy Lee, wpatrując się w coraz biedniejszy krajobraz miasta. Po kilku długich minutach do Felixa dotarła myśl, że skoro w okolicy brakowało widoku wysokich budynków, musieli zapewne wyjechać poza granice Seulu. Resztę drogi Felix przesiedział w milczeniu, czując jak auto wypełnia się ciężką i mało komfortową ciszą.

Po blisko trzydziestu minutach auto zwolniło, wjeżdżając w boczną, niemal zupełnie niewidoczną bramę między dwoma magazynami. Otworzyła się ona automatycznie, jakby była częścią jakiegoś ukrytego mechanizmu. Za nią rozciągał się niewielki dziedziniec. Czysty i oświetlony dyskretnymi lampkami przy ziemi, które dawały jedynie tyle światła, ile trzeba. Po lewej stronie było widać ciemny budynek, który z zewnątrz wyglądał jak biurowiec w bardziej eleganckiej wersji. Żadne okno nie było oświetlone.

– Jesteśmy na miejscu. Tutaj nie musisz się zakrywać – oznajmił Minho, po czym wysiadł pierwszy z samochodu i bez słowa przeszedł na stronę Felixa, otwierając mu drzwi.

Felix wysiadł z auta niepewnie, od razu rozglądając się ostrożnie. W tym miejscu nie czuł się pewnie. Wszystko wydawało się inne. Nie było żadnych śladów ludzi, nie było widocznego monitoringu miejskiego. Nie było nikogo, kto w razie czego mógłby go uratować. Cholera. Poczuł jak nagle ogarnia go strach.

Ruszył za szatynem do tylnego wejścia do budynku. Smukłe, stalowe drzwi z ledwie widocznym panelem dotykowym otworzyły się automatycznie, gdy Minho zbliżył się do nich i zeskanował coś z kieszeni. Z każdym krokiem serce blondyna biło znacznie szybciej.

W środku powitała ich cisza, która aż dzwoniła w uszach. Wąski korytarz o ciepłym świetle prowadził wgłąb budynku, a w powietrzu unosił się zapach wanilii i drzewa sandałowego. Było coś nieuchwytnego w tym miejscu. Nie był to hotel. Nie był to też dom.

– Udanej nocy, Blondyneczko – mruknął sugestywnie Minho, gdy zaprowadził Felixa pod konkretny pokój. Zapukał cicho w drewnianą powierzchnię, po czym otworzył przed nim drzwi, nie dając mu nawet sekundy na mentalnie przygotowanie się przed wejściem do środka.

Felix wciągnął głęboko powietrze i przekroczył próg.

Oczy blondyna przyzwyczajały się do światła sączącego się z wnętrza apartamentu. Było ono miękkie, ciepłe i zaskakująco przytulne. Drzwi zamknęły się za nim bezszelestnie. Został sam z sercem bijącym gdzieś wysoko w gardle i przyśpieszonym oddechem.

Niepewnie postawił pierwszy krok. Oczami błądził w półmroku, szukając znajomej sylwetki Hwanga. Kiedy jego spojrzenie natrafiło na postać mężczyzny, Felix zamarł.

Nie był przygotowany na to, co zobaczył. I nigdy nie mógłby być.

Hyunjin stał zaledwie kilka kroków dalej, częściowo odwrócony bokiem, pochylony lekko przy niskiej półce z książkami. Jego ciało było nagie od pasa w górę, oświetlone subtelną lampką stojącą obok. Blask wydobywający się spod abażura delikatnie muskał jego skórę od dołu, rzucając na ściany rozedrgane cienie. Miał na sobie jedynie szare, dresowe spodnie, które stanowiły dolną część kompletu, z którego Felix niedawno ukradł mu bluzę. Materiał leżał luźno, niebezpiecznie nisko na jego wąskich biodrach, odsłaniając wyraźny zarys mięśni brzucha i cienką, ciemną ścieżkę włosków prowadzącą w dół.

Każdy centymetr jego torsu wyglądał jak wyrzeźbiony światłem. Można było dostrzec wyraźnie zarysowane mięśnie. Napięte, ale jednocześnie naturalne bez wymuszonej pozy. Na jego skórze wciąż połyskiwały pojedyncze krople wody, stanowiące ślady po niedawnym prysznicu. Niektóre z nich leniwie spływały po jego obojczykach, sunęły wzdłuż żeber, by zniknąć gdzieś na dole między fałdami szarego materiału.

Włosy Hyunjina były jeszcze mokre. Ciemne pasma przyklejały się do karku i szyi, tworząc cienkie strużki, którymi powoli podążała bezbarwna ciecz. Jedna z nich spłynęła po kręgosłupie, śledząc jego linię aż do zagłębienia u podstawy pleców. Wszystko to tworzyło nierealny obraz, jakby wyrwany z najskrytszych marzeń Felixa.

Felix stał nieruchomo, z oczami utkwionymi w tę jedną, niepowtarzalną chwilę. Świat wokół niego na moment przestał istnieć.

Brązowe tęczówki blondyna nie mogły oderwać się od sylwetki Hyunjina. Ciało odmówiło mu posłuszeństwa, zaskoczone, wręcz oszołomione nieoczekiwanym obrazem. W jego piersi coś się boleśnie zacisnęło. Serce przyśpieszyło swoją pracę, a gorąc wpełzł na poliki. Rozlał się po twarzy, aż po czubki uszu, które zapiekły. Oddech Felixa próbował nieudolnie dostroić się do powolnego rytmu kropel spływających po kręgosłupie Hwanga.

To nie był ten sam Hwang Hyunjin, którego Lee zapamiętał w swojej głowie jako uosobienie chłodnej elegancji. W nienagannym garniturze i z dystansem w spojrzeniu niczym piękna, nieosiągalna rzeźba. Teraz był po prostu Hyunjinem. Tak oszałamiająco ludzkim, że Felix poczuł, jak coś w nim się kruszy. I właśnie ta zwyczajność sprawiła, że był paraliżująco pociągający.

Ciepło w podbrzuszu zaczęło narastać falami. Zachwyt przeradzał się w fascynację. To, co czuł, nie było tylko pożądaniem. Hyunjin nie był już tylko obiektem fantazji. Był realny. Był jego. Przynajmniej przez tę krótką chwilę.

Felix przełknął ślinę z ogromnym trudem. Jego dłonie drżały niespokojnie, chcąc już sięgnąć i dotknąć kochanka. Każdy szczegół, od cienia mięśni na brzuchu po pojedyncze kosmyki włosów przyklejone do mokrego karku, zapadał mu w pamięci.

Obserwował Hwanga jak zahipnotyzowany i nie potrafił, nie chciał, oderwać oczu od wilgotnej oraz rozgrzanej skóry. Każdy centymetr ciała Hyunjina krzyczał do niego, prowokował i kusił.

– Felix – głos Hyunjina zabrzmiał z aksamitną miękkością.

Felix zadrżał na dźwięk swojego imienia, nieświadomy reakcji własnego ciała. Czuł gorąc w podbrzuszu, ścisk w przełyku. Zamiast powrócić do rzeczywistości, Felix poczuł, jak został wciągnięty w wir pożądania. Jego oczy błyszczały, a ciało napięło się w gotowości. Z gardła wydostał się niski, niekontrolowany dźwięk przypominający coś między sapnięciem a ostrzeżeniem.

– Hyunjin...

Imię starszego padło z ust blondyna, jakby samo w sobie było obietnicą, groźbą i błaganiem w jednym. Hyunjin odwrócił się powoli z wyraźną premedytacją. Doskonale wiedział, co robi. Usta miał lekko wygięte w kpiącym półuśmiechu, a w jego oczach tańczył niebezpieczny ogień.

Ich spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy. Felix chciał utrzymać wzrok na twarzy, na oczach kochanka, ale nie mógł. Ciągle wracał spojrzeniem do kropli wody snujących w dół linii brzucha. Hwang widział to, dlatego postanowił odezwać się ponownie.

– Oczy mam wyżej, Kochanie.

Kochanie.

To konkretne słowo uderzyło Felixa mocniej niż jakikolwiek dotyk. Było miękkie jak jedwab, a jednocześnie ostre jak sztylet. Hwang nigdy wcześniej nie mówił do niego w ten sposób.

Felix poczuł, jak jego oddech stał się cięższy. Walczył z instynktem, który kazał mu skrócić odległość między nimi. Całe jego ciało krzyczało, by porzucił wszelki rozsądek, zanurzył palce w tych mokrych włosach i zasmakował pełnych warg.

Hyunjin wciąż patrzył na niego z tym samym półuśmiechem, doskonale świadomy prowokujących słów, które za sobą zostawił. Stał niewzruszony, półnagi z wilgotnymi włosami i kropelkami wody wędrującymi po jego skórze w tempie tak bezwstydnym, że Felix miał ochotę rzucić się na nie i zatrzymać je językiem.

Lee zacisnął szczękę, wyprostował się i odetchnął głęboko. Z jego ust wyrwało się ciche parsknięcie, a w oczach błysnął cień rozbawienia. Coś gorącego wciąż w nim buzowało, ale teraz do tej energii dołączyła odrobina samokontroli. Potrzebna tylko po to, by rozegrać to na własnych zasadach. Nie zamierzał dać mu tej satysfakcji.

– Grasz nie fair, Hwang – głos Felixa był niższy niż zwykle, chropowaty od napięcia, ale opanowany. Słowa brzmiały jak zarzut, ale oczy zdradzały coś zupełnie innego.

Zamiast podejść do niego, Felix ruszył w przeciwną stronę. Dotarł do stojącego przy ścianie stołu i stanął przy nim odwrócony bokiem do kochanka. Jednym ruchem zdjął z siebie bluzę i rzucił ją niedbale na oparcie krzesła.

Hyunjin nie odpowiedział, ale blondyn czuł jego palący wzrok na sobie. I właśnie o to mu chodziło.

Z nieśpieszną gracją sięgnął dłonią niżej i rozpiął guzik spodni. W tym ruchu Lee było coś wyrachowanie niedbałego, gdy powolnie rozsuwał rozporek. Wzrok miał wyzywający, jakby nakazywał nim Hwangowi patrzeć i go podziwiać. Spodnie zsunęły się po szczupłych biodrach, po udach, aż opadły miękko na ziemię. Został tylko w ciemnej, przylegającej do ciała bieliźnie.

– Pozwól, że dołączę do twojej gry.

Felix sięgnął dłonią do kucyka i delikatnie zdjął z niego gumkę. Blond pasma miękko rozsypały się po ramionach, ocierając się o skórę niczym najcichszy szept, który rozpalał zmysły. Ten prosty gest rozbił niewidzialną barierę między nimi.

W ich spojrzeniach tliła się prawdziwa walka. Każdy oddech, każdy ruch był częścią bezsłownego tańca.

Pożądanie niemal rozrywało blondyna od środka.

Pochylił się nad stołem, a skóra jego ud oraz pośladków ukrytych pod materiałem bielizny niebezpiecznie się napięła. Zaczął snuć palcem wskazującym po płaskiej powierzchni blatu, przenosząc wzrok na chłodne w dotyku drewno.

– Zamierzasz mnie w końcu przywitać pocałunkiem? – mruknął zaczepnie do kochanka, zaczynając zsuwać swoją bieliznę. Gumka bokserek odsłoniła w połowie półkule pośladków, z przodu zatrzymując się nad podstawą penisa. – Czy może od razu wypieprzysz mnie na stole?

Felix uśmiechnął się niemal słodko, gdy spojrzał na Hwanga przez ramię.

Hyunjin patrzył na niego przez krótką chwilę, zaczynając ciężej oddychać. Wpatrywał się w odsłoniętą skórę, jakby ta przesłoniła mu widok na cokolwiek innego dookoła i stała się jego jedynym celem. Zrobił krok do przodu. Potem kolejny, powolny.

Gdy Hwang był o krok od niego, blondyn niespodziewanie wyprostował się. Błyskawicznie naciągnął z powrotem materiał bielizny i odwrócił się przodem do mężczyzny. Jego twarz zdobił jeden z najbardziej bezczelnych uśmiechów, jakie Hyunjin miał okazję w swoim życiu zobaczyć.

Felix doskonale zdawał sobie sprawę, że testował cierpliwość Hyunjina. Teraz z bliska widział jego zamglone pożądaniem oczy, które wydawały się znacznie ciemniejsze. Czuł na twarzy jego gorący oddech oraz widział napięte w złości mięśnie.

Hwang jednak nie miał zamiaru odpuścić ich małej gry. Wyciągnął ostrożnie dłoń, zahaczając delikatnie palcami o miękkie kosmyki włosów. Bawił się nimi przez moment, a ta drobna czynność kontrastowała z napięciem jakie biło z jego ciała. Dopiero po chwili jego ręka przesunęła się dalej.

Opuszki palców czule musnęły linię włosów tuż za uchem, wywołując przyjemne łaskotanie na skórze mniejszego. Snuły leniwie z największą czułością, aż do tyłu głowy.

Ramiona Felixa momentalnie pokryły się gęsią skórką, a ciche westchnienie uciekło spomiędzy rozchylonych warg. Już chciał zamknąć oczy z tej krótkiej przyjemności i poddać się drobnej rozkoszy, gdy nagle poczuł jak palce Hyunjina boleśnie wbiły się w jego szyję.

Hwang przyciągnął go do siebie gwałtownie za kark, wpijając się brutalnie w malinowe wargi kochanka.

Felix był całkowicie bezbronny, gdy Hyunjin całował go w ten sposób.

Ich usta ocierały się o siebie w żarliwym pocałunku. Brunet sam nie był w stanie się dłużej kontrolować. Koniuszkiem języka rozchylił wargi blondyna i wtargnął do wnętrza jego ust. Całował go zachłannie, nie mogąc się powstrzymać. Dłonie położył na biodrach chłopaka, by po chwili złapać go mocno i podsadzić do góry.

Lee usiadł na krańcu blatu. Uniósł jedną z nóg wyżej i zahaczył łydką o biodro Hyunjina. Zgiął mocniej nogę i przyciągnął go bliżej siebie, aż ich krocza zetknęły się ze sobą. Następnie wykonał krótki ruch biodrami, ocierając się niecierpliwie o kochanka.

Hwang sapnął cicho wprost do ust Felixa. Przerwał pocałunek i dysząc ciężko, spojrzał w brązowe tęczówki chłopaka.

– Cześć, Kochanie – przywitał się z szerokim, aroganckim uśmiechem. – Teraz dostaniesz to, czego chciałeś.

Felix nie mógł uwierzyć w bezczelność mężczyzny. Parsknął śmiechem i pokręcił głową z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy. Hyunjin potrafił go rozbroić na kawałki. Zamroczony pożądaniem i kierowany czystym, pierwotnym instynktem zaczął ponownie całować kochanka.

Rozbawienie nie opuszczało go ani na chwilę, nawet gdy ostatnie części garderoby spadły na podłogę. Uśmiech wciąż zdobił jego małą twarz, aż nagle zgasł, zduszony przez gwałtowny, urwany oddech.

Felix zatracił się bez reszty, gdy Hyunjin wszedł w niego głęboko.