Work Text:
Henryk zatrzymał Siwka przed bramą prowadzącą do kuźni. Był to budynek o jasnoniebieskich, nierówno otynkowanych ścianach, z narożami z ciemnego kamienia ułożonego w regularne bloki oraz z liliowymi obramowaniami okien. Przez krótką chwilę obserwował szyld kuźni, zawieszony na kutym, żelaznym wsporniku. Poklepał z wyczuciem szyję klaczy, okrytą żółtym czaprakiem ze skrzyżowanymi gałęziami herbu panów z Lipy, po czym niezgrabnie zsiadł z jej osiodłanego grzbietu. Noszona przez niego płytowa zbroja ograniczała płynność ruchów, a jej elementy zgrzytały o siebie, gdy się poruszał. Stanąwszy na ziemi, poprawił pas skórzanej sakwy przebiegający przez opancerzony tors, w której spoczywała owinięta w tkaninę księga. To ona była powodem, dla którego opuścił dom i udał się do sedleckiego klasztoru. Przed miesiącem zlecił bratu Wojciechowi wykonanie kopii manuskryptu Carmina Burana i dziś wreszcie mógł ją odebrać.
Długo zastanawiał się nad wyborem dzieła, które najlepiej posłużyłoby jego celom. Pomoc brata Wojciecha okazała się nieoceniona. Podczas dwutygodniowego pobytu w sazawskim klasztorze, gdzie jako nowicjusz Grzegorz poszukiwał Świętoszka, Henryk po raz pierwszy zetknął się z zakazaną przez Kościół Sztuką kochania Owidiusza. Nie miał jednak ani czasu, ani zbyt wielu możliwości, by ją przeczytać.
Henryk, trzymając w prawej dłoni uzdę własnego wierzchowca, na którego cicho zacmokał, z Orzechem idącym przy prawej nodze, przekroczył masywny, kamienny łuk z grubych, nierówno ociosanych bloków. Osadzono w nim ciężkie, drewniane wrota nabijane metalowymi okuciami – teraz stojące otworem, gdy kuźnia była dostępna dla nabywców. Minął warsztat płatnerza i odlewnika, o tej porze już opustoszałe z racji nadchodzącego wieczoru.
Orzech zaszczekał radośnie, poruszając energicznie ogonem. Klacz zarżała cicho. Oni również musieli cieszyć się na powrót do domu. Kilka kur przebiegło przed nim, spłoszonych dźwiękiem jego kroków. Henryk uśmiechnął się ciepło na widok szlachcica siedzącego wraz z Puszko przy stole do kości. Poczuł przyjemne łaskotanie w brzuchu, ciesząc się, że młody pan zdołał nawiązać nowe przyjaźnie z kimś w ich wieku. Podszedł bliżej, chcąc sprawdzić, czy tym razem Janowi sprzyjało szczęście, czy też szala zwycięstwa przechyliła się na korzyść pracującego dla niego odlewnika.
— Poniosły cię skrzydła Fortuny, mój panie? Czy znowu grasz tak fatalnie, że haniebnie przegrałeś? — zapytał z rozbawieniem Henryk, mając w pamięci, jak często wygrywał większość partii, gdy grywał z Janem w kości.
— Kruca fuks, Henryku! Fortuna całkiem się ode mnie odwróciła i straciłem wszystkie swoje grosze! — wybuchnął oburzony szlachcic, odwracając wzrok od stołu i krzyżując ramiona na piersi.
— Następnym razem się odegrasz, panie Ptaszku — wtrącił Puszko, zgarniając zdobyte podczas rozgrywki monety.
— Jesteś okropnym graczem, panie. I co poczniesz bez grosza przy duszy? — Henryk, wciąż z rozbawieniem pobrzmiewającym w głosie, zwrócił się do Janka. Doskonale wiedział, jak to się skończy. Pieniądze zarobione w kuźni, po pokryciu wszystkich kosztów, należały do nich obu, nie tylko do niego. Sam zresztą niewiele potrzebował.
— Z pewnością nie zostawisz mnie w potrzebie i odegrasz się w moim imieniu — szlachcic przezwyciężył własną urażoną dumę i spojrzał wyczekująco na Henryka, który udowodnił już nieraz, że jest znacznie lepszym graczem od niego… albo – co Jan podejrzewał od dawna – wyjątkowo skutecznym oszustem, posługującym się obciążonymi kośćmi.
— Dla ciebie wszystko, mój panie — Henryk, zamiast postąpić jak każdy rozsądny człowiek i odmówić, dał się wciągnąć w to wszystko, gotów dogodzić swojemu panu. Przy okazji zapewni sobie odrobinę rozrywki. Puszko nie był przecież łaziebną Zenią, która w rozbierane kości ograła ich, nawet nie zdejmując kokardki.
— Jak minęła ci podróż, mistrz… Henryku? — zainteresował się odlewnik, spoglądając na kowala z uprzejmym uśmiechem.
— Całkiem udana, choć kilka godzin w siodle dało mi się we znaki — przyznał Henryk z krzywym uśmiechem, wciąż odczuwając tępy ból po długiej jeździe.
— Henryk uwielbia konie, ale nie przepada za długą jazdą — zachichotał cicho, wspominając wszystkie te momenty, gdy kowal uskarżał się na bolesne skutki długiego siedzenia w siodle.
— Nie wszyscy, mój panie, urodzili się w siodle tak jak ty — mruknął Henryk z lekkim rozbawieniem.
— To musi być wspaniałe uczucie… czuć wiatr we włosach podczas jazdy konnej — mruknął Puszko z lekkim rozmarzeniem.
— Jeździłeś kiedyś konno, czeladniku? — zainteresował się Jan, na moment odwracając uwagę od Henryka.
— Ja? Gdzie tam, panie — sprostował Puszko. Posiadanie konia znacznie przekraczało jego obecne możliwości; nie był przecież jak jego młody mistrz – nieślubny syn szlachcica, który ciężką pracą doszedł do pozycji możnego pana – ani jak jego towarzysz, pan Ptaszek.
— Zdradzę ci pewien sekret. Jeśli uratujesz życie odpowiedniemu człowiekowi, zyskasz przyjaciela na całe życie i możesz zostać wynagrodzony… choćby wierzchowcem — stwierdził wzniośle Jan, spoglądając porozumiewawczo na Henryka.
— Zapamiętam to, młody panie — przyznał uprzejmie Puszko.
— Nadal czekam na to popiersie z brązu, które obiecałeś dla mnie wykuć — parsknął krótkim śmiechem Henryk, nawiązując do rozmowy po uratowaniu Ptaszka z rąk Kumanów.
— Ach, kowalu… twoja przyobiecana nagroda za uratowanie mojej szlachetnej osoby z rąk pięciu Kumanów — oznajmił rezolutnie szlachcic, z rozmysłem ubarwiając opowieść o i tak już bohaterskim czynie Henryka, od którego wszystko się zaczęło.
— Pięciu? — zapytał Henryk, unosząc jedną z brwi w szczerym zaskoczeniu. Pokonanie dwóch Kumanów było w tamtej chwili nie lada wyczynem; z pięcioma z pewnością by sobie nie poradził. — Było ich tylko dwóch!
— Chyba wiem lepiej, ilu ich było! — zaprotestował Jan, nie zamierzając rezygnować z patosu historii, która wciąż opiewała pierwszy z wielu chwalebnych wyczynów jego giermka.
— Oczywiście, mój panie — odparł kowal z lekkim, pobłażliwym uśmiechem i nieznacznie przewrócił oczami.
— Niezależnie od liczby wrogów, z którymi zmierzył się Henryk, to niezwykła opowieść — stwierdził Puszko z wyraźnym podziwem w głosie.
— Nie mylisz się, czeladniku. Henryk po tym wszystkim został wzięty na osobistą służbę przez pana Kobyłę — odpowiedział Jan z nieskrywaną dumą, a Henryk milcząco skinął głową, jakby potwierdzając jego słowa.
Kowal nie mógł zaprzeczyć, że był to zaszczyt, jednak liczba niebezpieczeństw, które na niego czyhały, czyniła go bardziej wątpliwym – było to coś, co jednak zawsze wolał przemilczeć. Łaska pańska zawsze jeździła na pstrym koniu, nawet gdy tym panem okazywał się jego ojciec.
— Jeśli chodzi o rewanż w imieniu mojego pana… jutro po południu? — zapytał Henryk, zwracając się do czeladnika.
— Jak najbardziej, to dobra pora na grę w kości — przystał na to Puszko z szelmowskim uśmiechem. Po schowaniu monet do sakwy wstał, skinął im obu głową na pożegnanie i oddalił się, chcąc dać swojemu mistrzowi i jego przyjacielowi odrobinę prywatności.
— Nie zawiedź mnie, Henryku — zażądał Jan, gdy stanął przed nim.
— Czy kiedykolwiek to zrobiłem? — zapytał z lekko ironicznym uśmiechem.
— Wciąż pamiętam twoją sromotną przegraną z Zenią — przypomniał mu Jan z wymownym uśmiechem.
— Czyżbyś zapomniał, jak grą w kości broniłem twojego honoru na uczcie u Bergowa? — przywołał to wspomnienie Henryk. Co prawda szlachcic wolał wówczas udać się na spoczynek i wszystko go ominęło, lecz opowiedział mu o tym, gdy nadarzyła się ku temu okazja.
— Nie widziałem tego, aczkolwiek uznałem to za iście szlachetne z twojej strony! — Jan postanowił oddać Henrykowi sprawiedliwość.
— Z pewnością jutrzejszego rewanżu nie przegapisz — zachichotał kowal.
— Nie śmiałbym — Jan otoczył ramionami szyję swojego kowala, noszącego jego barwy i herb Lipy. Przytulił się do niego, kryjąc nos w zagłębieniu jego szyi. Nie przeszkadzało mu, że Henryk pachniał potem, ziołami i koniem – sama bliskość giermka działała na niego kojąco. Pragnął powitać go pocałunkiem, jednak bramy kuźni nie zostały jeszcze zamknięte dla klientów.
— Co z tego będę mieć, jeśli wygram? — zapytał z lekkim rozbawieniem Henryk, wypuszczając z dłoni wodze, by objąć ukochanego w pasie i zacisnąć palce na jego przeszywanicy. Nie oczekiwał od Jana żadnej nagrody, co jednak nie przeszkadzało mu droczyć się z nim w ten sposób. Westchnął cicho z zadowolenia, czując, jak na jego policzki wstępuje delikatny rumieniec. Pomimo odczuwanego głodu pragnął znaleźć się za zamkniętymi drzwiami ich sypialni, zrzucić z siebie płytową zbroję i resztę odzienia, by móc udać się do łaźni w piwnicy, a potem – już bez skrępowania – cieszyć się wzajemną bliskością.
— Czy ponowna możliwość obrony dobrego imienia swojego pana nie jest nagrodą samą w sobie? — zdumiał się szlachcic, gdy spojrzał w oczy swojemu giermkowi, nie kryjąc łagodnego uśmiechu błąkającego się na jego ustach. Lekka czerwień osiadła na jego wydatnych kościach policzkowych.
— Dodatkowa zachęta nie zaszkodzi, o ile mój pan będzie łaskawy — wymruczał Henryk, spoglądając na krótką chwilę na usta szlachcica, z którym subtelnie flirtował w tej chwili. Głośne skrzypnięcie zamykanej za ich plecami bramy świadczyło o tym, że dzień pracy właśnie dobiegł końca. Orzech otarł się o ich nogi, po czym, sunąc nosem przy ziemi, pognał przed siebie, zaintrygowany jakimś nowym zapachem, rozganiając kury, które zaniosły się głośnym gdakaniem w wyrazie swoistego protestu.
— Myślę, że wiem, jakiej zachęty oczekujesz — stwierdził Jan, nie mając nic przeciwko temu. Przybliżył usta do jego ust, gdy klacz za plecami Henryka zastrzygła uszami i zarżała ponaglająco. Jan, ponad ramieniem Henryka, spojrzał na nią z niemym wyrzutem.
— Jak dobrze mnie znasz, Ptaszku — wymruczał cicho Henryk, nie mogąc oprzeć się temu powitaniu, a jednocześnie czując wyraźny niedosyt, że to wszystko będzie musiało jeszcze poczekać. — Jesteś niecierpliwa, dziewczyno, ale ty również zasłużyłaś na odpoczynek.
— Chodź, zaprowadzimy Siwka do stajni, a potem zajmę się tobą, mój drogi Henryku — oznajmił Jan z tym samym delikatnym uśmiechem, niechętnie wypuszczając go ze swoich objęć.
— Co masz na myśli, mówiąc, że się mną zajmiesz, mój panie? — zapytał kowal z zaciekawieniem.
Henryk był zdolny wyobrazić sobie Jana w tak wielu sytuacjach – od tych najbardziej prozaicznych, wykraczających poza role narzucone im przez świat, po te będące przedmiotem jego grzesznych fantazji. Zanim wypuścił go ze swoich objęć, dłonią okrytą żelazną rękawicą przesunął z czułością po jego plecach. Potem chwycił wodze wierzchowca i powoli ruszył przed siebie, kolejnym cmoknięciem zachęcając klacz do ruchu.
— Pomogę ci zdjąć zbroję. Z pewnością jesteś głodny, a ja chętnie zjem w twoim towarzystwie — dodał blondyn, podążając za Henrykiem do stajni, którą należąca do kowala klacz dzieliła z jego ogierem, Caballusem.
Obowiązkiem giermka było pomaganie swemu panu w zakładaniu i zdejmowaniu zbroi, jednak… jakim byłby towarzyszem Henryka, gdyby po tym wszystkim, co przeszli, i przy tym, co ich teraz łączyło, kurczowo trzymał się sztywnych ram hierarchii pan-giermek? Wiedział, że Henryk potrafił poradzić sobie ze zbroją bez niczyjej pomocy, jednak w ten sposób Jan chciał również okazać mu swoją troskę. Razem minęli zagrodę, w której trzy świnie – Jasia, Bonifacy i Pankracy – beztrosko taplały się w błocie. Zatrzymali się przed stajnią.
— Dziękuję, Janie. Mógłbym zjeść konia. Czekałeś na mój powrót z kolacją? — odpowiedział cicho, spokojnym i wdzięcznym głosem.
Henryk nie zamierzał protestować, gdy Jan wyraził chęć pomocy w zdejmowaniu zbroi. Jeszcze niespełna pół roku temu odczuwałby wewnętrzny opór przed pozwoleniem swojemu panu na taką poufałość względem sługi, którym przecież był. Przez długi czas obowiązująca ich hierarchia wytyczała granice, których nie śmiał przekraczać, nawet gdy ich relacja wykraczała poza samo poczucie obowiązku. Przez cały ten czas starał się subtelnie okazywać swoje uczucia temu szlachcicowi, zwłaszcza w kluczowych dla nich momentach. Wspólne jedzenie posiłków stanowiło kolejny element ich nowej rutyny, którą bardzo sobie cenił.
— Nie powinno cię to dziwić, Henryku. Jedzenie smakuje lepiej, kiedy nie spożywa się go samemu — odrzekł z przekonaniem Jan, zdejmując rząd z Siwka i odwieszając jego poszczególne elementy na stojak oraz haki. Posiłki, które jadał z Hanuszem, nie należały do najprzyjemniejszych pod względem atmosfery.
Jan czasem miewał wrażenie, że nie jest w stanie nic przełknąć, jak gdyby mógł nasycić się samym widokiem Henryka zasiadającego wraz z nim przy stole, dźwiękiem jego głosu i śmiechu. Czuł przyjemne ciepło w piersi i lekkie łaskotanie w brzuchu, jakby trzepotało tam całe stado motyli.
— To prawda, mój panie — przyznał Henryk spokojnie, z ciepłem w głosie. Pozwolił sobie na krótkie wspomnienie wszystkich posiłków, które spożywał z rodziną i przyjaciółmi, a czasem nawet z obcymi ludźmi, którzy zapraszali go do ognia w swoich obozach, czy z Orzechem, gdy byli tylko we dwóch. Jedynie ta zupa z butów smakowała okropnie – lecz nawet wtedy byli razem.
Teraz, stojąc w stajni, czerpał przyjemność z samego patrzenia, jak mężczyzna wykonuje obowiązki, które zwykle spoczywały na jego barkach albo należały do stajennych – jak nakłada koniom świeże siano, a potem starannie składa żółty czaprak z herbami Lipy. Z własnej woli i bez słowa skargi, a tym bardziej z próśb z jego strony. Napawało go dumą to, jak bardzo Jan się zmienił. Klacz zanurzyła pysk w korycie z wodą.
— Chciałbym zobaczyć na własne oczy ten sedlecki klasztor — wyraził swoje życzenie Jan.
— To piękne miejsce i uważam, że powinieneś je zobaczyć, ale… czy nie będziesz się tam nudzić? — zapytał z lekkim wahaniem Henryk. Ptaszek wydawał mu się ostatnią osobą, która z własnej woli przekroczyłaby próg cysterskiego klasztoru i spędzała czas wśród mnichów. O wiele bardziej mogłoby mu przypaść do gustu towarzystwo rycerzy zakonnych – o ile znaleźliby wspólny język.
— To może wydać się nieprawdopodobne, ale z tobą u boku nie nudziłbym się nawet w klasztorze — zapewnił Jan z przebłyskiem determinacji.
— Cieszę się, że tak mówisz — powiedział Henryk.
— Moglibyśmy też wyruszyć na polowanie, skoro już opuścimy Kuttenberg — zaproponował blondyn.
— Nieopodal Starej Kutnej i klasztornej winnicy są tereny łowieckie, gdzie można spotkać sarny i dziki, ale to miejsce bywa zbyt widoczne. Przy Kocicy również da się polować na dziki i jelenie. Choć... w pobliżu tych łowisk krążą watahy wilków. Przy drodze znajduje się obóz, lecz nie jest to dobre miejsce na nocleg. Nieco dalej znajdował się obóz bandytów — poinformował szlachcica kowal.
Wolał nie ryzykować, że zostaną zauważeni przez kogoś podczas polowania na grubszą zwierzynę niż zające i znów przyjdzie im się mierzyć z zarzutami o kłusownictwo. Co więcej, istniało spore prawdopodobieństwo, że niczego nie upolują, będąc bardziej zajęci sobą nawzajem. Obóz przy drodze, zwłaszcza pośrednio sąsiadujący z siedzibą bandytów, był ostatnim miejscem, które Henryk nazwałby ustronnym.
— Polowałeś tam, że o tym wiesz? — dociekał Ptaszek.
Na wspomnienie o istnieniu w tamtym regionie obozu bandytów blondyn poczuł, jakby niewidzialna ręka ścisnęła mu żołądek – myśl o tym, że Henryk musiał zmierzyć się z tymi łotrami sam na sam, budziła w nim niepokój.
— Nie miałem wielu okazji do polowania. Podczas podróży dobrze poznałem okolice Kuttenbergu — rzekł Henryk. Brakowało mu czasu na tego rodzaju rozrywki, które lepiej było praktykować w towarzystwie, a jeśli chodzi o zdobywanie pożywienia, istniały na to łatwiejsze sposoby.
— W takim razie będę miał najlepszego przewodnika — stwierdził z nerwowym śmiechem Jan, czując na sobie przenikliwe spojrzenie giermka.
— Wszystko w porządku, Janie? Wyglądasz na zaniepokojonego — zagadnął Henryk, zauważywszy zmianę w postawie szlachcica.
— Ci bandyci z obozu, o którym wspominałeś… walczyłeś z nimi? — wyrzucił z siebie Ptaszek i przygryzł dolną wargę.
— Zachowywali się na tyle głośno, że zdołałem ich ominąć — dodał uspokajająco Henryk. Nie miał też powodu, by po cichu odbierać życie tym wszystkim bandytom.
— Dobrze, że nie podjąłeś niepotrzebnego ryzyka i nie stawiłeś im czoła samemu — westchnął Jan z wyraźną ulgą. Przez tak długi czas czuł się bezradny, nie mogąc podejmować żadnych działań ani chronić jedynej najbliższej sobie osoby.
— Jeśli jacyś bandyci nas zaatakują podczas polowania, zmierzymy się z nimi razem — stwierdził Henryk z pokrzepiającym uśmiechem.
— Jak wtedy, w tym obozie, gdy poprzednim razem chcieliśmy polować, a ty miałeś udać się do obozu Zygmunta — odparł rzeczowo Jan, przypominając wspólne doświadczenie walki ramię w ramię.
— Wolałbym tego jednak uniknąć — mruknął Henryk z lekkim przekąsem. Zawsze chętnie walczył przy boku Jana, lecz nie potrzebowali dodatkowych kłopotów. Wiedział, choć jeszcze nie przyznał się do tego Janowi, że Karolina z Bohunowic nigdy nie istniała. W końcu, po tak długim czasie, domyślił się, na co liczył szlachcic, wspominając rzekome wydarzenia w obozie łowieckim, a także wyrażając chęć wspólnego picia, rozmów i polowania.
— Ja też niechętnie rzuciłbym się w wir walki — zgodził się z Henrykiem szlachcic.
— Dziękuję, że zająłeś się Siwkiem — stwierdził z wdzięcznością brunet.
— Dzielny wierzchowiec mojego rycerza również potrzebuje odpowiedniej opieki… powinniśmy jednak zatrudnić stajennego, który zająłby się naszymi końmi — dodał niefrasobliwie Jan, po czym zauważył słusznie, że potrzebują kogoś, kto odciąży ich w pozostałych obowiązkach niezwiązanych z prowadzeniem kuźni.
— Nie jestem jednak pewien, czy w ogóle potrzebujemy stajennego, skoro tak doskonale radzisz sobie z jego obowiązkami, mój panie — Henryk nie potrafił powstrzymać się od lekko ironicznego komentarza, chcąc w ten sposób droczyć się ze swoim ukochanym.
— Kowalu… mógłbym kazać cię wsadzić pod pręgierz! — zawołał Jan z udawanym oburzeniem, choć w rzeczywistości nie potrafił powstrzymać uśmiechu. Jak zawsze były to groźby bez pokrycia.
— Gdybyś zechciał zakuć mnie w kajdany… poddałbym się tej karze bez wahania — odparł Henryk niskim, spokojnym głosem, unosząc kąciki ust w znaczącym uśmiechu.
— Ostrożnie, Henryku… jeszcze chwila, a pomyślę, że robisz to celowo — przestrzegł kowala Ptaszek cichym głosem.
— Gdzieżbym śmiał — Henryk uniósł prawą dłoń w niemal obronnym geście. Sposób, w jaki się uśmiechał, zdawał się wyraźnie potwierdzać przypuszczenia Jana co do celowości jego działań. — Czy nie obiecałeś mi pomóc ze zbroją? Nadal ją mam na sobie.
— W takim razie przestań się ociągać, kowalu, i ruszajmy do pokoju — powiedział Jan lekko rozkazująco, ale z czułością, przybliżając się i chwytając go za rękę.
Henryk pozwolił pociągnąć się ku domowi, omal nie potykając się o własne nogi. Razem wspięli się po kamiennych schodach i przeszli przez pierwsze drzwi pomalowane na zielono, wzmocnione żelaznymi okuciami. Gdy znaleźli się za zamkniętymi drzwiami sypialni, rozświetlonej blaskiem świec, kruk Krabat zaskrzeczał na ich widok.
Henryk puścił dłoń szlachcica i zsunął z rąk żelazne rękawice, które niedbale rzucił na stół. Zdjął z głowy basinet, który umieścił pod pachą. Skierował kroki ku stojakowi na zbroję, na którego głowicy spoczął hełm. Następnie zbliżył się do klatki, w której trzymał ich mądrego kruka. Stając przed nią, uśmiechnął się ciepło na widok ptaka.
— Dobry wieczór, Krabat. Jak minął ci dzień? — zwrócił się łagodnie do zwierzęcia, które powitał jako pierwsze. Wsunął wyciągniętą ku niemu dłoń między pręty klatki, by pogłaskać pierś kruka pokrytą czarnymi piórami; ptak pieszczotliwie dziobnął go w palec.
— Brrry! Barrrrdzo głodny! — zakrakał w odpowiedzi kruk.
— Tak, ja też jestem bardzo głodny. Jan cię nie nakarmił, czy wszystko zjadłeś? — zapytał Henryk ptaka, wycofując dłoń z klatki. Spojrzał do miseczki – teraz całkowicie opróżnionej z nasion, będących urozmaiceniem diety zwierzęcia.
— Nie nakarrrmił! — zakrakał oskarżycielsko kruk.
— Ha! To zakłamany drań. Nawet kruk nie powinien tak oszukiwać! — wtrącił Jan, unosząc brew. — Dostałeś dzisiaj mięso i jaja.
— Mądry z ciebie ptak — pochwalił kruka Henryk, cicho przy tym chichocząc. Przeszedł przez pokój, by zdjąć z półki skórzany woreczek z nasionami, których nasypał do miseczki, gdy stanął przed klatką.
— Nie mogę uwierzyć, że chwalisz to ptaszysko za bycie takim perfidnym oszustem! — fuknął Janek, krzyżując ramiona na piersi.
— Jest zaradny — przyznał rozbawiony kowal.
— Twój pan czeka, aż go należycie powitasz — ponaglił swojego giermka Ptaszek, choć tak naprawdę nie był na niego zły o poświęcenie kilku minut temu zwierzakowi. Opuścił luźno ramiona wzdłuż boków.
— Teraz jestem cały dla ciebie — uśmiechnął się Henryk delikatnie, jakby przepraszająco do towarzysza.
Pokonał dzielący ich dystans, a gdy stanął przed Janem, chwycił go za przedramię i delikatnie przyciągnął ku sobie. Przymknął powieki i bez chwili zwłoki połączył ich wargi w głębokim pocałunku, w którym – prócz czułości – nie zabrakło wyważonej namiętności. Uścisk ramienia, którym oplatał także pas wyższego mężczyzny, stał się nieco mocniejszy, gdy powoli przesuwał ustami po jego wargach, rozkoszując się ich miękkością i naturalną słodyczą. W piersi Henryka zrodziło się krótkie westchnięcie, gdy blondyn oddał pocałunek z cichym jękiem, przymykając przy tym powieki i układając dłoń na jego barku. Jan pochwycił ustami dolną wargę kochanka, delikatnie zaczynając ją ssać, przyciskając ciało do okrytej pancerzem piersi kowala.
— Czekałem na to cały dzień — wyszeptał Jan, odsuwając się od ust Henryka, nieco szybciej łapiąc powietrze i czując, jak serce kołacze mu się w piersi. Zacisnął palce dłoni spoczywającej na barku giermka, mnąc żółto-czarny materiał herbowej tuniki, którą nosił. Drugą dłonią na krótko nakrył jego policzek, powiódł ją wyżej, aż poczuł pod palcami tkaninę pikowanego kaptura okrywającego głowę kochanka. Zsunął go, odsłaniając ciemne, zmierzwione i zwilgotniałe od potu włosy.
— Ja również za tobą tęskniłem, lecz teraz możemy nadrobić stracony czas — odpowiedział Henryk, opierając czoło o czoło szlachcica, gdy ten pozbawił go nakrycia głowy, i powoli uspokajając nieco przyśpieszony oddech. Dłoń, którą dotąd z wyczuciem zaciskał na przedramieniu Jana, spoczęła na obleczonej w złoty jedwab górnej części jego pleców. Gładził ją leniwym ruchem. Nawet podczas tej krótkiej rozłąki bardzo szybko zaczął za nim tęsknić.
Tym razem to Jan zainicjował kolejny, równie żarliwy pocałunek, muskając językiem spojenie warg ukochanego i obrysowując ich czerwień powolnym, prowokującym ruchem. Henryk uchylił lekko usta, pozwalając, by na krótką chwilę ich języki splotły się w namiętnej pieszczocie. W końcu zmysłowe zetknięcie ich ust powoli ustępowało miejsca pełnym uczucia gestom – dłoni Jana wplątanej we włosy Henryka, dotyku jego ręki prowadzonej po plecach blondyna oraz wymiany łagodnych uśmiechów i ciepłych spojrzeń, w których wciąż tliło się subtelne pożądanie.
Gdy nieznacznie odsunęli się od siebie, dłonie Jana powędrowały wyżej, aż do żółtego kaptura, który jednym pewnym ruchem zsunął z rozłożystych barków kowala. Po odłożeniu kaptura na stolik Jan obszedł swojego giermka, by stanąć za jego plecami i zdjąć z niego tarczę rycerską Radzika, którą oparł o krawędź stołu. Henryk uwolnił się od łuku myśliwskiego, który otrzymał od swojego pana, oraz od kołczanu – oba ułożył oparte o podłokietnik krzesła. Ściągniętą z ramienia sakwę z księgą położył na stoliku.
Jan sięgnął dłońmi ku klamrze pasa spinającego tunikę noszoną przez Henryka i, upuszczając go na podłogę, przystąpił do uwolnienia swego rycerza od pasa, do którego przytroczone były wszystkie sakiewki i pochwa z przekutym mieczem. Z uwagi na cenną zawartość, pas położył na stole, a miecz oparł o jego krawędź. W tym czasie Henryk zdjął z siebie dwukolorową, herbową tunikę, rzucając ją na krzesło.
— Jesteś naprawdę dobrze opancerzony, mój rycerzu — zachichotał cicho szlachcic, krótko muskając wargami usta kochanka. — Teraz jednak to nie jest zaletą — dodał, zaczynając manewrować przy klamrach płytowych naręczaków na prawej ręce, co wymagało od Henryka unoszenia raz jednej, raz drugiej dłoni.
— Wolałem nie kusić losu, wyjeżdżając bez pancerza, mimo że klasztor nie znajduje się daleko od Kuttenbergu — mruknął Henryk, czując się przyjemnie połechtany porównaniem do prawdziwego rycerza. Z urodzenia nim nie był, z nadania również nie – nie został nawet legitymizowany, a cóż dopiero pasowany na rycerza. Pragnął jedynie, by Jan postrzegał go właśnie w ten sposób. Westchnął bezgłośnie pod wpływem krótkiego pocałunku, nawet jeśli nie zdążył na niego odpowiedzieć. Poruszył ramionami, tym razem z głośniejszym, pełnym ulgi westchnieniem.
— Słusznie, mój drogi Henryku — przytaknął Jan, przystępując do rozpinania pasków warstwowego kirysu kowala i odsłaniając noszoną pod nim czarną przeszywanicę oraz szary, pikowany kołnierz.
Henryk uniósł ręce, ugięte w łokciach, kierując je ku karkowi, by nieśpiesznie rozpinać palcami sprzączki kołnierza okalającego jego szyję. Wszystkie elementy pancerza, które do tej pory zdjął z niego szlachcic, trafiły na stojak na zbroję.
Jan uklęknął przed kowalem i powoli, z wyczuciem przesuwał dłońmi po nogach stojącego przed nim mężczyzny w poszukiwaniu zapięć okrywających je płytowe nagolenniki. Przelotnie, niby przypadkiem dotknął pachwiny swojego kochanka.
Henryk nie potrafił oderwać wzroku od klęczącego przed nim blondyna. Przymknął powieki. Na bliskość dłoni szlachcica, muskających przez materiał nogawic jego pachwinę zareagował krótkim westchnięciem i przygryzieniem dolnej wargi. Już sam ten widok wywołał w jego głowie grzeszne obrazy. Ten dotyk – choć subtelny – był drażniący. To, co Jan robił w tej chwili, jeszcze bardziej zacierało granicę między panem a sługą, tym wyraźniej kontrastując z tym, jak często to Henryk zajmował podobne miejsce wobec swojego pana.
Ptaszek nie zrobił nic więcej, tylko podniósł się z kolan. Podał kowalowi nagolenniki, aby mógł odwiesić je na stojak. Henryk uśmiechnął się do Jana z wdzięcznością za okazaną mu troskę.
— A teraz chodźmy jeść — szlachcic gestem zaprosił zmieszanego kowala do stołu, przy którym czekała już kolacja – na srebrnych talerzach spoczywały pajdy chleba upieczonego tego ranka, grube plastry boczku oraz ćwiartki żółtego sera. W niewielkiej miseczce znajdował się również deser – migdały w miodzie. Szlachcic, zanim sam usiadł, napełnił dwa puchary winem.
Henryk jedynie twierdząco skinął głową i z westchnieniem ulgi opadł na fotel. Z rozpoczęciem posiłku czekał, aż Ptaszek usiądzie naprzeciwko niego; gdy to się stało, uniósł puchar do ust.
— Poza odebraniem zamówienia w klasztorze spotkało cię tam coś ciekawego? — zainteresował się szlachcic, sięgając po jedzenie.
— Spędziliśmy też trochę czasu w ogrodzie, siedząc na ławce w cieniu jabłoni — Henryk mówił spokojnie, bez pośpiechu, uśmiechając się jakby w zamyśleniu i opierając dłonie o stół, gdy akurat nie trzymał w palcach jedzenia ani pucharu z winem.
— Wojciech i Benedykt… — powtórzył Jan wolniej, jakby zapamiętywał ich imiona. Odstawił puchar z winem na stolik. Odkąd Henryk przybył do Ratajów, bywał zazdrosny o to, z jaką łatwością kowal zjednywał sobie serca poddanych, lecz teraz to uczucie powracało ilekroć w pobliżu jego towarzysza kręcili się inni mężczyźni.
Henryk z naturalną swobodą przyciągał ich spojrzenia; szukali sposobności, by z nim porozmawiać, a nawet – jak ten pokręcony rybak – przychodzili tylko po to, by patrzeć, jak pracuje w kuźni, jakby to była łaźnia. Henryk mógł mieć każdego – i Jan dobrze o tym wiedział. Często miał wrażenie, że to on musi zasłużyć na miejsce u jego boku.
— Dużo spędziliście czasu tylko we troje? — zapytał w końcu.
Opuścił wzrok, szukając punktu, na którym mógłby go skupić. Znalazł na blacie stolika plamę z zaschniętego wosku i zaczął zdrapywać ją paznokciem. Wiedział, że nie powinien o to pytać. Nie powinien nawet sobie tego wyobrażać – nie tylko dlatego, że byli mnichami, ale dlatego, że Henryk nigdy nie dał mu ku temu powodów. Zamiast przyjemnego ciepła, drżenia serca, poczuł się tak, jakby ktoś uderzył go w brzuch. Nie przynosiła mu też ulgi świadomość, że Henryk, który brał go w ramiona i całował tak, aż zapierało mu dech w piersi, nie pragnął tego.
— Spójrz na mnie, Janie — zwrócił się do niego miękkim, kojącym głosem Henryk, wyczuwając w tonie głosu szlachcica dobrze sobie znane zaborcze nuty. Doskonale wiedział, co kryło się za jego zachowaniem. Wydawało mu się, że mają to już za sobą, jednak przekonał się, że jest inaczej. Nie chciał ukrywać niczego przed Janem ani podsycać w nim zazdrości; pragnął, by podobne sytuacje nie miały już miejsca między nimi. Sięgnął ponad stołem i nakrył dłonią dłoń blondyna, czule gładząc ją szerokim, zrogowaciałym od ciężkiej pracy kciukiem. — To mnisi, których mam za przyjaciół. Chcę byś ich poznał. Wojciech wykonał dla mnie zlecenie, a Benedykt pomagał nam w infirmerii. Nie ma nikogo poza tobą, kogo pragnąłbym mieć u swego boku. Nie masz powodu do zazdrości.
W niedalekiej przeszłości był związany z dziewką, która ostatecznie zostałaby jego żoną, na stałe wiążąc go ze Skalicą, gdyby nie najazd armii Zygmunta. Miał też kilka przygód zarówno z kobietami, jak i mężczyznami, ale teraz… zdecydowanie się ustatkował i nie zamierzał niczego zmieniać, dopóki Jan będzie go chciał. W końcu zdobędzie się na to, by to nazwać, nadać temu faktyczny kształt, nawet na przekór światu.
— Zepsułem nastrój, czyż nie? Opowiadasz mi o swoim dniu, pytasz, jak spędziłem swój czas, chcesz spędzić ze mną miło chwile… — burknął Ptaszek z goryczą w głosie, nie odrywając zaniepokojonego spojrzenia od Henryka i wydymając usta w grymasie rozczarowania sobą. Kości policzkowe blondyna znów pokrył delikatny rumieniec.
Pochłonięty próbą zeskrobania paznokciami wosku z drewnianego blatu, zdawał się nie reagować na uspokajający dotyk dłoni kowala na swojej lekko drżącej dłoni, podczas gdy Henryk leniwie sunął kciukiem po jego skórze. Kowal po raz kolejny przejrzał go na wylot; zamiast irytować się jego zachowaniem, pozostawał opanowany i wyczulony na zmiany nastroju, emanując łagodną aurą spokoju.
— Niczego nie zepsułeś, Ptaszku. Nadal możesz mi o wszystkim opowiedzieć, jeśli chcesz — Henryk uniósł dłoń szlachcica do swoich ust i złożył na jej grzbiecie kilka delikatnych pocałunków.
— Jesteś taki… i kompletnie nie wiem, jak przy tobie myśleć trzeźwo — przyznał Jan, mając w głowie prawdziwy mętlik. Serce zabiło mu szybciej, a rumieniec na jego licu pogłębił się, gdy kowal musnął ustami jego dłoń. Dawniej traktował podobne gesty jako należne damie serca rycerza, lecz nie był damą – a od swojego kowala nauczył się, że takie oznaki czułości bywają uniwersalne. Henryk był cierpliwy, wyrozumiały. Idealny. Zawsze wiedział, co powiedzieć i co zrobić – nawet teraz, gdy mierzył się z wybuchem zazdrości z jego strony.
— Ja również tracę przy tobie głowę, ptaszyno. Nie sposób ci się oprzeć — wymruczał Henryk, unosząc kącik ust w psotnym uśmiechu. Z zewnątrz mógł wydawać się najbardziej powściągliwą osobą, zachowywać trzeźwy osąd i skupiać się na zadaniu, jednak to była tylko poza. Istniało tak wiele emocji, które przez tak długi czas dusił w sobie i które okazywał czynami.
— Naigrywasz się ze mnie, najdroższy? — zapytał szlachcic z udawanym oburzeniem, wyczuwając w tym jawną aluzję do jego prób zdobycia serca Karoliny – rzekomo jego prawdziwej miłości – w czym miały mu pomóc eliksir nieodpartego uroku i poezja. Po wypiciu podejrzanej mikstury nabawił się jedynie okropnej wysypki, a Henryk podał mu złe wersy, przez co schadzka nie przebiegła tak, jak zaplanował. Miał wszelkie podstawy sądzić, że kowal zrobił to celowo, choć wciąż nie wydobył z niego prawdy.
— Nie śmiałbym, szlachetny panie. Skutecznie mnie zauroczyłeś — ciągnął Henryk, nawet nie starając się udawać niewiniątka.
— Robisz to, kowalu — stwierdził blondyn, w duchu przyznając, że bardzo podoba mu się to, jak Henryk droczy się z nim i flirtuje w tak śmiały sposób.
— Podoba ci się to — przyznał Henryk.
— Masz mnie, Heńku — Jan teraz nie zamierzał się bronić, czym wywołał śmiech u Henryka. Dźwięczny, nieskrępowany – taki, że nawet Jan nie potrafił powstrzymać się od zawtórowania śmiechem kowalowi.
— Jeszcze wina? — zaproponował Henryk, sięgając po dzban i napełniając swój puchar szkarłatnym trunkiem. Jan skinął lekko głową, podsuwając ku niemu kielich.
— Przebywając w tym ogrodzie, kontemplowałeś? Jak przystało na mnicha, którym jesteś? — Jan odetchnął bezgłośnie, czując, jak wraca do niego swoboda, uspokojony obecnością swojego kowala. Na jego usta znów wpełzł psotny uśmiech. Nie zamierzał drwić z całkiem prawdopodobnej potrzeby Henryka do kontemplacji w Domu Bożym, choć nie potrafił powstrzymać się od lekkiego naigrywania – w końcu nawet w klasztorze Henryk pozostawał najgorszym mnichem w historii, który nie zdołał należycie opanować nawet łaciny.
— W gruncie rzeczy tak… to piękny ogród, ale chodziło mi o przyznanie, że jestem szczęśliwy. To wszystko, co osiągnęliśmy… my, to miejsce i ludzie, którzy tu mieszkają. Możliwość odłożenia miecza, zaprzestanie walki i skupienie się na prostym życiu. Zrozumiałem, co miał na myśli mój tato, gdy porzucił życie pełne przygód i osiadł w Skalicy — wyznał po chwili zamyślenia, przesuwając bezwiednie opuszką palca wskazującego po krawędzi kielicha.
Po spędzeniu dwóch tygodni w sazawskim klasztorze oraz po wydarzeniach ostatnich miesięcy odnajdywał pociechę w kontemplowaniu dzieła bożego, a także nauczył się bardziej doceniać samo życie. Z czystym sumieniem mógł uznać, że jest szczęśliwy. Miał stały, tętniący życiem dom, dobrze prosperującą kuźnię i – co ważniejsze – rodzinę oraz przyjaciół. To było… bardzo dużo, zwłaszcza gdy porównywał to z nie tak odległymi czasami, w których jego jedynym dążeniem była zemsta, niegwarantująca nawet przetrwania, a co dopiero takiego życia.
— Nie dasz mi o tym zapomnieć, prawda? A może robisz to tylko dlatego, że chcesz zobaczyć mnie w habicie? Zdajesz się bardzo lubić, gdy przebieram się za Pana Piekieł — Henryk tym razem zdołał powstrzymać się od wydania cichego jęku, wywołanego niemal ulubionym przytykiem Jana, który – mimo upływu czasu – wciąż zdawał się uważać to za niezmiernie zabawne. Przymrużył lekko powieki, uśmiechając się wymownie, po czym przesunął językiem po dolnej wardze, jakby zbierał z niej zbłąkane krople wina.
Jan nie odpowiedział od razu – gdy dotarł do niego sens słów kowala, omal nie zachłysnął się właśnie pitym winem i odruchowo zakasłał. Poczuł, jak jego policzki pod wpływem wizji, które rozkwitły w jego umyśle ze zdwojoną siłą, stają się intensywnie różowe. Otworzył szerzej oczy, nie kryjąc szoku – Henryk zdołał tak łatwo rozszyfrować kolejne z jego grzesznych pragnień i był przy tym aż nazbyt bezpośredni. Prześledził spojrzeniem ruch koniuszka języka kochanka, błądzącego po dolnej wardze. Zapragnął, by ten sam gest powtórzył się na jego ustach.
— Ja… ja… nie będziemy o tym więcej mówić, kowalu! — obruszył się szlachcic, gwałtownie odwracając wzrok, o mały włos nie przewracając trzymanego w dłoni kielicha. Poruszył niespokojnie prawą nogą pod stołem i lekko kopnął Henryka w goleń, sprawiając, że zadowolony uśmiech nagle zniknął z ust kowala, choć ten zniósł nagły wybuch gniewu swojego pana z cichą godnością.
— Jak sobie życzysz, mój krnąbrny panie. Wiedz jednak, że nie potrafię ci odmówić, nawet jeśli chodzi o ucieleśnienie wszystkich twoich grzesznych myśli — zwrócił się do niego łagodnie, bez cienia złości w głosie, wiedząc, że Jan będzie musiał poukładać to sobie w głowie na spokojnie i zdecydować, czy naprawdę tego chce. Była to fantazja, zdecydowanie nieprzystająca do ideału przykładnego chrześcijanina. Nie takie grzechy liczono w monetach wrzucanych do skrzyni na odpusty.
Przez chwilę trwali w milczeniu, aż Ptaszek przestał tak ślicznie, a zarazem intensywnie rumienić się niczym dziewica w noc poślubną. Henrykowi zależało na tym, by kontynuowali miłe spędzanie wieczoru.
— Odbiegliśmy nieco od tematu. Z pewnością spotkało cię jeszcze coś, zanim twój dzisiejszy pobyt w klasztorze dobiegł końca — spostrzegł po chwili szlachcic, gdy wreszcie odważył się spojrzeć na swojego zuchwałego towarzysza, który jak nikt inny potrafił nakłaniać go do grzechu.
— Jest tam fontanna – i wciąż mnie to nurtuje. Skąd bierze się woda w samym sercu klasztoru, podobnie jak w centrum Kuttenberga? — Henryk tym razem również nie potrafił powstrzymać się od wyrażenia swojego zainteresowania tym zagadnieniem, które szczerze go fascynowało. W Skalicy nie posiadali rynku z fontanną w centrum; jedynymi źródłami wody były studnia i rzeka.
Blondyn uśmiechnął się z niezbyt dobrze ukrywanym rozczuleniem nad nieposkromioną ciekawością świata, jaką wykazywał jego kowal. Nie uważał zainteresowania Henryka fontannami za coś niepoważnego. Henryk nie był prostym chłopem, który nie rozumiał, jak działa świat – po prostu przez długi czas jego horyzont ograniczał się do jednej wsi i jej okolic. Jan pragnął pokazać mu cały świat, znacznie większy niż Skalica, Rataje czy Kuttenberg.
— To całkiem proste — powiedział Jan, spoglądając na Henryka z tym samym lekkim uśmiechem. — Woda w fontannie nie pojawia się sama. Często jest sprowadzana z pobliskiego źródła albo studni, a potem przepuszczana rurami albo kanałami pod ziemią. Czasem wykorzystuje się różnicę w poziomie: woda spływa z wyższego miejsca do niższego i wytryskuje w fontannie. To trochę jak wtedy, gdy nalewasz wodę do miednicy stojącej wyżej i przepływa do wiadra stojącego niżej – tylko tu wszystko jest ukryte pod ziemią.
— To te kanały muszą biec przez cały Kuttenberg, niczym podziemne tunele pod miastem — podzielił się tym spostrzeżeniem Henryk, powracając do niedokończonego posiłku i zjadając ostatnią połówkę kromki chleba oraz ostatni plaster boczku. Napił się wina. Strużka trunku spłynęła po jego brodzie i szyi, wsiąkając w materiał przeszywanicy.
— Najpewniej tak właśnie jest, Heńku — szlachcic również dokończył kolację, otrzepał dłonie nad talerzem, a następnie wytarł je w materiałową serwetę. Jan przygryzł dolną wargę, dostrzegając wyraźny karminowy ślad na opalonej skórze kowala – zapragnął znaleźć się blisko niego, by odnaleźć językiem każdą kroplę trunku na jego szyi.
— Zaszedłem również do obozu rycerzy zakonnych. Karol wyzwał mnie na przyjacielski pojedynek — Henryk mówił dalej.
— Wygrałeś ten pojedynek? — spytał Jan.
Wspomniany przez kowala Karol wydawał się wprawnym wojownikiem – trudno byłoby nazwać inaczej kogoś, kto jest rycerzem zakonnym. Jan widział na własne oczy, że Henryk pokonał niezliczonych bandytów, a nawet takich oprychów jak Konus czy doświadczonych wojów jak Żiżka. Szlachcic poczęstował się migdałem w miodzie, odczuwając cichą satysfakcję z możliwości rozpieszczania Henryka w taki sposób – w końcu przez całe swoje życie nie zaznał typowych dla panów wygód.
— Tak… choć nie było łatwo. Karol jest tak trudnym przeciwnikiem, jak kapitan Bernard — kowal starał się jak najlepiej odpowiadać na wszystkie pytania Jana, ciesząc się pełnią jego uwagi, gdzie żadna sprawa nie wydawała się dla szlachcica błaha, tylko dlatego, że dotyczyła jego osoby. Przez to również widział, jak bardzo Janowi na nim zależy.
— Mój mistrzu, mam nadzieję, że walczyłeś z myślą o mnie — odparł Jan z wyraźnym podziwem dla umiejętności Henryka, które pozwoliły mu pokonać tylu przeciwników i zwyciężyć w wielu turniejach.
— Oczywiście, zawsze walczę z myślą o tobie. I pomyśleć, że wybrałeś mnie na swojego mistrza, by zamydlić panu Hanuszowi oczy… — przyznał szczerze Henryk, po czym krótko się zaśmiał.
Nie zapomniał, jak dał się wciągnąć w to szaleństwo – zwłaszcza że udział w tej intrydze omal go nie zabił. Wszystko to wiązało się z odkryciem mrocznego sekretu Czarnego Piotra. Nie była to jednak wina Jana. To on chciał wygrać ten turniej dla swojego pana, zdobyć przy tym odrobinę chwały, a także pomóc kowalowi z Samopszy zaznać spokoju ducha, mszcząc śmierć jego syna otrutego przez Czarnego Piotra.
— Nie pomyliłem się co do ciebie, Henryku. Wygrywasz niemal każdy turniej, w którym bierzesz udział — dokończył Ptaszek.
— Czasem po prostu dopisuje mi szczęście, mój panie — podsumował Henryk.
— W istocie, sprzyja śmiałym — zgodził się Janek.
— Po walce wypiłem piwo w towarzystwie brata służebnego Karola i Ludolfa — kontynuował Henryk, który, podobnie jak Jan, otrzepał dłonie i sięgnął po drugą materiałową serwetę, zamiast oblizywać tłuste palce czy wycierać je o spodnie albo tunikę, jak robił dawniej, zanim zaczął częściej stykać się ze szlachtą. Sięgnął do miseczki z migdałami w złocistym miodzie – luksusem, na który teraz mógł sobie pozwolić. Jan zaszczepił w nim zamiłowanie do rzeczy drogich, choć czasem starał się udawać, że ich nie potrzebuje. Te migdały stały się jednym z jego ulubionych przysmaków.
— A jakie piwo podawali w tym obozie? — zapytał Jan, pochylając się nieco do przodu i uważnie obserwując Henryka. Wiedział, że sedlecki klasztor szczycił się produkcją wina.
— Przyjemnie chłodne, niczym prosto z piwnicy. Jasne, lekkie i łagodne w smaku. Można je pić codziennie, bo nie uderza mocno do głowy, nawet po kilku kuflach. Przypomina smakiem to jasne piwo, którego beczkę trzymam w piwniczce.
— Preferuję przez większość czasu wino, jednak nie mogę się nie zgodzić, że po walce nie ma nic lepszego niż kufel chłodnego, pienistego piwa — stwierdził Jan z krótkim śmiechem.
— Albo podczas ciężkiej pracy w kuźni. Mój ojciec zawsze wysyłał mnie do karczmy po dzban takiego piwa — zgodził się Henryk, wspominając też swojego przybranego ojca, do którego był bardziej podobny, niż mogłoby się wydawać – choć nie płynęła w ich żyłach ta sama krew.
— Żałuję, że nie miałem okazji go poznać — wyznał Jan, unosząc do ust puchar z winem. Ze wszystkich opowieści Henryka wyłaniał się obraz wspaniałego człowieka, którego odbicie dostrzegał w swoim ukochanym. Henryk zawsze wypowiadał się o swoim przybranym ojcu z ciepłem, tęsknotą i żalem. Zupełnie inaczej niż o Radziku, o którym mówił zawsze z szacunkiem, lecz przy każdej wzmiance brakowało w jego głosie tego serdecznego tonu.
— Polubiłby cię — odrzekł z przekonaniem Henryk, z niejednoznacznym uśmiechem błąkającym się po jego wargach. Dobrze wiedział, że Marcin byłby początkowo zaskoczony jego wyborem drogi życiowej – życia wykluczającego towarzystwo kobiety i gromadkę dzieci, lecz nie mniej satysfakcjonującej. Wniósł puchar, jakby chciał wznieść toast za swojego przybranego ojca.
— Jesteś tego pewien? — zmieszał się nieco Jan, ale również uniósł puchar.
— Całkowicie — przyznał Henryk po kolejnym łyku szlachetnego trunku.
— Wiele to dla mnie znaczy — szlachcic lekko zakołysał kielichem, zajmując w ten sposób ręce.
— A tobie jak minął dzień, Janie? — Henryk zmienił temat. W końcu opowiedział o tym, jak spędził dzisiejszy dzień w klasztorze, nie chcąc pogrążać się w smętnych myślach ani pozwolić, by ból ściskający jego klatkę piersiową narastał przy wspomnieniach o rodzinie. Nie teraz, nie tego wieczoru. Za to bardzo chciał się dowiedzieć, jak Jan spędził czas pod jego nieobecność, zanim zastał go przy grze w kości.
— Przyjąłem kilka zamówień; czekają na ciebie w warsztacie — Ptaszek przedstawił Henrykowi pierwszą ze spraw, którymi zajął się po tym, jak ten opuścił kuźnię.
— Zajrzę tam z samego rana — stwierdził z cichym westchnieniem kowal.
— Poświęciłem też czas na sprawdzenie i uporządkowanie rachunków, które – mój drogi – nie są twoją najmocniejszą stroną. Nieraz naprawdę trudno mi rozczytać twoje pismo — dodał Janek z wyrozumiałym uśmiechem, bez cienia złośliwości w głosie.
Henryk, jak na kogoś, kto miał smykałkę do interesów i czerpał dochody z różnych źródeł poza samym prowadzeniem kuźni – chociażby z wydobycia srebra – okazywał się fatalnym skrybą i rachmistrzem. Ptaszek wiedział, że miało to związek z tym, iż kowal nauczył się czytać i pisać stosunkowo niedawno i – w przeciwieństwie do niego – nie miał możliwości szlifować tych umiejętności przez całe życie. Jan był też przekonany, że Marcin, przybrany ojciec Henryka, nigdy nie prowadził ksiąg rachunkowych, opierając się raczej na umownym cenniku i pamięci. To, co w Skalicy sprawdzało się całkiem dobrze, w Kuttenbergu i jego okolicach nie mogło już funkcjonować w ten sam sposób.
— Nawet nie wiesz jak wielką pomocą jesteś dla mnie, Ptaszku. Dzięki tobie mogę się oddać rzemiosłu, zamiast ślęczeć nad tymi rachunkami. Co za ulga...— odrzekł z wdzięcznością Henryk, westchnąwszy wyraźnie. Ich umiejętności doskonale się uzupełniały. Cieszyło go również to, że Jan miał zajęcie, w którym mógł się wykazać. Polegał na nim w tym aspekcie – i w kilku innych również.
— Rad jestem, że tak mówisz, Henryku — rzekł Jan. — Przekazałem kilka wykonanych przez ciebie narzędzi w ręce nowych właścicieli.
— Mniemam, że nasi klienci byli usatysfakcjonowani jakością wykonania — stwierdził Henryk.
— Nigdy nie oddajesz w ich ręce niczego, czego sam nie uznałbyś za wystarczająco dobre — zauważył Jan bez cienia drwiny z perfekcjonizmu swojego towarzysza, za to z uśmiechem.
— Ojciec zwykł mawiać, że o kunszcie kowala najlepiej świadczą jego wytwory — napomknął Henryk, przywołując z pamięci jedną z wielu nauk Marcina. — Czy wydarzyło się coś jeszcze?
— Trudno się z nim nie zgodzić — przytaknął Ptaszek i sięgnął do miseczki po kolejny migdał, którego słodki smak doskonale komponował się z cierpkim bukietem pitego przez nich wina. — W twoim imieniu przyjąłem zaproszenie do udziału w zawodach łuczniczych, a po ich zakończeniu wróciłem do kuźni.
— Pokonałeś ich? — zainteresował się Henryk, zarazem spoglądając na szlachcica z nieukrywaną troską o dobrostan Jana, który podczas oblężenia został trafiony z kuszy poniżej lewego barku. Powoli, z dala od wojennej zawieruchy, dochodzili do siebie. Wyciągnął dłoń po słodki przysmak.
— Jestem wprawnym łucznikiem, najlepszym, jakiego nosiła ziemia. Nie mogą się ze mną równać — oznajmił Jan po przeżuciu migdała, rozsiadając się nonszalancko na krześle.
— Jestem z ciebie dumny, Ptaszku — pochwalił go Henryk. — Jednak skromność nie jest twoją mocną stroną — dodał po chwili z cichym śmiechem. Wypite wino sprawiało, że przyjemnie szumiało mu w głowie, rozgrzewając od środka ciało i czyniąc go jeszcze bardziej swobodnym.
Jan poczuł rozchodzące się po ciele ciepło, kumulujące się na wysokości mostka, niezwiązane z tym, jakie dawało wypite przez niego wino. Henryk otwarcie przyznał, że jest z niego dumny. Było to niezwykle miłe uczucie, które wprawiło Jana w subtelne zakłopotanie.
— Skromność nie przystoi szlachcicowi… — oświadczył Ptaszek, unosząc palec ku sufitowi. — Wystarczy nam tego wina, kowalu. Chodźmy do łaźni.
Szlachcic powoli podniósł się z krzesła. Henryk, opierając dłonie na podłokietnikach, również wstał. Razem zeszli do piwnicy, gdzie mieściła się łaźnia. Wypełniająca drewnianą balię, wyłożoną lnianym płótnem, woda pachniała lawendą. Para osiadała na kamiennych ścianach, tłumiąc dźwięki i oddzielając ich od reszty świata. Po rozebraniu się weszli do balii i oparli plecy o osłonięte lnem deski. Siedzieli naprzeciwko siebie, z lekko ugiętymi nogami.
Henryk ułożył jedną rękę na krawędzi kadzi i przymknął powieki. Ciepło wnikało głęboko w obolałe ciało, przynosząc ulgę po przyjacielskiej walce. Jan również oparł palce o brzeg balii, układając na nim wyprostowane ramię. Przez chwilę obaj milczeli, dzieląc ten sam spokój.
— Potrzebowałem tego — wymruczał w końcu Henryk, unosząc powieki z błogim wyrazem twarzy, by spojrzeć na szlachcica siedzącego naprzeciwko niego. Drugą dłonią trącił lekko niewielką drewnianą łódkę, leniwie unoszącą się po powierzchni wody.
— Nie sposób tego nie wyczuć. Pachniesz, jakbyś pół drogi niósł konia na plecach — odparł Jan i zabawnie zmarszczył nos, choć zapachy osiadłe na ukochanym wcale mu nie przeszkadzały; były dla niego swego rodzaju kroniką jego dnia.
— Twój szlachetny nos wciąż jest zbyt czuły na trudy mojego chłopskiego życia — zażartował Henryk, zupełnie nie biorąc tego do siebie. Zanurzył obie dłonie w wodzie i nieznacznie ochlapał nią blondyna.
— Jeśli to cena za twoją obecność u mojego boku, jestem gotów ją ponieść — odpowiedział w podobnym tonie Jan, unosząc ręce wyżej, jakby chciał osłonić się przed padającą na niego wodą. Po chwili sam ochlapał Henryka, śmiejąc się przy tym w głos.
— W takim razie lepiej się przyzwyczaj — odparł Henryk z rozbawieniem. — Bo nie zamierzam nic zmieniać — dodał już poważniej, spoglądając na ukochanego miękkim spojrzeniem.
— Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej, mój najdroższy kowalu — wyszeptał Jan, a jego policzki, już rozgrzane od gorącej wody, zarumieniły się jeszcze bardziej pod wpływem wyznania.
Henryk odsunął plecy od wyłożonej lnianym płótnem ściany balii, przysuwając się bliżej do Jana. Musnął kciukiem lekko wysunięty podbródek szlachcica, po czym przybliżył twarz do jego. Zatrzymał wzrok na ustach Jana, które po chwili dotknął swoimi wargami w krótkim, delikatnym pocałunku. Pocałunek został od razu odwzajemniony przez Janka, obejmującego go za szyję.
— Powinniśmy się umyć — przypomniał nieco niechętnie szlachcic po przerwaniu pocałunku, które pozostawiło przyjemne mrowienie na jego ustach.
— Możemy chwilę tak posiedzieć — zaproponował Henryk z psotnym uśmiechem, cofając się na swoje miejsce i lekko uginając nogi w kolanach.
Jan oparł obie dłonie na krawędziach kadzi, by stanąć w wannie przodem do Henryka, zanim odwrócił się tyłem i wślizgnął między jego rozchylone, mocno zbudowane uda, świadczące o sile fizycznej mężczyzny. Oparł plecy o szeroką, twardą pierś kowala. Henryk nie był już miękki ani wątły, jak w dniu ich pierwszego spotkania – Jan wyczuwał twardość jego mięśni, zarówno klatki piersiowej, jak i brzucha. A także siłę jego napiętego ramienia, oplatającego zaskakująco łagodnie bok i brzuch Jana, zamiast brutalnie je ściskać i odbierać mu oddech.
— Woda jest wystarczająco ciepła, możemy to zrobić — zgodził się szlachcic, przymykając powieki i zsuwając się nieco w dół, odchylając głowę do tyłu, by oprzeć potylicę na szerokim barku Henryka. Odnalazł też jego dłoń, nakrywając ją swoją.
Kowal cicho zamruczał z zadowoleniem, rozkoszując się bliskością między nimi. Dopiero gdy woda zaczęła stygnąć, przystąpili do obmycia ciał.
Po kąpieli, już w nogawicach i lnianych koszulach, opuścili łaźnię. Zanim powrócili do sypialni, Henryk nakarmił Orzecha, przed którym niechętnie zamknął drzwi pomieszczenia, które dzielił z Ptaszkiem. Należące do nich buty zostawili przy nogach łóżka. W środku zasłonił klatkę kruka czarnym płótnem. Stąpając boso, podążył do stołu, przy którym otworzył pozostawioną na blacie sakwę. Wyciągnął z niej księgę, wciąż owiniętą w tkaninę. Uwolniwszy tom z materiału, usiadł na łożu, na którym Jan już siedział, oparty o wezgłowie.
— Ach, więc to jest to dzieło, po które wyruszyłeś tak daleko! Carmina Burana? Po łacinie… a więc będę tłumaczyć od razu na czeski — Ptaszek otworzył podaną przez Henryka księgę, od razu doceniając staranność, z jaką wykonano zamówioną przez jego kochanka kopię manuskryptu. Okładka była zrobiona z przyzwoitej jakości brązowej skóry, z wytłoczonymi, złoconymi literami. Karty z prawdziwego pergaminu zdobiły szczegółowe miniatury, a tekst zapisano równym, starannym pismem.
— Długo zastanawiałem się, co wybrać… Mogłem zlecić wykonanie kopii Sztuki kochania Owidiusza albo Dekameronu, ale księga, którą trzymasz w dłoniach, może okazać się odpowiednia — Henryk usiadł tuż przy nim i po chwili oparł głowę na jego piersi. Był całkowicie rozluźniony – przez wypite wino, kąpiel i bliskość kochanka. Nawet otoczenie sprzyjało temu, by mógł opuścić gardę.
Ptaszek, wciąż wsparty o wezgłowie, objął go ramieniem, pozwalając mu wygodnie się ułożyć. Drugą ręką przytrzymywał księgę, opierając ją o zgiętą nogę. Przez kilka chwil blondyn milczał, wczytując się w treść pierwszej strony.
— Przekonamy się — mruknął cicho Jan, uznając, że zacznie od pierwszego wiersza. Nie pierwszy raz obcował z taką poezją – nie wspominając o zbiorze, którego sam był autorem: księdze wersetów sprośnie nieśpiesznych.
Henryk nic nie powiedział; milczał w oczekiwaniu na moment, w którym Jan zacznie czytać zapisany na kartach księgi wiersz, który wybrał. Do końca nie wiedział, czego się spodziewać ani czy ten utwór mu się spodoba. Prawda była taka, że Ptaszek mógłby czytać mu nawet przepisy na mikstury z należącej do niego księgi alchemicznej, a i to sprawiłoby mu przyjemność – byłaby to kolejna rzecz, którą robiliby razem, będąc tak blisko siebie.
— Oto wiosna miła, wraca wnet,
radość przynosi w każdym świecie
Fiołki kwitną na łąkach wnet,
słońce świeci – smutek precz!
Lato znów króluje nad światem,
zimy chłody już odeszły
Lód i śnieg topnieją w słońcu,
wiosna pije z lata mleka
Cóż za nieszczęśliwa dusza,
co nie żyje, nie pożąda,
gdy lato w pełni swą moc ma,
radość i miłość w nim panują.
Niech się chlubi każdy z nas,
kto zdobyć pragnie Kupida,
na rozkaz Wenus radujmy się,
równi Parysowi bądźmy wszyscy — Jan przewrócił kilka stron oprawionego w skórę manuskryptu, szukając tekstu, który mógłby przeczytać Henrykowi. Gdy uznał, że znalazł odpowiedni fragment, poświęcił jeszcze chwilę, by ponownie się z nim zapoznać i jak najlepiej oddać go w języku czeskim. Chrząknął znacząco, po czym zaczął czytać półgłosem, starannie dbając o intonację. Pozwolił sobie przy tym na krótką refleksję: wiosna nie była łaskawa dla Henryka – jego życie rozpadło się na milion kawałków podczas najazdu na Skalicę. A jednak, gdyby nie tamte wydarzenia, los nigdy nie zetknąłby ich ze sobą. Przez całe życie pragnął mieć przyjaciela takiego jak Henryk i doświadczać podobnych porywów serca. Za to zamierzał dziękować każdego dnia.
— Piękne — wyszeptał z zachwytem Henryk, podnosząc łagodne spojrzenie na szlachcica, na którego piersi opierał głowę. Ułożył na niej dłoń, po czym przesunął ją niżej, na brzuch Jana, czerpiąc przyjemność z ich bliskości. Było jednak kilka rzeczy, których nie rozumiał. — Kim jest Kupid? — zdecydował się zapytać ukochanego, który wydawał mu się kimś, kto takie sprawy powinien wiedzieć – jak przystało na człowieka kształconego przez lata przez najlepszych tutorów.
Henryk wiedział, że wywodzą się z dwóch różnych światów, że mają odmienne umiejętności, wiedzę i praktyczne doświadczenia, które się wzajemnie uzupełniają. Czasem jednak trudno było mu nie zastanawiać się, kim mógłby zostać, gdyby miał takie same możliwości co Jan Ptaszek – gdyby Radzik się go nie wyrzekł i gdyby nie ukrywał przed nim prawdy. To było coś, czego nigdy naprawdę się nie dowie. Do dzisiejszego dnia pełnił już tyle ról, że starczyłoby ich dla wszystkich ludzi na świecie. Teraz sam decydował, kim chce się stać. Odkąd nauczył się czytać, sięgnął po wiele ksiąg, lecz była to zaledwie kropla w morzu, niewystarczająca, by zaspokoić jego głód wiedzy.
— Kupido, Amor… to rzymski bóg i uosobienie miłości. W sztuce bywa przedstawiany jako młody mężczyzna albo nagi chłopiec ze skrzydłami u ramion, z łukiem i kołczanem pełnym strzał — Jan nie zignorował pytania ani nie rzucił żadnego kąśliwego komentarza na temat braków wiedzy kochanka z dziedziny literatury, nawet po to, by ostentacyjnie poprawić błąd w odmianie imienia bóstwa. Po prostu cierpliwie tłumaczył, chcąc, by Henryk lepiej zrozumiał wersy zapisane na pergaminie, które odczytywał dla niego. Gdy poczuł dłoń kowala na swojej piersi, leniwie zsuwającą się ku brzuchowi, na krótką chwilę wstrzymał oddech, czując, jak po skórze okrytej koszulą przebiega subtelny dreszcz.
— Łucznik, jak ty… więc rozumiem, że strzela prosto w serce – jak ty trafiłeś w moje – wymruczał Henryk z figlarnym uśmiechem. Policzkami wciąż miał zaróżowione od wina, które przyjemnie szumiało mu w głowie, i od ogarniającej go błogości. Tym, że to, co właśnie powiedział, mogło być – a zapewne było – żenujące, zamierzał przejmować się dopiero później.
— To najbardziej żenująca, a zarazem najbardziej romantyczna rzecz, jaką dziś usłyszałem — przyznał Jan z rozbawieniem, gdy dotarł do niego sens słów Henryka. Poczerwieniał aż po same końcówki uszu, a serce w piersi zabiło mu szybciej. Zdążył się już przekonać, że Henryk jest wprawny w uwodzeniu, lecz takie słowa nie opuściłyby jego ust, gdyby nie czuł się przy nim wystarczająco swobodnie. To wyznanie było szczere, podyktowane uczuciem – dalekie od wzniosłości rodem z kart księgi, którą mu czytał, ale wcale mu to nie przeszkadzało.
— Może to zainspiruje cię do napisania kolejnego sprośnie nieśpiesznego wiersza? — Henryk nie potrafił powstrzymać cichego chichotu. Rościł sobie prawo dostępu do tej księgi, dotąd skrywanej pod łóżkiem szlachcica w Czarciej Norze, tuż obok kolby z eliksirem Bycza Krew. Pozostawał niezmienny w swoich przekonaniach – nie było dla niego nikogo innego poza tym szlachcicem. Nikogo innego nie chciał.
— Niewykluczone, Henryku. Prawdziwa sztuka potrzebuje czasu, tak jak ręka poety powinna być prowadzona przez natchnienie — przyznał Jan bez cienia złości wywołanej faktem, że Henryk czytał jego zapiski. To już należało do przeszłości.
— Gdzieś już to słyszałem… a patrząc na wersy, które wychodzą spod twojej ręki, mam wrażenie, że wiem, jaka muza za nie odpowiada — zażartował Henryk, który prowadził już bardzo podobną rozmowę z dwoma bardami.
— Sztuka nie zna ograniczeń — orzekł Jan pewnym tonem. Sam nie dorównywał francuskim minstrelom ani autorom poezji, którą w tej chwili czytał Henrykowi, jednak wszystko, co pisał, płynęło z jego wnętrza.
— To też gdzieś słyszałem — przyznał mrukliwie Henryk, nawet się z tym nie spierając. — A Wenus? Wiem, że Wenus to planeta, której przypisana jest miedź… ale mam wrażenie, że w tym wierszu nie chodzi o nią.
— Wenus to bogini miłości i piękna, matka Kupidyna — wytłumaczył Jan, unosząc brew w lekkim zaskoczeniu, gdy Henryk podzielił się cząstką swojej wiedzy z zakresu astronomii – dziedziny znacznie trudniejszej niż literatura czy sztuka. — Skąd zdobyłeś taką wiedzę?
— Studiowałem Planety i ich metale z dzieła Mikołaja z Oresme — wyjawił Henryk, zatrzymując tym razem dłoń na wysokości brzucha blondyna.
— Nie przestajesz mnie zadziwiać — rzekł Jan z wyraźnym uznaniem. — Kowal, który czyta Oresme… to nie jest rzecz powszednia.
— A więc jesteś obeznany z jego traktatami — stwierdził Henryk, unosząc na moment dłoń spoczywającą na brzuchu ukochanego, by następnie wsunąć ją pod tunikę i dotknąć ciepłej skóry.
— Podczas pobierania nauk musiałem przeczytać jego francuski przekład Etyki nikomachejskiej — skrzywił się Jan na wspomnienie długich godzin spędzonych nad księgami pod okiem najbardziej irytującego tutora, jakiego Hanusz zdołał mu znaleźć. Dotyk dłoni kowala, wślizgującej się pod odzienie i muskającej skórę jego brzucha, skutecznie rozproszył to niemiłe wspomnienie, niosąc ze sobą przyjemne ciepło i kolejny dreszcz.
— Nie zazdroszczę ci tego — dodał z cichym westchnieniem. Gdyby sam był zmuszany do podobnych nauk, broniłby się przed nimi rękami i nogami. Tym większą przyjemność sprawiało mu sięganie po księgi z własnej woli, choć bariera językowa wciąż pozostawała dla niego wyzwaniem.— A Parys?
— Parys był mitycznym królewiczem trojańskim – synem Priama i Hekabe, bratem Hektora, Deifobosa i Kasandry, a także ukochanym królowej Sparty, Heleny. Według przepowiedni miał stać się przyczyną upadku Troi, dlatego rodzice oddali go pasterzowi Agelaosowi, by porzucił chłopca w górach. Ten jednak postanowił go wychować. Dorosły Parys został później przyjęty do domu przez Priama i Hekabe, którzy oddali mu za żonę Ojnone. Z polecenia Zeusa, najwyższego z bogów, Parys rozsądził spór między trzema boginiami o tytuł najpiękniejszej. W nagrodę miał otrzymać pomoc w zdobyciu najpiękniejszej kobiety na ziemi. Afrodyta – grecka odpowiedniczka Wenus – pomogła mu uprowadzić Helenę, żonę Menelaosa. Doprowadziło to do wybuchu wojny trojańskiej, a w końcu także do śmierci Parysa, gdyż jego żona, urażona zdradą, odmówiła mu pomocy — Jan starał się przybliżyć Henrykowi postać Parysa i jego losy jak najlepiej oraz w możliwie najbardziej przystępnej formie, biorąc pod uwagę, jak bardzo mitologia potrafiła być zawiła. Zresztą zagłębianie się w te opowieści znajdowało się dość daleko na liście jego priorytetów, zwłaszcza że z Henrykiem mógł robić rzeczy znacznie przyjemniejsze.
— Hektor i Menelaos… czytałem o nich w Kronice trojańskiej. Wojna z powodu kobiety…? To nie jest właściwe, ale też nie jest dla mnie niezrozumiałe — dodał po chwili, gdy imiona wydały mu się znajome. Wojna była zła, wojna była paskudną sprawą. Jeszcze niespełna pół roku temu uważał, że jedna kobieta – choćby była najpiękniejsza – nie powinna stawać się jej zarzewiem. Teraz jednak patrzył na to inaczej. Po tym wszystkim, co zrobił, by uwolnić Jana z niewoli, miał pełne prawo uznać, że sam stoczył taką wojnę. Nie dysponował wprawdzie całą armią, czas nie był jego sprzymierzeńcem, a wśród sojuszników znalazły się osoby, które próbowały go powstrzymać – lecz cel pozostawał ten sam.
Jan na moment odłożył tom na bok i nachylił się ku kowalowi, obejmując jego usta długim, spokojnym pocałunkiem, w którym Henryk rozkoszował się miękkością i ciepłem warg mężczyzny. — W takim razie mitologia nie jest ci całkiem obca. Co dokładnie masz na myśli?
— Kiedy… zabrali cię ode mnie do Maleszowa, by cię wydostać, w pewnym sensie toczyłem wojnę… złożyłem ci obietnicę, że cię uwolnię — wyznał brunet, delikatnie przygryzając dolną wargę i muskając ją koniuszkiem języka.
Nie powiedział Janowi, co musiał zrobić, by móc stamtąd go wydostać, i wciąż nie chciał tego ujawniać. Chciał jednak wyjaśnić swój punkt widzenia – dlaczego jego dążenia niczym nie różniły się od dążeń mitycznego Parysa, nawet jeśli działał na mniejszą skalę. Nadal pragnął, by Jan mu czytał, choć w jego myślach kryło się również pragnienie pocałunków.
— Chciałbym, żebyś opowiedział mi o tym — Jan nie zamierzał naciskać na swojego kochanka, by zdradził wszystkie szczegóły, jak go wydostał. Zamierzał poczekać, aż Henryk sam zdecyduje się podzielić tymi okropieństwami i trudami, choć musiał pogodzić się z myślą, że ten moment może nigdy nie nadejść.
— Nie teraz, Janie — wymruczał Henryk, nieznacznie unosząc głowę, by na niego spojrzeć, a po chwili znów ułożył ją na klatce piersiowej Ptaszka. Nie chciał psuć nastroju, choć dobrze wiedział, że jeszcze nie był na to gotowy. Może nigdy nie będzie. Nie oznaczało to jednak, że to uczucie zniknie.
— Kiedy będziesz gotów, Henryku — powiedział łagodnie Jan, nie chcąc naciskać, by wydobyć z niego prawdę o tamtych wydarzeniach. Liczył, że z czasem Henryk otworzy się przed nim na tyle, by mogli porozmawiać o tym, co miało miejsce.
— Możemy kontynuować? — Henryk zmienił temat.
— Masz na myśli czytanie, czy całowanie? — zapytał Jan z łobuzerskim uśmiechem.
— Obie te rzeczy… choć chciałbym, żebyś jeszcze trochę poczytał — odparł cicho Henryk.
— Mogę czytać, ile tylko zechcesz — zapewnił Ptaszek.
— To… po prostu cieszmy się chwilą — szepnął Henryk.
— Przeraża mnie straszliwa siła miłości
i niesiony jestem na czcigodnej osi,
duszony przez wrzący ogień.
O, jakże jestem udręczony!
Jesteś iskrą żywego płomienia,
biegnącą ku sztandarom mojego serca;
opierając się o ogień, na długo
zamknąłem cię pieczęcią mojego umysłu.
Serce, które się radowało, zasłużyło na to:
w dniu, w którym cię poznało,
przyjęło cię jako
wyjątkowego i czystego przyjaciela.
Wydobywa z siebie szlochy
i tumulty smutku,
ponieważ siła twojej miłości
przynagla mnie, a ja jestem do niej przywiązany
Lilio czysta,
udziel mi swego wsparcia.
Wysłany na wygnanie,
u ciebie szukam rady.
Nie wiem, co czynić – umieram,
niesiony twoją miłością;
raniony orężem Wenus,
zginę, jeśli mi nie pomożesz.
Pozbawiony praw Wenus,
z czystością przywróconą,
z obliczem skromnym
i szatą mądrości przyodziany,
śpiewam tylko Tobie.
Nie gardź mną –
proszę, pozwól mi Cię czcić
jak gwiazdę jaśniejącą na niebie — szlachcic sięgnął ponownie po księgę i zaczął czytać, od razu tłumacząc na język czeski. Dość szybko zorientował się, z jakim rodzajem wiersza ma do czynienia, i to wystarczyło, by wyraźny rumieniec na jego policzkach nie stracił na intensywności. Pozwalał, by w wypowiadanych słowach pobrzmiewały uczucia, jakie żywił do Henryka. Wiersz oddawał je niemal doskonale – zarówno te, które kiełkowały przez długie miesiące, gdy dopiero uświadamiał sobie własne emocje wobec giermka i nie potrafił ich nazwać, jak i te świeże, niedawno odwzajemnione.
Ptaszek zastanawiał się, czy kontynuować czytanie, czy może przerwać i wrócić do tego później. Przymknął księgę, spoglądając niepewnie na bruneta trzymanego w objęciach. Wsłuchiwał się w jego spokojny oddech, który mógł świadczyć o tym, że Henryk zasnął. To tłumaczyłoby nagłe milczenie kowala. Choć równie dobrze mógł zamilknąć z wrażenia – i nie zdziwiłby się, gdyby tak było. Pragnął, by Henryk powiedział cokolwiek, przerwał to milczenie.
— Moja miłości, powiesz coś? — Jan zdobył się na przełamanie ciszy, która zapadła między nimi. Jeśli Henryk naprawdę zasnął, nie zamierzał mieć mu tego za złe – mieli za sobą długi dzień. Z czułością dotknął wilgotnych, teraz znacznie krótszych włosów ukochanego, przez co już nie wiły się wokół jego palców.
— Nie znam się dobrze na poezji… ale chciałbym, żeby ktoś tak o mnie pisał — Henryk podniósł głowę z piersi ukochanego, układając dłoń na wysokości jego serca, i dopiero wtedy spojrzał na niego. — Wiem, że tak czujesz. Ja również.
— Napisałbym dla ciebie tysiąc takich wierszy. Śpiewałbym dla ciebie, ukochany — wyznał półgłosem Jan, odkładając księgę na stolik przy łożu i obejmując dłoń Henryka. Wychowany na rycerskich romansach, wyznawał wartości, które one głosiły, a Henryk zasługiwał na to by być traktowany z należnym mu szacunkiem. Na wszystko, co mu przyobiecał. I na cały świat. Chciał mu pokazać wszystkie jego cuda, wykraczające poza znane mu miejsca. Świat nie kończył się na Skalicy, Ratajach ani Kuttenbergu.
— Przeczytałbym je wszystkie. Dotąd nie słyszałem, by śpiewałeś coś innego niż karczemne przyśpiewki— zwrócił się do szlachcica z subtelnie zachęcającym uśmiechem. Nie miał nic przeciwko temu, gdyby Jan specjalnie dla niego napisał choć jeden wiersz, nieważne jak niedoskonały. Chciał stworzyć okazję, by szlachcic zaśpiewał dla niego. Poczuł przyjemny dreszcz ekscytacji przechodzący po ciele, ciepło rozchodzące się po całym organizmie. Bardzo tego pragnął.
— Nie wiesz o mnie wielu rzeczy, Henryku — odrzekł z tajemniczym uśmiechem Jan, przesuwając się powoli po posłaniu wraz z Henrykiem, aż plecy tego drugiego miękko dotknęły materaca, a głowa spoczęła na poduszce. Blondyn przełożył jedną nogę przez biodra ciemnowłosego i z wyczuciem usiadł na jego lędźwiach. Drugą dłoń kochanka, tę, która nie spoczywała na jego piersi, delikatnie przyparł do jedwabnej pościeli, splatając ich palce. Pogładził czułym gestem policzek kowala, po czym pochylił się i musnął wargami jego czoło; nieśpiesznie obcałował skroń i policzek, potem przestrzeń za uchem, owiewając skórę w tym miejscu ciepłym oddechem. Powiódł też nosem po tym miejscu, rozkoszując się naturalnym, wręcz odurzającym zapachem skóry ukochanego. Z Henrykiem nierozerwalnie kojarzył mu się aromat ziół, drzewny zapach paleniska oraz ta dziwna, trudna do nazwania nuta, którą Jan nazwałby rozżarzonym żelazem. Teraz jednak, po kąpieli, wyczuwał jedynie piżmową woń.
— To prawda, że ciągle zaskakujesz mnie czymś nowym — wymruczał potakująco Henryk, z lekko zaskoczonym uśmiechem. Zmiana położenia zupełnie mu nie przeszkadzała; nie mógł jednak powstrzymać krótkiego, zmysłowego westchnienia, gdy poczuł na swoich lędźwiach ciężar ukochanego i jego pośladki napierające na jego lędźwie. Sama bliskość tego mężczyzny wystarczyła, by po skórze Henryka przemknął pierwszy dreszcz. Ten szlachcic potrafił swoją obecnością sprawić, że serce zaczynało bić mu szybciej, a żołądek ściskał się jak z nerwów… choć był całkowicie spokojny. Blondyn nie pierwszy raz uderzał mu do głowy niczym najprzedniejsze wino.
W jego obecności odnajdywał poczucie bezpieczeństwa i przynależności, których tak długo poszukiwał. Odkąd dzielili tę przestrzeń, postrzegał to jako stabilizację. Nie mógł zaprzeczyć, że pod warstwą materiału zaczynało robić mu się gorąco i że to uczucie kłębiło się w podbrzuszu, między udami. Nie zaprotestował, gdy ukochany przycisnął jego dłoń do materaca – przeciwnie, z wyczuciem pogłębił splot ich palców. Leniwie pogładził zgrubiałym od ciężkiej pracy kciukiem skórę dłoni kochanka. Drugą dłoń z pewnym ociąganiem odsunął od piersi Jana, na której wcześniej spoczywała, po czym objął ramieniem pas ukochanego. Wodził delikatnym dotykiem po jego plecach, wzdłuż łuku kręgosłupa. Nieznacznie podciągnął materiał koszuli, by pod spracowanymi opuszkami palców poczuć ciepło i miękkość mlecznobiałej skóry szlachcica.
Wszystkie te gesty – dotyk, pocałunki złożone na jego czole, skroni i policzku – były czułe, rozczulające i wywołały na jego ustach błogi uśmiech, obejmujący także spojrzenie, oraz delikatny rumieniec. Przestrzeń za uchem okazała się jednym z jego słabych punktów, o czym szlachcic doskonale wiedział. Miękkość jego ust, całujących to miejsce, oraz ciepły oddech sprawiły, że nie był w stanie powstrzymać kolejnego rozkosznego westchnięcia, uchodzącego przez lekko rozchylone wargi. Przymknął powieki, odchylając głowę nieco w lewo, eksponując szyję dla kochanka. Pod opaloną skórą wyraźnie napinała się linia jego pulsu.
— Zapach twojej skóry jest… odurzający. Czy mówiłem ci ostatnio, kochany, jak bardzo jesteś wyjątkowy? — wyszeptał szlachcic wprost do jego ucha, unosząc głowę i również muskając je miękkimi wargami, pieszcząc je oddechem. Teraz jego życie, które wiódł przy boku Henryka, miało słodki smak i nie chciał, by to się kiedykolwiek kończyło. Bywały chwile, w których przerażała go myśl, że pewnego dnia okaże się niewystarczająco dobry dla tego mężczyzny – że stanie się dla niego żywą kulą u nogi. Henryk mógł zostać kimkolwiek zechciał, co po raz kolejny już udowodnił. Mogło wydarzyć się coś, co sprawi, że Henryk zacznie nim gardzić i odejdzie. Mógł nadejść dzień, w którym uzna go jedynie za pionek w rękach kolejnego szlachetnego pana. Nawet uczucie mogło w końcu wygasnąć. Były to myśli, nad którymi trudno było mu zapanować.
— J… Janie, co w ciebie wstąpiło? — zapytał cicho Henryk, nie mogąc powstrzymać rozbawionego westchnienia. Spoglądał na ukochanego spod na wpół przymkniętych powiek, wciąż z tym samym uśmiechem pełnym błogiego zadowolenia. Jego policzki pokrył głęboki odcień karmazynu.
Pragnienie oddania się temu szlachcicowi – wykraczające daleko poza relację pan–sługa i poczucie obowiązku – było tak głęboko zakorzenione w jego jestestwie, że to, co się między nimi działo, wydawało mu się niemal nierzeczywiste. To on był tym bardziej doświadczonym, podczas gdy Jan stopniowo otwierał się na nowe doświadczenia; nie zamierzał go do niczego zmuszać, nawet jeśli sam pragnął doświadczać tego, co niejednokrotnie dawał ukochanemu.
Serce w jego piersi znów zabiło szybciej. Nie posunęli się jeszcze znacząco – nawet nie zrzucili z siebie wszystkich ubrań. A jednak nie potrafił zaprzeczyć własnej ekscytacji ani pożądaniu, które powoli stawało się wyczuwalne: czuł, jak jego wiotki członek wypełnia się krwią, stając się półtwardy pod wpływem podniecenia. Poza rozkosznym ciężarem szlachcica spoczywającego na nim, wyczuwał też narastającą twardość pod materiałem jego nogawic.
— Czyż to nie oczywiste, Henryku? Niczego bardziej nie pragnę, jak oddać ci należną cześć i poświęcić się sprawianiu ci przyjemności — Jan wyjawił swój zamiar z tajemniczym uśmiechem na ustach. Blondyn ponownie przybliżył twarz do twarzy kochanka, by zaczepnie musnąć językiem jego dolną wargę, a następnie złączyć ich usta w wyważonym, pełnym subtelnej czułości pocałunku – jakby badał, na ile Henryk pozwoli mu w tej chwili. Przymknął powieki, wbrew własnemu pragnieniu, by móc obserwować tego mężczyznę; nie pierwszy raz nie potrafił oderwać od niego wzroku. Pragnął należycie celebrować ich bliskość, czcić go. Henryk był piękny. Rozluźnił uścisk palców, uwalniając dłoń ciemnowłosego, by ponownie dotknąć jego rozgrzanego policzka.
— Janie… co ty ze mną robisz — Henryk westchnął tylko, naprawdę mając podstawy sądzić, że ten szlachcic obrał sobie za cel doprowadzenie go do szaleństwa. Było to jak sen, jedna z jego grzesznych fantazji, w której jego pan okazywał się nad wyraz hojny. Nie próbował już walczyć z własnym pragnieniem… robił to wystarczająco długo, kurczowo trzymając się wszystkich powodów, dla których nie powinien przekraczać tej granicy. Jego pan – szlachcic, którego zbrukałby samym głodnym spojrzeniem i każdą grzeszną myślą. Mężczyzna, którego obiecał chronić, nawet za cenę własnego życia. Jego najbliższy przyjaciel, którego nie chciał stracić przez swoje cielesne pragnienia.
Mruknął z aprobatą na tę łagodną pieszczotę. Pocałunek złożony na jego ustach skrył uśmiech. Oddawał go z nie mniejszą czułością, choć nie potrafił zapanować nad wdzierającą się w ten gest żarliwością – zachłannie wpił się w usta kochanka, z namiętnym westchnieniem towarzyszącym temu pocałunkowi. Palce jego dłoni zacisnęły się na ramieniu blondyna w prostym, uziemiającym geście.
Jan nie odrywał się od ust Henryka, całując go łapczywie, z oddechem ciężkim od pożądania. Jego język wślizgnął się pomiędzy nieznacznie rozchylone wargi ciemnowłosego, z wyczuciem zajmując tę przestrzeń – dotykając podniebienia i zębów, przez krótką chwilę siłując się z językiem kochanka. Ich oddechy splatały się ze sobą, a gdy w trakcie gorących, natarczywych pocałunków ich usta rozdzielały się na ułamki sekund, by zaraz znów się zetknąć, towarzyszące temu westchnięcia – a nawet ciche jęknięcia – dopełniały się nawzajem. W końcu zwolnili, aż ich usta nieśpiesznie się rozdzieliły – zaróżowione, wilgotne i rozchylone w urywanym oddechu.
— Tylko tyle, ile pozwalasz — wyszeptał szlachcic zdyszanym szeptem, tuż przy wargach kochanka, który mógł poczuć na nich muśnięcie jego oddechu. Wciąż nie zamierzał uczynić niczego wbrew woli ukochanego – tego, który jak dotąd tak chętnie przyjmował wszystko, co miał mu do zaoferowania. Z ciężkim westchnięciem podniósł się do siadu, uwalniając się z uziemiającego uścisku Henryka. Chwycił dłońmi krawędź koszuli i powoli podciągnął materiał ku górze, odsłaniając nieprzesadnie muskularny brzuch z linią słomkowych włosów znaczących jego środek oraz dwiema długimi bliznami pierwszą, przecinającą środek nadbrzusza, oraz drugą, biegnącą niemal od lewego boku i kończącą się przed pępkiem – ślady po kordelasie przeciwnika z dnia, gdy bronił Bożeny i Henryka. Unoszona koszula odsłoniła wreszcie jego silną pierś i ramiona. Poniżej lewego barku widniała kolejna blizna – po bełcie, który przebił jego pancerz podczas oblężenia Suchdolu. Gdy zdjął koszulę całkowicie, odrzucił ją niedbale za siebie.
— Lubię… kiedy jesteśmy razem — wymruczał Henryk, unosząc delikatnie kąciki ust; sam nie chciał odmawiać sobie bliskości z tym mężczyzną. Zmianę położenia szlachcica skomentował cichym westchnięciem. Uniósł dłonie, by dotknąć okrytych materiałem nogawic ud kochanka – powiódł po nich dłońmi, z wyczuciem wbijając opuszki palców w tkaninę. Nie odrywał od blondyna wzroku zamglonego od nadmiaru emocji: miłości i pożądania.
Przygryzł wargę z kolejnym westchnięciem, widząc, jak Jan zdejmuje przed nim koszulę, odsłaniając swoje ciało. Zapragnął go dotknąć i już unosił dłoń ku niemu, gdy jego spojrzenie zatrzymało się na bliznach – i to wystarczyło, by poczuć, jak pod skórę wkrada się napięcie, wraz z bolesnym ukłuciem i uciskiem w klatce piersiowej. Może sam został wtedy poważnie ranny, stracił sporo krwi i spadł z klifu, lecz dobrze pamiętał tamto uczucie, gdy leżał bezwładnie na drewnianych deskach, patrząc, jak Jan walczy z bandytą, i zmuszał się ostatkiem sił, by sięgnąć po kordelas, zanim stracił ich z oczu. Gdy się ocknął, blondyn był ranny znacznie poważniej od niego – choć to właśnie jego zadaniem było zapewnić mu bezpieczeństwo. Minęło kilka miesięcy, a jednak wszystko to wciąż było boleśnie świeże.
— Ja też… Henryku, znowu masz to spojrzenie. Chcesz przerwać? — Jan urwał w połowie zdania, choć i to wystarczyło, by zdradzić jego pragnienia.
Czuł zręczne dłonie kochanka muskające przez materiał odzienia jego uda, jednak teraz powstrzymywał się przed wydaniem tych kilku westchnięć, które rodziły się w gardle pod wpływem palców wbijających się w twardsze ciało, a potem zatrzymujących się w pół drogi do jego brzucha. Zauważył, gdzie spoczęło zaniepokojone spojrzenie ukochanego – nie pierwszy już raz. Wiedział, co dokładnie kłębiło się w umyśle Henryka i że te myśli potrafiły zrujnować każdą upojną chwilę. Temu właśnie chciał zapobiec. Potrafił zadbać o przyjemność ukochanego tak samo, jak o jego komfort.
— Ja tylko… — Henryk pokręcił przecząco głową, po czym sam oderwał plecy od posłania. Otoczył ramionami talię szlachcica, oparł brodę na jego barku, a następnie ukrył nos w zagłębieniu jego szyi, by przez kilka chwil oddychać zapachem jego skóry.
— Obwiniasz się, że tamtym razem nie mogłeś mnie obronić? — zapytał niemal retorycznie Jan, składając kilka czułych, uspokajających pocałunków na włosach ukochanego i łagodnie muskając palcami jego kark.
— Nie jest tak prosto mi się tego wyzbyć — wyznał Henryk, podnosząc głowę, by spojrzeć na przystojne lico ukochanego.
— Zrobiłbym to jeszcze raz — zapewnił z powagą Jan.
Od przybocznego oczekuje się oddania swojemu panu, nawet jeśli oznacza to gotowość do poświęcenia życia w jego obronie. Wtedy nie zachowywał się jak pan, którym jest – z narażeniem własnego życia bronił przyjaciela i kobiety, która mogła utrzymać go przy życiu – ich obu, jak się później okazało. To nie był próżny trud. On sam również miał wiele powodów, by zmagać się z poczuciem winy – choćby to, że porzucił przyjaciela w Troskach.
— Oby nie było to konieczne — dodał cicho Henryk, układając prawą dłoń na policzku blondyna i opierając czoło o jego czoło.
— Nie śpieszno mi do tego, Henryku — odrzekł szlachcic. Teraz wiedli życie z dala od bitew i zagrożeń, a to było coś, czego nie chciał zmieniać. — Mogę cię pocałować?
Jan nie chciał zrobić niczego, co mogłoby się Henrykowi nie spodobać. Nie miał mu za złe, że do głosu doszły takie myśli, i cieszył się, że mimo tej drobnej niedogodności nastrój nie został zrujnowany. Wciąż czuł utrzymujące się podniecenie kochanka – jak i swoje własne.
Henryk odpowiedział krótkim pomrukiem potwierdzenia, przesuwając drugą dłoń po plecach szlachcica ku górze. Napawał się miękkością i ciepłem jego mlecznobiałej skóry, ślizgającej się pod opuszkami szorstkich palców, które ostatecznie zacisnął na ramieniu kochanka. Pocałunek, jaki szlachcic złożył na jego ustach, nie należał do czułych i delikatnych – był zachłanny. Stał się zaborczy, gdy przyciskali do siebie wargi, skubiąc je zębami w pożądliwy sposób, nie potrafiąc znów powstrzymać grzesznych westchnień, urywanych jęków i ciężkiego oddechu. Badali dłońmi swoje ciała, odnajdując ich krzywizny. Szlachcic wplótł palce we włosy kochanka, by po chwili znów ułożyć dłoń na jego karku, podczas gdy Henryk wciąż z wyczuciem wbijał palce w jego ramię. Dłoń, która dotąd spoczywała na policzku blondyna, powiódł ku linii jego szczęki, łagodnie muskając szyję i zatrzymując ją na piersi mężczyzny.
— Mam wrażenie, że ta koszula stała się zbędna — wyszeptał Jan niemal w usta kochanka, tak blisko, że jego oddech pozostawiał na nich ciepły ślad. — Co ty na to, żebym się nią zajął?
— Tak… tak — mruknął twierdząco Henryk. Pozwoliłby temu mężczyźnie na wiele, zwłaszcza gdy chodziło o każdy aspekt ich bliskości; nie potrafił też zaprzeczyć, jak bardzo podobało mu się to, że Jan jasno sygnalizował swoje zamiary, jednocześnie budując napięcie. Gdy palce kochanka dotknęły wilgotnego od potu lnu i zaczęły podciągać materiał ku górze, odsłaniając jego ciało, uniósł ramiona, ułatwiając mu to zadanie.
Jan niedbale rzucił koszulę kowala za siebie, po czym położył dłoń na jego klatce piersiowej i popchnął go z powrotem na łoże. Henryk opadł na nie z krótkim westchnieniem. Przez chwilę Jan tylko na niego patrzył, wciąż trzymając dłoń na piersi kochanka, unoszącej się i opadającej w rytm przyspieszonego oddechu. Chłonął ten widok, zanim skierował dłoń niżej, po ciele kowala, który w tym momencie ułożył rękę nad głową. Pod palcami szlachcica wyczuwalna była szorstkość ciemnych włosów porastających pierś Henryka, przerzedzających się w wąski pas biegnący przez środek brzucha i znikający pod materiałem nogawic, a także gra napiętych, wyrzeźbionych wieloma godzinami wyczerpujących treningów mięśni – nierozerwalnie związanej z odczuwanym pożądaniem.
Czuł również, jak bardzo rozgrzana i wilgotna od potu była jego skóra. Ponownie dostrzegł liczne, wciąż świeże sińce, które widział już wcześniej podczas wspólnej kąpieli, pozostawione przez drewniany miecz ćwiczebny. Jego wzrok przyciągnęła także długa blizna poniżej prawego żebra, na wysokości nerki, oraz nierówności splątanej blizny wychodzącej poza obręb prawego boku – ślad po katowskich szczypcach – i wąska blizna, pamiątka po niezbyt dobrze wygojonym oparzeniu, powstałym po kontakcie z rozgrzanym do czerwoności żelazem.
Henryk zdradził mu dotąd jedynie szczątkowe informacje o tym, co wydarzyło się w Troskach, jednak jego ciało dopełniało tę historię aż nadto wymownie. Zawsze wzdrygał się na samą myśl o tym, co go spotkało, a jednocześnie nie potrafił nie odczuwać uznania dla tego, jak mężny był ten kowal. Gdyby nie fakt, że sam był szlachcicem – co stanowiło pewną formę ochrony – poddany podobnym torturom złamałby się natychmiast i wyznał wszystko, co wiedział. Tym razem również zadrżał, lecz nie próbował odwrócić wzroku. To wszystko było częścią tego mężczyzny. Na tamte wydarzenia nie miał wpływu, lecz teraz pragnął uchronić ukochanego przed ponownym doświadczeniem podobnego losu.
— Tak bardzo cię pragnę — wyznał głębszym głosem Jan, składając kolejny namiętny, choć zarazem krótki pocałunek na ustach kochanka, nie odbierając mu możliwości odwzajemnienia go. Blondyn wsparł się na lekko ugiętej w łokciu ręce, drugą dłonią przesuwając po silnym ramieniu Henryka, przez jego przedramię aż do dłoni, by ponownie spleść ich palce.
Henryk miał wrażenie, że w tej chwili serce wyskoczy mu z piersi – za sprawą tych wyznań i zapierających dech pocałunków, których nigdy nie miał dość. Za każdym razem, gdy ich wargi się rozdzielały, pozostawał po nich wyraźny niedosyt. Każdy dotyk wywoływał przyjemne dreszcze. Coraz trudniej było mu zachować cierpliwość, choć bardzo chciał się temu mężczyźnie poddać, zamiast tym razem przejąć inicjatywę.
— Czuję to samo… pokaż mi — wyszeptał łagodnie Henryk, leniwie muskając opuszkami palców skórę ramienia, na którym szlachcic się wspierał. Wszystko, co dotąd robili – ta bliskość, rozmowy, dotyk – podobało mu się tak bardzo, że był gotów zaryzykować nieprzespaną noc, by doświadczyć tego w pełni.
Szlachcic, nie pragnąc niczego bardziej niż spełnić to życzenie, ponownie złożył kilka pocałunków na skroni ukochanego, scałowując zbłąkane krople potu z jego skóry. Po chwili odnalazł wargami przestrzeń za uchem ciemnowłosego, muskając ją delikatnie i drażniąc gorącym oddechem. Raz jeszcze subtelnie skubnął wargami małżowinę ucha, a kolejne grzeszne westchnienie, które wymknęło się z gardła leżącego pod nim mężczyzny, było dla niego wyraźnym sygnałem, jak bardzo mu się to podoba. Obejmując udami biodra mężczyzny leżącego pod sobą, czuł, jak ich ciała ocierają się o siebie, przynosząc przyjemność kumulującą się w podbrzuszu, dreszcze przebiegające po nagiej skórze i wciąż utrzymujące się podniecenie.
Obcałował żuchwę kochanka, uważny na każde, nawet najcichsze westchnienie czy krótki jęk uchodzący z jego gardła. W chwilach, gdy ich ciała ocierały się o siebie, Jan wzdychał albo cicho jęknął. Zwyczajowa powściągliwość Henryka zaczęła się rozmywać już jakiś czas temu, choć kowal wciąż jej całkowicie nie odrzucił – do tego dopiero zamierzał dążyć. Pragnął go wielbić i kochać, całować do utraty tchu, z nabożną uwagą smakować każdy cal jego skóry. Chciał mu pokazać, jak bardzo jest oddany – w sposób, w jaki nikt wcześniej nie zdołał.
Jego usta przesunęły się na szyję Henryka, całując każdy skrawek skóry i wdychając jej odurzający zapach. Wodził po niej językiem, również tam, gdzie pod warstwą przepysznej skóry pulsowała szybko płynąca krew. Delikatnie przygryzał, skubał, a Henryk dawał mu na to pełne przyzwolenie – odchylał głowę w tył, eksponując szyję, przełykał cicho ślinę, a jabłko Adama drgało przy każdym westchnięciu, pomruku, jęku czy syknięciu, gdy jego zęby znaczyły tę kuszącą powłokę.
Henryk przymykał powieki, a jego długie rzęsy muskały szkarłatne policzki. Lekko przygryzał wargi – opuchnięte i noszące ślady namiętnych pocałunków. Sięgnął wolną dłonią ku włosom kochanka, z wyczuciem zaciskając na nich palce. Po chwili dotknął wygolonego tyłu jego głowy i karku, który delikatnie zadrapał paznokciami. Tym razem to on skłonił Ptaszka do wydania cichego syknięcia, wychwyconego z niemałym trudem pośród wszystkich rozkosznych dźwięków, których sam był źródłem. I gdy ukochany zatoczył krąg językiem wokół wyeksponowanej przez niego grdyki, nie był już w stanie stłumić kolejnego westchnienia.
Jan nie przestawał całować jego szyi, aż w końcu zsunął się niżej, składając pierwsze, niespieszne i czułe pocałunki na nagim, silnym barku Henryka, wywołując kolejne ciche, urywane westchnięcia. Z czasem przerodziły się one w głębsze, wyważone jęknięcia, gdy znaczył skórę w tym miejscu coraz bardziej zachłannymi pocałunkami. Wciąż nie potrafił się nim nasycić – każde takie westchnięcie i każdy jęk jedynie potęgowały pragnienie, które w nim narastało.
— Jeśli ci to nie wadzi, Henryku… chciałbym zostawić na twej skórze drobny ślad. Właśnie tu — szlachcic uniósł nieznacznie głowę, by spojrzeć na przystojne lico ukochanego – wpatrujące się w niego spod przymkniętych powiek jasnobłękitne spojrzenie, kusząco zaróżowione policzki i delikatnie rozchylone usta, które tak bardzo pragnął całować. Henryk zwykle mu na to pozwalał, choć nigdy w widocznym miejscu, i właśnie dziś szczególnie chciał mieć pewność, że sprawi mu to przyjemność.
— Nie wadzi mi to wcale. Nie musisz mnie zawsze o to pytać — wymruczał twierdząco Henryk, unosząc kąciki ust w błogim uśmiechu.
— To nie znaczy, że nie powinienem — odparł łagodnie Jan.
— Wystarczy, byśmy byli dostatecznie… — zaczął Henryk.
— … dyskretni — dokończył Jan z cichym westchnieniem.
Pozostali mieszkańcy kuźni byli świadomi tego, co ich łączyło, i wbrew ich obawom nie postrzegali tej miłości jako grzechu. Obaj jednak wiedzieli, że nie wszyscy ludzie byli tak otwarci. Jemu, jako szlachcicowi, nie groziłyby aż nazbyt poważne konsekwencje – tego samego nie mógł powiedzieć o Henryku.
Otrzymawszy wyraźne przyzwolenie, blondyn pochylił głowę i przycisnął wargi do opalonej skóry barku kochanka, pozostawiając na niej zaróżowiony ślad swojego niegasnącego pożądania, którego powstanie kowal przyjął z niskim pomrukiem. Oznaczona w ten sposób skóra przyjemnie mrowiła, co było całkowicie pożądane.
Jan nie poprzestał na tym – obrysował językiem łuk obojczyka Henryka, po czym powoli zsunął się z bioder kochanka, wypuszczając z czułego uścisku także jego dłoń. Ułożył się między rozchylonymi udami ukochanego, gdy ten lekko ugiął nogi w kolanach. Nieśpiesznie wytyczył ustami lekko wilgotny szlak po gęsto owłosionym mostku. Okalające go mięśnie obsypywał dłuższymi, pełnymi pasji i pożądania pocałunkami, aż w końcu objął pierś kochanka dłonią. Zręcznymi opuszkami palców z wyczuciem muskał lewą brodawkę, badając jej fakturę. Łagodnie ścisnął ją opuszkami kciuka i palca wskazującego, drugą natomiast uraczył czułym pocałunkiem, powiódł po niej językiem, by w końcu objąć twardniejący sutek ciepłem i miękkością swoich warg.
Z gardła Henryka wydobywały się niskie pomruki zadowolenia oraz głęboko rezonujące w piersi jęknięcia pełne rozkoszy. Oderwał plecy od materaca w subtelnym łuku, zaciskając palce na pościeli i we włosach kochanka, jakby chciał zatrzymać jego usta w tym właśnie miejscu. Jego pierś unosiła się i opadała w rytm ciężkiego, urywanego oddechu, a serce niemal boleśnie tłukło się w piersi. Mięśnie brzucha pozostawały napięte od pożądania, kumulującego się w lędźwiach i wciąż nie znajdującego ujścia. Czuł dreszcze przechodzące po rozpalonej, wilgotnej od potu skórze i choć rozpaczliwie pragnął więcej, nie śmiał nic zmieniać. Wszystko było idealne.
Gdy tylko Henryk rozluźnił palce wczepione w jego włosy, Jan, pragnąc wywołać u kochanka równie grzeszne reakcje, równie nieśpiesznie podążył ustami w dół muskularnego brzucha mężczyzny, za linią ciemnych włosów biegnących przez jego środek. Pozostawiał na rozpalonej skórze wilgotny ślad swojego gorącego oddechu i języka, którym ścierał słony pot. Obsypywał łagodnymi pocałunkami sińce pozostawione przez drewniany miecz po walce z rycerzem zakonnym, choć wiedział, że w ten sposób nie znikną. Obdarzył równie czułą pieszczotą krawędź pociągłej blizny po prawej stronie brzucha ukochanego.
— Nie tam — sapnął Henryk w cichym proteście, niemal przepraszająco, czując dotknięcie ust ukochanego i jego rozgrzany oddech na nierównej powierzchni blizny. Towarzyszyło temu krótkie mrowienie oraz mimowolne napięcie mięśni w tym miejscu – ciało dawno się zagoiło, lecz on pamiętał to aż nazbyt dobrze. Wiedział, że Janem kierowały dobre intencje, że również w ten sposób okazywał mu swoje uwielbienie, nawet tam, gdzie jego ciało nie było już piękne. To jednak nie były ślady niedawnych walk ani męstwa – to był moment, w którym był bezbronny, zdany na łaskę wrogów. Był to zupełnie inny rodzaj bezbronności niż ten obecny, gdy oddawał się temu mężczyźnie z własnej woli. Z pewnymi rzeczami wciąż potrzebował po prostu nieco więcej czasu.
— To również część ciebie, moja miłości. Nie są to blizny mniej szlachetne niż te, które powstały od ran odniesionych w walce — Jan, zgodnie z wolą ukochanego, nie kontynuował składania pocałunków wzdłuż łuku tej blizny. Henryk mógł postrzegać to inaczej niż on, jednak liczył, że z czasem dostrzeże to, co sam widział. Wiedział, że ten mężczyzna niechętnie mu odmawiał, lecz nie chciał doprowadzić do sytuacji, w której Henryk postąpiłby wbrew sobie tylko po to, by sprawić mu przyjemność kosztem własnego komfortu. — Pozwolisz mi na to kiedyś?
— Tak… tylko daj mi więcej czasu — wymruczał cicho Henryk. Może byłoby mu łatwiej się z tym oswoić, gdyby wyznał wszystko ukochanemu i przeszli przez to razem. Nie chciał, by pomyślał, że go od siebie odsuwa, a już na pewno nie chciał, by Ptaszek pomyślał, że nie jest dla niego dość godny zaufania.
— Przejdziemy przez to razem… jeśli tylko mi na to pozwolisz — zapewnił szlachcic pewnym, spokojnym tonem. Da Henrykowi tyle czasu, ile ten będzie potrzebował – a nawet jeśli nigdy nie pozna całej prawdy, nie odwróci się od niego.
— Wierzę ci... — przyznał cicho Henryk. Znacznie łatwiej przychodziło mu być podporą dla Jana, co wpisywało się w jego głęboką potrzebę bycia przydatnym i opiekowania się tym szlachcicem. Teraz jednak, przy nim, starał się pozwalać, by to Ptaszek przejmował tę rolę.
Jako że tym razem Henryk nie postanowił zaprzestać tak miło spędzanych chwil, podczas których celebrowali wzajemną bliskość pomimo drobnych niedogodności, Jan – zgodnie z jego wolą – nie złożył nawet najlżejszego pocałunku wzdłuż blizny na brzuchu kochanka. Pochylił głowę i powoli powiódł ustami po napiętych krzywiznach jego brzucha, błądząc również językiem po skórze ukochanego, który przyjmował każdą pieszczotę z grzesznymi westchnięciami i urywanymi jęknięciami. Odnajdywał miejsca poznaczone siniakami, traktując je z należytą czułością. Gdy jego usta zatrzymały się tuż przed materiałem nogawic okrywających biodra Henryka, powoli się wyprostował, wciąż zajmując miejsce między rozchylonymi udami mężczyzny. Jego wzrok padł na kształt prężącego się pod tkaniną grubego, ciężkiego od pożądania członka. Na wysokości stwardniałej główki odznaczała się ciemniejsza plama wilgoci. Och, jakże uwielbiał czuć każdy centymetr penisa Henryka w sobie – jednak dzisiaj miał nadzieję, że to ukochany odda się jemu.
— Mogę? — Jan, oczekując na odpowiedź kochanka, zaczął zataczać leniwe kółka na jego okrytym materiałem udzie. Nie potrafił się powstrzymać, by nie przesunąć dłoni nieco wyżej i nie obrysować opuszkami palców uwięzionego pod tkaniną penisa kowala.
— Tak… pro… ach… proszę — Henryk wyjęczał te słowa w chwili, gdy dłoń szlachcica zsunęła się z jego uda i sięgnęła ku jego penisowi. Uniósł nieznacznie biodra, łaknąc więcej tego rodzaju bliskości z ukochanym panem.
Gdy Jan pewnym, choć niepozbawionym wyczucia ruchem pociągnął zbędny kawałek odzienia, Henryk ponownie uniósł biodra, chcąc ułatwić mu to zadanie. Oderwał na moment stopy od materaca, unosząc ugięte w kolanach nogi i przyciągając je bliżej nagiego brzucha. Zdejmowane przez Jana – z jego pomocą – odzienie odsłaniało coraz więcej ciała, aż w końcu nogawice owinęły się wokół jego kostek. Ostatecznie zostały odrzucone na podłogę i stracili nimi zainteresowanie, a Henryk znów ułożył stopy na łożu, ponownie zginając nogi w kolanach.
Uwolniony z okowów zbędnego materiału, nabrzmiały od podniecenia członek spoczął na jego brzuchu, okolony ciemnymi lokami u nasady i wilgotny – od potu oraz perlącego się na zaczerwienionej skórze preejakulatu. Henryk nieznacznie się dźwignął, wspierając ciężar ciała na ugiętych w łokciach rękach. Przygryzł dolną wargę z krótkim westchnięciem, w oczekiwaniu obserwując kochanka. Czuł na sobie jego spojrzenie – pełne uczuć, ale i pożądania.
Pochyliwszy się, Jan ucałował kości biodrowe swojego kowala i pozostawił wilgotny ślad namiętnych pocałunków na wewnętrznych stronach jego ud, zanim oplótł długimi palcami trzon wzwiedzionej męskości kochanka. Lekkim ruchem nadgarstka powiódł dłonią w górę, wodząc opuszkami palców wzdłuż prężącej się długości, rozcierając na skórze krople preejakulatu i wyczuwając każdą nabrzmiałą żyłę oraz każde zgrubienie. Czule pogładził kciukiem nieosłoniętą napletkiem główkę prącia, zgarniając wilgoć.
Przelotnie spojrzał na ogarniętą rozkoszą twarz kochanka, który przez większość czasu nie spuszczał z niego wzroku – z wyjątkiem tych chwil, gdy Henryk odchylał głowę w tył, odsłaniając łagodnie drżącą grdykę. Jan chciwie chłonął wszystkie lubieżne dźwięki wymykające się z jego wnętrza oraz przyspieszony oddech. Będąc tak blisko, wyczuwał drżenie bioder Henryka i to, jak bardzo pragnął doświadczyć więcej tej obezwładniającej rozkoszy.
Każda z tych reakcji kochanka wysyłała impulsy wzdłuż jego kręgosłupa, kumulujące się przede wszystkim w lędźwiach – erekcja stawała się niemal nieznośna. Pragnął rozładować to podniecenie, zaspokoić pożądanie, jakie wzbudzał w nim ten mężczyzna… a jednak równie silnie czuł potrzebę czczenia ukochanego i obdarzania go czułością. Wiedział też, ile czasu Henryk potrafił mu poświęcić, by każde zbliżenie było przyjemne dla nich obu. Spełnienie zawsze miało słodki smak.
— Jesteś piękny… nie potrafię ci się oprzeć — wyszeptał blondyn, kierując dłoń ku podstawie przyrodzenia ukochanego. Okalające ją włoski delikatnie łaskotały, a chwilami nawet łagodnie drapały skórę jego palców. Zwilżył usta i musnął nimi twardy trzon drgającej z pragnienia męskości. Wargi sunęły powoli po rozgrzanej skórze, jakby tym razem nie potrafił nasycić się jej smakiem i zapachem – subtelnie słonawym, ciężkim, piżmowym. Odurzającym. Zapierającym dech w piersi. Całując ją zachłanniej, znacząc ciepłem przyśpieszonego oddechu, językiem poszukiwał każdej żyły i każdego zgrubienia odznaczającego się na napiętej długości.
— Jesteś… och… w tym taki dobry — Henryk czuł, że powinien powiedzieć coś innego, jednak coraz bardziej zatracał się w tym doznaniu. Nie umniejszało to jednak w żaden sposób uczuć, jakie żywił do tego mężczyzny. Nie szczędził grzesznych dźwięków wymykających się z opuchniętych od pocałunków i przygryzania warg: głośnych westchnień, urywanych jęków, głębokich pomruków dudniących w piersi. Nawet nie próbował ich stłumić – tak jak nie był w stanie zapanować nad przyśpieszonym oddechem, który chwilami grzęznął mu w gardle. Gdy nie odchylał głowy w tył, wciąż starał się podziwiać kochanka. Ręce, na których dotąd się wspierał, zwiotczały pod naporem ekstazy; opadł z ciężkim stęknięciem na plecy, zaciskając palce na pościeli. Czuł grę napiętych mięśni brzucha, drżenie własnych ud i pulsowanie prącia, złaknionego tej uwagi – czułej, rozpalającej bliskości, jaką mógł mu dać tylko ten mężczyzna.
— Zależy mi na tym, żebyś czuł przyjemność… jestem tu dla ciebie — wymruczał ciepło Jan i raz jeszcze złożył kilka przelotnych, wilgotnych pocałunków na wewnętrznej krawędzi lewego uda kochanka. Skubnął tam skórę zębami, za co zaraz przeprosił krótkim liźnięciem. Z ust Henryka wymknęło się głośne westchnienie zadowolenia i kilka rozkosznych syknięć. Dla Jana również było to niezwykle przyjemne – sama możliwość kochania się z Henrykiem. Po tamtej nocy w Suchdolu obawiał się, że tylko raz dane mu będzie doświadczyć takiej bliskości z kowalem; na szczęście obawy te okazały się bezpodstawne.
— Twoja przyjemność również jest dla mnie ważna — przyznał zdyszanym głosem.
Nie pierwszy raz czuł, że ten szlachcic o niego dba – choć nie zawsze potrafił to okazać. Teraz było inaczej i Henryk nie chciał, by to się zmieniło, by zrobili choćby jeden krok w tył. Wzajemność była dla niego istotna, szczególnie gdy chodziło o tego huncwota, dla którego zupełnie stracił głowę.
— Odczuwam ją, mój najdroższy kowalu — zapewnił ciepłym tonem Ptaszek.
Henryk przyjął to zapewnienie cichym pomrukiem aprobaty.
Jan znów powrócił ustami do pobudzonego przyrodzenia kochanka, tym razem poświęcając uwagę dotąd zaniedbanej główce. Zatoczył koniuszkiem języka leniwy okrąg wokół jej podstawy, by zaraz potem prześlizgnąć się po jej szczycie i zetrzeć w ten sposób liczne, dopiero co uronione, przezroczyste krople preejakulatu. Chętnie objął czekającą na więcej pieszczot żołądź wargami, zaczynając nieśpiesznie ją ssać.
Niespokojne drgnięcie bioder Henryka i wygięcie pleców w miękki łuk zasygnalizowały mu, że właśnie tego mężczyzna pragnął najbardziej. Dźwięk, który wyrwał się z jego piersi, był już bliższy rozkosznemu krzykowi. Rzewnie płynący preejakulat mieszał się ze śliną, gdy główka ocierała się o gorące wnętrze jego szlachetnych ust. Otarł koniuszkiem kciuka strużkę śliny, która spłynęła mu z kącika ust po brodzie. Wzdychał cicho, zmysłowo, czując na języku ciężar żołędzi.
— O… nhg… nie przestawaj… Boże — Henryk, obdarzany czystą, niefiltrowaną rozkoszą, nie potrafił znaleźć innych słów. Gorąco rozlewało się po jego ciele, skupiając się między udami, które rozchylił szerzej przed swoim kochankiem. Uniósł lewą nogę, ugiętą w kolanie, gdy blondyn przyjął go nieco głębiej w usta, połykając większą część jego długości i narzucając stały rytm. Jego łydka odnalazła ramię kochanka, leniwie ocierając się o nie. Palce stóp mimowolnie podwinęły się w uniesieniu.
Każdy nerw w jego ciele płonął żywym ogniem, gdy wciąż odnajdywał rozkosz w ustach tego mężczyzny – tak cudownie chętnych i wilgotnych, w cieple jego oddechu i w każdym, nawet najdelikatniejszym muśnięciu językiem jego męskości w poszukiwaniu znajomych wypukłości i zarysowanych żył na napiętym trzonie. Nie był w stanie powstrzymać kolejnych głośnych – jak na siebie – manifestacji odczuwanej rozkoszy.
Jan uniósł powoli głowę, rozchylając nieznacznie wargi – po chwili wypuścił z ust męskość kochanka, a towarzyszący temu cichy, wilgotny dźwięk zabrzmiał zaskakująco intymnie, niosąc ze sobą obietnicę dalszej bliskości. Odetchnął głębiej, cofając dłoń od męskości kowala, by móc wsunąć obie ręce pod ugięte w kolanach nogi i z wyczuciem ułożyć dłonie na jego biodrach.
Tracąc kontakt z ustami kochanka, a nawet z jego zręczną dłonią, Henryk znów sapnął w cichym proteście. Uniósł głowę, by spojrzeć na twarz blondyna. Rozluźnił zaciśnięte na pościeli palce, prawą dłonią dotykając własnej klatki piersiowej i muskając opuszkami palców skórę brzucha. Drugą nakrył dłoń Jana, po chwili przesuwając ją ku jego przedramieniu w czułym, poszukującym bliskości geście. Nie chciał, by to się kończyło – było tak intensywne, że wiedział, iż wkrótce będzie potrzebował chwili przerwy. Bez niej mógłby zbyt szybko osiągnąć spełnienie.
Jan cicho zachichotał na ten pełen bezradnego sprzeciwu dźwięk, po czym znów przybliżył usta do jego ciała. Ucałował podstawę trzonu mężczyzny, a następnie sunął wargami po przyciągniętych bliżej ciała, porośniętych ciemnymi włoskami jądrach. Namiętnie, choć z wyczuciem, całował napiętą, delikatnie pomarszczoną skórę moszny, prześlizgując się po niej językiem i owiewając ją nieregularnym oddechem. Czuł ich łagodne drżenie, kontrastujące z każdym ruchem bioder ogarniętego ekstazą kochanka.
Wszystkie reakcje Henryka postrzegał jako zachwycające i niezwykle podniecające – mężczyzna obnażał się przed nim w najgłębszym tego słowa znaczeniu. Były szczere, niewystudiowane, świadczyły o tym, że całkiem wyzbył się typowej dla siebie powściągliwości. Nie było tu miejsca na nierówności klasowe; z czasem Jan nauczył swojego kowala, że i w tej bliskości są sobie równi – że nie ma tu pana i jego giermka.
Prężący się penis Henryka łagodnie ocierał się o jego brzuch, rozlewając świeżo uronione krople preejakulatu po napiętych krzywiznach ciała. Przesunął nogę nieco wyżej, ponad ramię mężczyzny leżącego między jego udami, by trącić stopą bok kochanka w leniwym, domagającym się geście. Pragnął znów odnaleźć rozkosz w ustach tego mężczyzny – tak cudownie chętnych i wilgotnych.
Gdy uniósł nieco wyżej ugiętą w kolanie nogę, bezwstydnie eksponując swoje ciało, poczuł, jak czułe pocałunki ukochanego sięgają miejsca między nasadą jąder a odbytem, by po chwili nieśpiesznie powrócić na jego mosznę. Stamtąd Jan poprowadził wargi wzdłuż całej długości jego penisa, aż do samej żołędzi, którą z cichym, lubieżnym westchnięciem otoczył ustami, znów chwytając dłonią podstawę jego członka.
Henryk przyjął to z kolejnym nieskrępowanym jęknięciem i mimowolnym ruchem bioder, w które szlachcic uziemiająco wbił palce lewej dłoni. Oderwał plecy od posłania, czując aż nazbyt wyraźnie łagodne ssanie, bliskość policzków blondyna i każde muśnięcie jego języka na uwrażliwionej żołędzi wzwiedzionego, drgającego penisa. Gdy Jan nasunął się na niego głębiej, połykając niemal połowę jego przyrodzenia, pożądanie stało się przytłaczające. To był ten moment, w którym Henryk wyraźnie zbliżał się do spełnienia. Zadrapał paznokciami skórę nadbrzusza, zaciskając palce lewej dłoni na nieświadomie głaskanym przedramieniu kochanka. Opuścił lewą nogę, nieznacznie ją prostując, podczas gdy drugą wciąż trzymał ugiętą.
— Pr-proszę… prz-przestań — wymamrotał Henryk, bezradny wobec fali przyjemności. Przełknął cicho ślinę, czując suchość w gardle. Pewnie łyk lub dwa wina, którego w tym pokoju nie brakowało, pozwoliłyby mu ją ukoić. Starał się choć trochę opanować ciężki, urywany oddech i drżenie mięśni oraz – choćby na krótką chwilę – mocniej zakorzenić się w rzeczywistości, skoro pragnął doświadczyć pełni bliskości z kochankiem.
— Nie jest ci to miłe, moja miłości? — zapytał Jan głosem zabarwionym lekką chrypką, gdy znów uwolnił z ust penisa kochanka, czyniąc to z tym samym intymnym, wilgotnym odgłosem. Dyskretnie otarł dłonią śliskie od śliny wargi. Uwolnił go także z czułego uścisku dłoni. Uśmiechnął się przy tym niemal niewinnie, a czekając na odpowiedź Henryka, naznaczył wnętrze jego lewego uda kolejnym, powolnym pocałunkiem. Odczuwał cichą, głęboką satysfakcję z tego, jak wiele przyjemności potrafił mu dać, a także zachwyt nad tym, że mogą razem dzielić coś tak intensywnego i wyjątkowego – oraz nad tym, jak otwarty, ufny i obecny był w tej chwili kowal.
— Jest… aż za bardzo miłe. Nie chcę, by to szybko się skończyło — wymruczał Henryk w odpowiedzi, unosząc kącik ust w delikatnym uśmiechu. — Zbliż się, proszę.
— Ja również nie — zgodził się Jan. Wspierając się na rękach, podciągnął się wyżej, wciąż pozostając między udami kochanka i spoglądając na niego z góry.
Gdy tylko Jan spełnił jego prośbę, Henryk otoczył ramionami jego szyję i przyciągnął go ku sobie, by pochwycić jego wargi w żarliwym pocałunku, w którym naturalna słodycz mieszała się z lekko słonym smakiem ciała. Gdy usta Jana rozchyliły się zachęcająco, bez wahania wślizgnął się do nich językiem.
Powiódł dłońmi po nagich plecach ukochanego, łagodnie wbijając opuszki palców w napięte mięśnie, a gdy zsunął je niżej, na pośladki blondyna, pogładził je przez okrywający je materiał – z wyczuciem, powstrzymując się od zaciśnięcia na nich palców, choć zwykle chętnie ulegał tej pokusie. Henryk starał się powstrzymać odruch przyciągnięcia ich lędźwi do siebie, tak by na razie pozostali nieruchomo, mimo czystego, niekontrolowanego pragnienia. To miał być dla nich krótki moment wyciszenia i czułości. Ich usta, złączone w namiętnym pocałunku, stłumiły cisnący się na wargi szlachcica rozkoszny pomruk, gdy Henryk dotykał go w ten sposób. Blondyn, opierając jedną lekko ugiętą w łokciu rękę przy głowie kochanka, drugą delikatnie ułożył na jego udzie.
— Czy mógłbyś nalać nam wina? — poprosił łagodnie Henryk, gdy przerwali pocałunek; na jego wargach błąkał się błogi uśmiech. Nieśpiesznie przesunął dłonie z pośladków ukochanego na jego plecy, znacząc skórę delikatnymi, niemal pieszczotliwymi muśnięciami szorstkich opuszek palców.
— Dla ciebie wszystko, mój rycerzu — Jan czule musnął wargami delikatnie uśmiechnięte usta ukochanego, po czym z zmysłowym westchnięciem wymknął się z jego objęć. Napełniwszy na nowo dwa puchary winem, pierwszy przybliżył do ust i kilkoma łykami ugasił pragnienie. Następnie zbliżył się do łóżka, by wręczyć drugi kielich ukochanemu, który w tym czasie ułożył się na lewym boku, zginając w łokciu lewą rękę i opierając na dłoni rozgrzany policzek. Prawą nogę wysunął nieznacznie przed siebie, uginając ją w kolanie, drugą pozostawiając wyprostowaną.
Kowal przyjął kielich z wdzięcznością, nie powstrzymując cichego westchnienia ulgi, gdy szkarłatny trunek spłynął w dół jego gardła, uwalniając go od pragnienia. Wtedy zdecydował się odstawić puchar na podłogę; zamknął palce prawej dłoni na przegubie szlachcica, zatrzymując go przy łożu. Łagodnie przesunął palce, ujmując jego dłoń, a potem musnął ustami jej wierzch w czułym geście. Jan przyjął ten wyraz oddania z głębokim westchnieniem.
Henryk powoli podniósł się z posłania, klęcząc przed szlachcicem na ugiętych w kolanach nogach. Wypuściwszy z palców dłoń blondyna, znów zatopił się w kolejnym pożądliwym pocałunku, przyciskając usta do smakujących winem warg stojącego przed nim mężczyzny. Szlachcic, gdy po chwili zaskoczenie go powoli opuściło, całował go równie namiętnie, tracąc oddech i dotykając dłońmi jego twarzy, podczas gdy dłonie Henryka przesuwały się ku biodrom kochanka. Po zbadaniu krzywizn jego brzucha i ponownym pogładzeniu pośladków – któremu towarzyszył krótki jęk – zsunął z bioder mężczyzny nogawice. Opadając, odsłoniły delikatną linię jasnych włosów biegnących od pępka ku biodrom, wyraźnie kontrastującą z alabastrową skórą.
Gdy przerwali pocałunek, spojrzenie Henryka mimowolnie spoczęło na pobudzonej męskości kochanka – z odsłoniętą, zaróżowioną i lśniącą od preejakulatu główką. Nie przestał odczuwać pożądania – wciąż pozostawał podniecony i choć na krótką chwilę napięcie nieco opadło, widok w pełni nagiego kochanka, wyswobadzającego się z odzienia oplatającego jego szlachetne kostki, rozpalił je na nowo. Wiedział dobrze, czego pragnie. Przygryzł wargi, wydobywając z siebie krótkie westchnięcie, czując na nich słodycz wypitego trunku.
Jan zadrżał pod naporem tego spojrzenia, skupionego na jego sylwetce, a zwłaszcza na dolnej połowie nagiego ciała. Znał je dobrze. Głodne. Henryk tylko przed nim odsłaniał teraz to oblicze – tak odmienne od wszystkich, które znali inni: opanowanego i oddanego, uśmiechającego się łagodnie, próbującego skryć to, co go dręczy; tego, który budził podziw sojuszników i przerażenie u wrogów – oraz Henryka potrafiącego być jednocześnie czułym i nieprzyzwoitym. To wystarczyło, by poczuł gwałtownie rozlewający się żar w podbrzuszu, kumulujący się najmocniej w lędźwiach. Oddech na moment ugrzązł mu w piersi, a serce przyspieszyło.
Henryk cofnął się nieznacznie do tyłu, wyginając plecy i przyklękając na szeroko rozstawionych kolanach. Oparł dłonie na nagich biodrach stojącego przed nim mężczyzny, obsypując jego brzuch zarówno czułymi, jak i namiętnymi pocałunkami, zostawiając na skórze wilgotne ślady warg i oddechu, który łaskotał ciało kochanka. Dotknął jego uda, ostatecznie obejmując delikatnie palcami trzon jego penisa. Musnął wargami odsłoniętą pod wpływem podniecenia, lśniącą wilgocią główkę prącia. Przesunął językiem po reagującej na każdy, nawet najdelikatniejszy dotyk, napiętej żołędzi, zbierając z jej gładkiej powierzchni krople preejakulatu, które rozlewały się po jego języku. Podniósł na moment spojrzenie na twarz kochanka, wydając cichy, stłumiony pomruk. Rozchylił wargi na tyle, by otoczyć nimi najwrażliwszą część jego prącia, zanim przyjmie go głębiej w usta. W tej chwili było to wszystko, czego najbardziej pragnął.
Jan bardzo szybko zapomniał o odzieniu, na którym na moment przystanął, skupiając się wyłącznie na mężczyźnie przed nim. Obserwował go spod przymkniętych powiek, z rozchylonymi wargami, spomiędzy których – obok ciężkiego, urywanego oddechu – wymykały się bezwstydne jęki. Szeptał czułe pochwały, pełne uwielbienia słowa. Przeczesał palcami krótko ścięte włosy ukochanego, po czym przesunął dłoń ku jego twarzy; opuszkami musnął wilgotną od potu skroń, zarumieniony policzek, aż w końcu dotknął krawędzi jego szczęki. Gorąco rozlało się w nim nową falą – po brzuchu i między udami – gdy poddawał się obezwładniającej przyjemności, wprawiającej mięśnie nóg w delikatne drżenie.
Henryk nie pozostawał obojętny na bliskość tego mężczyzny – na jego smak, zapach skóry, przyspieszony rytm głębokiego oddechu, na każdy jęk i każde słowo, a także na pewny, a zarazem czuły dotyk, który nie czynił tego zbliżenia bezosobowym. Wszystkie impulsy, wywoływane każdą z reakcji kochanka, splatały się w dolnym odcinku jego kręgosłupa, nim sięgnęły lędźwi. Rozluźnił nieznacznie szczękę, skupiając się na rytmie własnego oddechu oraz na dotyku dłoni szlachcica spoczywającej teraz na jego karku, sam decydując o tym, jak głęboko chce go przyjąć – nie w całości; na tyle, by żołądź zbliżyła się do gardła, lecz by nie przekroczyła tej granicy.
Po raz kolejny poczuł drgnięcie bioder kochanka, gwałtownie powstrzymującego silniejsze szarpnięcie i przyjmującego tę pieszczotę z przytłumionym jękiem. Wiedział, jak łatwo było ulec tej pokusie, temu pragnieniu – sam przecież pragnął tego rodzaju bliskości. Gdy zabrakło mu tchu, powoli się wycofał i uniósł głowę, by znów spojrzeć na przystojną, ogarniętą rozkoszą twarz ukochanego. Odetchnął kilka razy głęboko, lekkim ruchem nadgarstka badając dłonią długość męskości kochanka. Po tym, jak musnął kciukiem wrażliwą główkę, powoli cofnął dłoń i wyprostował się, wciąż klęcząc na łóżku. Zarzucił ramiona na szyję ukochanego, którego dłoń przemknęła wzdłuż jego kręgosłupa, by objąć go w pasie. Ich ciała znów się zetknęły: klatki piersiowe, brzuchy, przyrodzenia – a ich usta połączyły się w kolejnym, równie namiętnym i pełnym czułości pocałunku.
— Jesteś… zdumiewający — Jan nie omieszkał skomplementować swojego kowala po tym, jak ten przejął inicjatywę, jakby odczytując jego najskrytsze pragnienia i potrzeby. Wciąż pragnął oddawać cześć temu mężczyźnie, hołubić go na wszystkie znane sobie sposoby – także w takich chwilach jak ta.
— Po prostu… czuję się tak dobrze przy tobie — wypowiedział Henryk cicho, z lekkim, niemal nieśmiałym uśmiechem, jak zawsze wtedy, gdy przyjmował komplement. Czuł się widziany i pożądany przez tego mężczyznę – przez Jana, którego teraz pragnął tak bardzo. Był to jeden z wielu sposobów, by mu to okazać. Zerknął ku stojącej nieopodal łóżka półce z książkami, pękatymi kolbami bez opisów i zdobionym kielichem – w jednym z naczyń znajdował się olej. — Myślę o tym, odkąd skończyłeś czytać ten manuskrypt. Chciałbym, byś to był ty. Czy również tego chcesz? — dodał ciszej.
Henryk był tego pewien jak niczego innego. Po całym dniu czekania, po tym, jak zadbali o odpowiedni nastrój… a właściwie jak zadbał o niego Jan – nie widział innej możliwości dalszego ciągu ich zbliżenia.
— Bardzo tego pragnę… chcę tylko wiedzieć, czy jesteś tego pewien — cicho odezwał się Jan, gdy uchwycił spojrzenie Henryka, wędrujące ku półce stojącej najbliżej łóżka. Oddech na moment ugrzązł mu w piersi, a serce przyspieszyło. Henryk czuł się przy nim wystarczająco dobrze – dał się oczarować jego szlachetnemu uwodzeniu, by wypowiedzieć pragnienie tego rodzaju, podzielane zresztą również przez Jana.
— Jestem tego całkowicie pewien. Ta biała kolba… — Henryk zaśmiał się cicho, głosem niskim, przesiąkniętym pożądaniem. Opuścił dłonie, dotąd spoczywające na barkach ukochanego i oplecione wokół jego karku, i odsunął się od niego w chwili, gdy Jan przestał obejmować go w pasie. Obserwując, jak Jan podchodzi do wskazanej półki i zdejmuje z niej zakorkowane naczynie, Henryk na moment usiadł na piętach, po czym ułożył się na lewym boku. Podparł głowę na ugiętej w łokciu ręce, ponownie wysuwając przed siebie prawą nogę, podczas gdy druga pozostała wyprostowana. Poklepał z wyczuciem miejsce za swoimi plecami.
Ptaszek obszedł łoże i wdrapał się na nie, układając się za plecami kowala – również na prawym boku, z ręką zgiętą w łokciu i dłonią pod głową, z wyprostowanymi nogami. Pochylił się, by zaznaczyć przelotnym pocałunkiem ramię leżącego przy nim mężczyzny, po czym ułożył dłoń na jego udzie. Naczynie z olejem postawił na poduszce.
Henryk powoli przesunął się na łożu, pozwalając, by jego plecy dotknęły wypełnionego pierzem materaca. Gdy układał się na prawym boku, silne ramię kochanka wślizgnęło się pod lewy bok jego ciała. Odwrócił się twarzą do szlachcica, który jeszcze przed chwilą leżał za jego plecami, objął ramionami jego szyję i przesunął palcami po złotych włosach. Łagodny uśmiech wkradł się na jego wargi, gdy spoglądał na przystojną twarz Jana.
Szlachcic również patrzył mu w oczy, a chwilę później jego usta odnalazły wargi Henryka w kolejnym, głębokim pocałunku. Dłoń, dotąd spoczywająca na szerokich plecach kowala, przemknęła wzdłuż łuku jego kręgosłupa, znacząc skórę falą rozkosznych dreszczy. Henryk w odpowiedzi nieznacznie przyciągnął lewą nogę ku brzuchowi, unosząc ją odrobinę wyżej, by otrzeć się udem o biodro kochanka, gdy zahaczył o nie nogą, po czym po chwili opuścił ją niżej – na wysokość pośladków szlachcica. Drugą nogę zostawił miękko wyprostowaną.
Ptaszek sięgnął po naczynie z olejem i na krótką chwilę uchwycił korek zębami, który po otwarciu kolby wypuścił spomiędzy ust, pozwalając mu spaść na pościel. Henryk zachichotał cicho i cofnął prawą rękę od ciała kochanka, by ostrożnie wyciągnąć z jego dłoni naczynie i pomóc w rozlaniu oleju na palce. Kilka zbłąkanych kropli spadło na jedwabną pościel, jednak zupełnie zignorowali ten fakt. Nie poświęcili ani chwili na szukanie wśród jedwabi zbłąkanego korka – po prostu odstawili naczynie z olejem w zasięgu rąk. Jeszcze się przyda.
Jan kojącym ruchem pomasował udo jego ugiętej nogi, pozostawiając na skórze delikatny, śliski ślad, po czym wsunął pod nią dłoń, gdy Henryk mu na to pozwolił. Sięgnął dłonią dalej, ku przestrzeni między pośladkami kochanka, i pogładził to miejsce z wyczuciem, wywołując u Henryka kolejną reakcję – głębokie westchnięcie. Kowal powiódł ramieniem wokół karku blondyna.
Leniwie przesuwał między nimi palce, niekiedy zatrzymując je na kilka sekund w powolnym, okrężnym ruchu opuszek i subtelnych muśnięciach, ostrożnie badając tę przestrzeń. Czuł, jak poddaje się jego dotykowi, jak ustępuje pod jego wpływem, sprawiając przyjemność kochankowi, który przyjmował ten delikatny masaż licznymi głębokimi westchnięciami, nierównym oddechem i łagodnym kołysaniem bioder w rytmie obranym przez jego palce. Szlachcic zdążył dobrze poznać tego rodzaju reakcje – gdy to Henryk prowadził, sam poszukiwał więcej rozkoszy i kontaktu z jego palcami, sygnalizując w ten sposób, jak bardzo jest potrzebujący i jak bardzo pragnie pełni bliskości z kochankiem. Nie różnili się pod tym względem od siebie.
— Mogę? — zapytał cicho Jan, dając Henrykowi pełną przestrzeń na podjęcie kolejnej decyzji, choć nic nie wskazywało na to, by ten miał zmienić zdanie.
— Wciąż tego pragnę — wyszeptał Henryk, łapiąc oddech. Przyjemność płynąca z masażu przestrzeni między pośladkami rozlewała się po całym jego ciele, obejmując także te partie, które dotąd pozostawały zaniedbane. Jego członek nie stracił nic ze swojej twardości – czuł każde drgnięcie napiętego ciała w oczekiwaniu, gdy główka roniła krople preejakulatu. Czuł też, jak ociera się o pobudzonego penisa kochanka, który podobnie jak on przyjmował bliskość ich ciał z przepełnionym rozkoszą jękiem.
Wciągnął powietrze przez zaciśnięte zęby, gdy Jan, chcąc spełnić jego pragnienie, powoli i ostrożnie wsunął pierwszy palec do jego wnętrza, zostawiając za sobą oleisty ślad. Dobrze znane mu uczucie – jeszcze nie w pełni satysfakcjonującej pełności i napięcia związanego z tym wtargnięciem – niosło ze sobą nie tyle ból, co lekkie szczypanie, towarzyszące rozciąganiu nieprzyzwyczajonej do tego doznania przestrzeni jego ciała.
Miał jednak wrażenie, że tym razem było to łatwiejsze – nie tylko przez ułożenie dolnej połowy ciała i obrany przez kochanka kąt, lecz także przez cały poświęcony mu czas. Mimo to nie zdołał powstrzymać cichego jęknięcia, gdy rozchylił zaciśnięte wargi. Mięśnie jego pleców napięły się w lekkim łuku, a uda zadrżały. Z wyczuciem ścisnął włosy szlachcica, drugą dłoń kładąc na jego barku i wbijając paznokcie w skórę.
Jan łagodnie poruszał nadgarstkiem, powoli wysuwając palec z ciasnego, gorącego wnętrza kochanka, które zdawało się niechętnie go wypuszczać, a jednocześnie przyjmować, gdy ponownie zanurzał pierwszy palec aż po kostki dłoni. Nieubłaganie, choć z wyczuciem, starał się przełamać opór ciała, gładząc w stałym, spokojnym rytmie napierające na jego śliski od oleju palec mięśnie. Wodził dłonią po nagich, napinających się plecach kochanka, wsłuchując się w chrapliwy, nierówny oddech uchodzący z zachęcająco rozchylonych warg Henryka: w głębokie westchnięcia i krótkie stęknięcia, które przeradzały się w niskie jęknięcia, gdzie nieśmiało pobrzmiewała doświadczana przez kowala przyjemność, gdy jego ciało stopniowo otwierało się na to doznanie.
Szlachcic, gdy tylko Henryk uniósł nieco wyżej prawą nogę, znów ocierając się udem o jego biodro, wysunął spod jego ciała rękę i ułożył ją ponad jego udem; jego palec na krótką chwilę wymknął się z wnętrza kochanka, pozostawiając po sobie nagłe, dotkliwie odczuwalne wrażenie pustki. Drugą, wyprostowaną, wsunął pod lekko uniesioną głowę kowala, obejmując dłonią jego kark. W tym samym czasie Henryk sięgnął do jego piersi i boku, dotykając go powoli, jakby szukał w nim oparcia. Zakołysał lekko biodrami w poszukiwaniu większego kontaktu z ciałem ukochanego, w subtelnym ponagleniu. Przycisnął wargi do ust blondyna, a z głębi ich piersi wydobyły się stłumione, nałożone na siebie jęki.
Skubał wargę Jana, podczas gdy ten badał krawędź jego ust językiem, aż w końcu ich wargi ponownie przywarły do siebie tak mocno, jakby tej nocy nie miały się już rozstać. Gorący oddech blondyna łaskotał jego podniebienie, dopóki niekontrolowany jęk nie rozbrzmiał w jego gardle – długie, smukłe palce mężczyzny ponownie pogładziły przestrzeń pomiędzy jego pośladkami, odnajdując na nowo drogę do wnętrza jego ciała. Biodra Henryka szarpnęły się pod wpływem tego doznania; powróciło uczucie rozciągania, wyważonego pieczenia, niosące ze sobą także pełność, którą powitał gardłowym pomrukiem i ponownym napięciem mięśni pleców.
— W porządku? — zapytał cicho Jan, niemal wprost w opuchnięte od żarliwych pieszczot usta Henryka, muskane w tym momencie jego własnymi wargami. Nie przerwał powolnego ruchu nadgarstka, wsuwając dwa palce raz za razem do wnętrza kochanka, którego wciąż cierpliwie otwierał. Śliskie od oleju opuszki smukłych palców znaczyły łagodnymi muśnięciami ciasno obejmujące je ścianki, gdy zanurzał się w nim aż po same knykcie, dostrajając ruch do kołyszących się bioder kowala.
Henryk pozostawał pełen zachwytu dla kochanka, doceniając jego starania, by uczynić to, ku czemu coraz wyraźniej zmierzali, jak najprzyjemniejszym, a także możliwości jego długich palców, badających każdy centymetr rozgrzanego wnętrza. Gdy po niemal całkowitym wysunięciu znów wślizgnęły się w niego głębiej, wraz z kolejnym dreszczem ekstazy, palce Jana wreszcie dosięgnęły prostaty.
To przelotne dotknięcie wystarczyło, by poczuł głęboką falę przyjemności – zupełnie nową, nieoczekiwaną. Przytłoczyła go gwałtowność tego doznania: żar wypełniający jego wnętrze, rozlewający się od środka ku brzuchowi i lędźwiom. Pełnia tego uczucia kumulowała się w jego ciężkim od pożądania, wilgotnym od nieskrywanej żądzy przyrodzeniu. Urywający się oddech na chwilę ugrzązł mu w piersi, jakby płuca odmówiły posłuszeństwa. Pod warstwą rozgrzanej skóry serce kołatało się gwałtownie w jego piersi. Przeciągły, nieprzyzwoity jęk znacznie różnił się od tych, które wcześniej wydostały się spomiędzy jego warg, zanim palce kochanka odnalazły to miejsce w jego ciele.
Znalezienie odpowiednich słów stało się nagle trudne, choć pozostawał świadomy, że Jan wciąż czeka na odpowiedź na zadane pytanie – nadal mając na uwadze jego komfort. Nie potrafił uchwycić żadnej myśli na dłużej niż jedno uderzenie serca. Mięśnie sztywnych ud drżały; czuł grę napiętych mięśni ud i brzucha, mrowienie rozchodzące się po skórze pleców, ramion i klatki piersiowej, a nawet krótkie drżenie dłoni. Palce, które dotąd zaciskał – niemal wbijał w bark kochanka, znacząc paznokciami alabastrową skórę – mimowolnie się rozluźniły, a ramiona zwiotczały, jakby nagle utraciły całą swoją siłę. Podwijające się palce stóp zdradzały intensywność doznania.
— Tak… tak. Zrób ngh… to jeszcze… ach… raz — jego głos załamał się w cichym, niemal pokornym błaganiu skierowanym do Jana. Przyćmione rozkoszą spojrzenie znów spoczęło na twarzy szlachcica – tego, za którego sprawą czuł się tak dobrze. Bycie zabranym do raju przestało wydawać się odległą obietnicą, skoro poznał już jego przedsmak. Może nie pozna wszystkich aniołów w niebie, ale jeśli Jan zrobi to jeszcze raz – a potem nie przestanie – wezwie imię Boga głośniej, niż kiedykolwiek wcześniej w jakiejkolwiek rozmowie z Nim.
— Mój Boże, Henryku… gdyby pokusa miała twarz nosiłaby twoją — wyszeptał Jan, delikatnie scałowując krople potu ze skroni i zaróżowionego policzka kochanka. Henryk na moment oparł wilgotne czoło o jego własne, ciemne kosmyki przyklejone do skóry splatały się z opadającymi lokami Jana. Nie był to przesadzony komplement – każdą z tych reakcji kowala Ptaszek postrzegał jako zachwycającą, a zarazem grzeszną. Świadczył o tym także jego wzwiedziony członek, którym pragnął zastąpić swoje palce.
Poruszył znów nadgarstkiem – ten subtelny ruch wystarczył, by jego palce otarły się o uwrażliwione, sprężyste ścianki wnętrza Henryka, wyślizgnęły się z niego i zaraz potem znów wypełniły tę przestrzeń z kolejnym ruchem dłoni. Opuszki smukłych palców uderzyły w to miejsce, na co Henryk odpowiedział następnym, głębokim, zmysłowym jękiem, ponownie tracąc panowanie nad reakcjami własnego ciała. Przymknął na moment powieki; rozchylone usta zachłannie chłonęły powietrze, niosąc ze sobą wrażenie, jakby każdy oddech palił tkanki jego płuc. Na jego wargach zagościł efemeryczny uśmiech.
— Właśnie tak… tam… o Jezu… tak, Janie… Boże, nie przestawaj — wyjęczał, tonąc w ekstazie, upojony każdym doznaniem i odurzony samą obecnością tego mężczyzny – tym, jak rozpadł się pod wcześniejszą bliskością jego ust i zręcznej dłoni. Czas zdawał się znacząco zwalniać. Bezwiednie szukał czegoś, co pozwoliłoby mu choć na moment zakorzenić się w rzeczywistości; drżące palce odnalazły więc biceps kochanka, którego uchwycił się kurczowo. Kołysał biodrami, roszcząc sobie prawo do więcej, przyciskając rozpalone ciało do lędźwi Jana, podczas gdy jego drżące udo ocierało się o kość biodrową szlachcica. Wiedział – czuł to każdą komórką ciała – że to jest ten moment. Że jest gotów na to, o czym obaj dobrze wiedzieli, czego Jan tak bardzo pragnął. On sam pragnął tego równie mocno… tylko tak trudno było oprzeć się tej obezwładniającej rozkoszy.
— Nie zrobię tego — zapewnił cicho Jan, nie zaprzestając ruchu nadgarstka; ignorował powoli narastającą sztywność w przegubie, koncentrując się wyłącznie na tym, by w stałym, wyważonym tempie z wyczuciem uderzać palcami w to miejsce, raz za razem.
Z wnętrza gardła Henryka wyrwał się ostatni, zduszony jęk, któremu towarzyszyło gwałtowne wypuszczenie powietrza z płuc. W tej samej chwili poczuł, jak mięśnie jego miednicy napinają się, by zaraz potem rozluźnić, niosąc ze sobą doznania zbliżone do spełnienia – mniej skupione w jednym punkcie, a bardziej rozlewające się po całym ciele. Jego członek zapulsował, czemu towarzyszyło wrażenie uwolnienia większej ilości preejakulatu, osiadającego na jego skórze i nieznacznie rozlewającego się również po skórze Jana, znajdującego się tak blisko. Uniósł powoli powieki i spojrzał na niego wzrokiem zasnutym delikatną mgiełką pożądania, przez którą przebijało się subtelne zawstydzenie. Nie było to coś, co zdarzało mu się często. Doświadczył tego już wcześniej, lecz mężczyzna, z którym spędził tamtą, jakże intensywną noc, nie był Janem – a tylko z nim pragnął takiej bliskości.
— Co… to było, moja miłości? — zainteresował się Jan, przerywając ruch dłoni. Przez krótką chwilę pozostawił jeszcze dwa palce we wnętrzu kochanka, nim je wycofał. Spoglądając spod lekko uniesionych powiek na jego twarz ogarniętą błogością.
— Nie jestem tego do końca pewien, ale było to bardzo przyjemne. Jeśli zechcesz, możemy spróbować tego w inny sposób, gdy następnym razem będziemy się kochać — odparł Henryk. Nie potrafił właściwie zaspokoić słusznej ciekawości ukochanego. Gdy długie palce szlachcica opuściły wnętrze jego ciała, spomiędzy warg Henryka wyrwało się ciężkie westchnięcie – powróciło to znajome uczucie pustki, związane z nagłym brakiem wypełnienia. Jednocześnie czuł się względnie zaspokojony, choć wciąż nie osiągnął pełnego spełnienia – podobnie jak Jan. To napięcie, wciąż obecne między nimi, domagało się rozładowania.
— Chcę… bardzo chcę, byśmy spróbowali tego razem raz jeszcze — przyznał Jan, muskając dłonią pokryte kropelkami potu plecy kochanka i dając mu w tej krótkiej rozmowie niewielką chwilę wytchnienia – nawet jeśli sam kowal o nią nie prosił. Przy nim pragnął odkrywać każdą możliwą formę rozkoszy; nocami takimi jak ta bywało to nie tylko przyjemne, ale i wyczerpujące.
— Z nikim innym niż tobą nie chciałbym odkrywać tego wszystkiego — wyznał Henryk z efemerycznym uśmiechem, przeciągając się nieznacznie w objęciach kochanka. Czuły dotyk Jana, wciąż błądzący po jego plecach, wzniecał na skórze subtelne dreszcze, zbiegające się w dole kręgosłupa i cicho podsycające jego pożądanie.
— Skoro mówimy o doświadczaniu wszystkiego razem… Henryku… mogę cię teraz mieć? — zwrócił się Jan cicho do kowala, przesuwając palcami wzdłuż łuku jego kręgosłupa, z nadzieją, że i on podziela to pragnienie. Powiódł dłonią po lewym boku mężczyzny, przez biodro aż na udo, błądząc po jego skórze delikatnymi opuszkami palców.
— Jestem twój. Bardzo tego pragnę… zwłaszcza po tym, co dziś zrobiłeś — wymruczał w odpowiedzi Henryk, dotykając piersi kochanka, który, dbając o nastrój, jego potrzeby i komfort, stanął na wysokości zadania. Nie potrafił odmawiać Janowi – a gdyby to zrobił, odmówiłby również samemu sobie. Sięgnął po odkorkowane naczynie z olejem, wylewając jego zawartość na drugą dłoń – pozwalając, by spłynęła po palcach, śródręczu, a nawet przegubie. Wsunął dłoń między ich ciała, odnajdując członek ukochanego.
Otoczył podstawę trzonu jego przyrodzenia śliskimi od oleju, szorstkimi od fizycznej pracy palcami i z wyczuciem przycisnął do jego długości wewnętrzną stronę dłoni. Siłę erekcji kochanka wyczuwał wyraźnie pod palcami, podobnie jak jego szczególną wrażliwość. Z cichym westchnieniem przygryzł dolną wargę. Z każdym ruchem nadgarstka, prowadząc dłoń aż do zaczerwienionej, rzewnie roniącej preejakulat główki, pokrywał skórę penisa kochanka olejem. Łagodnie naciągnął zsunięty napletek i okrążył szerokim kciukiem główkę, pozostawiając na niej ślad oleju – ostatnie przygotowanie przed tym, czego tak bardzo oboje pragnęli.
— Jak… mfh… chcesz… ach… to…? — Jan z trudem wydobył z siebie te słowa pomiędzy głębokimi westchnieniami i urywanymi jękami, walcząc o oddech. Liczył, że Henryk zrozumie jego intencję, gdy mimowolnie poruszał biodrami, szukając większego kontaktu z jego dłonią.
— Zrobić? — zapytał niemal retorycznie Henryk. Powoli rozluźnił palce obejmujące trzon męskości ukochanego, aż w końcu po prostu wypuścił go z dłoni. Jego dłoń przesunęła się między ich ciałami, przez brzuch Jana, wracając na jego pierś, by ostatecznie mocno objąć go za szyję. Henryk przesunął górną połowę ciała w lewo, tak by plecy i pośladki spoczęły na miękkim materacu. Prawą nogę, wciąż zaczepioną o biodro kochanka, przyciągnął nieco bliżej, lewą – dotąd wyprostowaną – ugiął w kolanie i również przyciągnął do brzucha, otwierając się przed mężczyzną półleżącym między jego udami i wspierającym się na wyprostowanych ramionach, na wysokości jego barków.
— To właśnie miałem na myśli. Tak będzie dobrze… — przytaknął cicho Jan, nieznacznie unosząc dolną połowę ciała, by uklęknąć na ugiętych w kolanach, szerzej rozstawionych nogach. Pochylił się, uginając ramiona w łokciach, by przybliżyć twarz do twarzy kochanka, a ich usta niemal się stykały, pozostawiając na wargach ślad gorącego oddechu.
Henryk uniósł nieznacznie głowę i przesunął koniuszkiem języka po spojeniu warg szlachcica, przyciągając go w końcu do pocałunku. Objawił się w nim krótki moment pieszczoty, gdy objął ustami dolną wargę Jana, tłumiąc w ten sposób krótki jęk rodzący się w piersi szlachcica… a może to był jego własny. Jan pogłębił pocałunek bez wahania, delikatnie przygryzając wargi kowala i przesuwając po nich swoje usta w czułej pieszczocie. W tym czasie uchwycił palcami policzek kochanka, wzdychając wprost w jego usta i dzieląc z nim każdy oddech. W końcu ich wargi rozdzieliły się, pozostając połączone cienkimi niteczkami śliny. Trwali tak przez chwilę, wpatrując się w siebie z oddaniem i pożądaniem.
Szlachcic wsunął dłoń między ich ciała splecione w zmysłowym, ciasnym uścisku i sam, z dolną wargą opuchniętą od pocałunków, przyciśniętą teraz do zębów w stłumionym jęku, chwycił w dłoń swojego penisa. Nakierował go – wilgotnego od preejakulatu i śliskiego od oleju – na przestrzeń między pośladkami Henryka, szukając dostępu do jego wnętrza. Każde, nawet najlżejsze otarcie subtelnie pulsującej, nadwrażliwej od długich pieszczot i oczekiwania żołędzi, każde muśnięcie uwrażliwionej skóry, pamiętającej dotyk palców i penetrację nimi, niosło ze sobą nową falę przyjemności, zmuszając obu do grzesznych, urywanych westchnień.
Jan w końcu wyprostował się, a ramię Henryka miękko zsunęło się z jego szyi. Szlachcic odnalazł wreszcie drogę do wnętrza kochanka, łagodnie napierając na nie główką i wślizgując się w niego powoli, z wyczuciem – sam przytłoczony intensywnością doznania. Żołądź jego penisa natychmiast została otoczona jedwabistymi, wrażliwymi ściankami gorącego wnętrza Henryka, które mimo długiego przygotowania wciąż wydawało się cudownie ciasne. Jan przycisnął lędźwie do miednicy leżącego pod nim kowala, zanurzając się w nim coraz głębiej. Rozkosz, którą pragnął przeżywać razem z nim, uderzyła w niego gwałtownie – gorąco wezbrało w podbrzuszu, rozlewając się na drżące uda i napiętego penisa.
Przymknął powieki, opierając się potrzebie odrzucenia głowy w tył, gdy plecy napięły się w ekstazie – nie uczynił tego, chcąc skupić nieco oszklone spojrzenie na twarzy kochanka. Nie był jednak w stanie powstrzymać przepełnionego rozkoszą jęku ani opanować rytmu przyspieszonego oddechu. Dreszcze przeskakiwały po zakończeniach nerwowych jego ciała niczym iskry, krzesane i niewidoczne dla nikogo poza nimi. Palce wolnej dłoni zacisnęły się na pościeli w odruchu całkowicie pozbawionym kontroli.
Henryk, całkowicie rozluźniony, zadrżał i zmysłowo wzdychał pod wpływem bliskości ich ciał oraz naporu żołędzi na jego wejście. Gdy poczuł, jak je pokonuje – jak długi, twardy, pulsujący z podniecenia członek szlachcica wypełnia tę przestrzeń, dopasowany do niej w sposób niemal doskonały – przyjął go z jękiem, w który nieświadomie wplotło się imię kochanka, znów pochylającego się nad nim. Zacisnął palce na jego przedramieniu w niekontrolowanym odruchu, zatapiając paznokcie w skórze i twardych mięśniach. Oderwał plecy od łoża i sam, nie broniąc się przed wtargnięciem, którego pożądał, poczuł, jak rozkosz rozchodzi się po całym jego ciele, a uniesione nogi ponownie zadrżały. Żadne z tych doznań nie osłabło, gdy wzwiedziony członek Jana zanurzył się w nim do końca.
Nieco nieobecne spojrzenie Jana, spod przymkniętych powiek, prześlizgiwało się po twarzy kochanka – w ten sposób starał się dostrzec, czy mięśnie intensywnie zaczerwienionej, spoconej twarzy napinają się z powodu niepożądanego dyskomfortu. Henryk miał zamknięte powieki, a długie rzęsy łaskotały skórę jego twarzy; napięte, jakby w wysiłku, mięśnie – charakterystyczny grymas, zaciśnięta szczęka i ściągnięte niemal w wąską linię wargi – świadczyły jednak o czymś zgoła przeciwnym: o intensywnej rozkoszy. Jan zdążył już poznać tę minę Henryka, przybieraną w takich chwilach jak ta. Sięgnął dłonią ku wolnej ręce kochanka, by ponownie spleść ich palce i przycisnąć ją do splątanej, przesiąkniętej zapachem ich ciał pościeli.
Poruszył się między udami kochanka bez pośpiechu, z wyczuciem, stopniowo zagłębiając się w nim. Kołysał biodrami łagodnie i precyzyjnie, powoli odnajdując stały rytm, w którym każdy ruch był sprawny, przemyślany i pełen zmysłowości. Ich wilgotne ciała ocierały się o siebie. Rozkoszował się każdym drgnięciem ciała uwięzionego pod jego własnym – mimowolnymi ruchami bioder kochanka, które przygniatał do materaca ciężarem własnego ciała, nogami przyciągniętymi do brzucha, palcami wbijającymi się w jego ramię, paznokciami znaczącymi skórę płytkimi wgłębieniami, a także tym, jak mocno Henryk trzymał ich splecione dłonie.
Przestrzeń pokoju wypełniały jedynie przenikające się ciężkie oddechy, nieprzyzwoite jęki i ciche, miarowe skrzypienie drewnianej ramy łóżka, gdy zatracali się w przyjemności. Spomiędzy rozchylonych ust, zmuszanych do bezwiednych jęków, wymykało się również imię Pana – w czym teraz Henryk zdawał się przodować. Częściej przymykał powieki, unosząc je tylko na krótkie chwile, by skupić na nim spojrzenie przyćmione rozkoszą. Jan natomiast nie potrafił oderwać wzroku od twarzy kochanka, której rysy wyostrzyła intensywność doświadczanej rozkoszy. Odnajdywał w tym satysfakcję – każdy grymas przemykający po obliczu kowala postrzegał jako piękny, nie zaś nieporadny, bo świadczył o całkowitym porzuceniu kontroli, o byciu tu i teraz. Z nim.
Jan pochylił się nad kowalem, napierając klatką piersiową na unoszącą się i opadającą w rytm przyspieszonego oddechu pierś mężczyzny. Pochwycił jego usta w gwałtownym pocałunku, który Henryk odwzajemnił nieporadnie i chaotycznie, lecz nie z mniejszym pożądaniem. Przycisnąwszy brzuch do brzucha ukochanego, uwięził między ich ciałami jego nabrzmiałą męskość, z której preejakulat nieprzerwanie rozlewał się po krzywiznach napiętych mięśni brzucha Henryka.
— Mocniej… proszę — Henryk uniósł ponownie powieki, by spojrzeć na twarz zatracającego się w uniesieniu Jana, i wydyszał te słowa w chwili, gdy ich usta rozdzieliły się po raz kolejny. Nie był już w stanie stłumić jęku cisnącego się na rozchylone, łapczywie chwytające powietrze wargi. W takiej chwili jak ta, gdy działał wyłącznie instynktownie, nie czuł nawet cienia wewnętrznego sprzeciwu wobec rozkazywania mężczyźnie gorliwie poruszającemu się między jego udami, wnikającemu w niego raz za razem w tym samym nieśpiesznym, wręcz finezyjnym i pełnym wyczucia rytmie – rytmie, w którym łagodność i zmysłowość wyraźnie kontrastowały z precyzją sprawnego kochanka, jakim stawał się ten szlachcic. Pragnął intensywniejszych doznań, głębiej, wyraźniej czuć jego obecność w sobie.
— Henryku… jesteś… niesamowity, sprawiasz, że jest mi tak dobrze… zrobię wszystko, czego zapragniesz, byś poczuł się niczym w raju — wydyszał Jan tuż przy jego ustach, ledwie muskając je własnymi wargami.
— Jeśli naprawdę chcesz, to nie będę protestować — wyznał zachrypniętym głosem Henryk, czując, jak na wysokości serca rozlewa się zupełnie inne uczucie niż sama rozkosz – przyjemne, czułe łaskotanie, gdy słowa szlachcica po raz kolejny poruszyły tę wrażliwą strunę. Mimo że to Jan dziś wiódł pierwsze skrzypce, Henryk z radością pozwalał mu się rozpieszczać.
Przesunął dłoń z jego ramienia na wilgotny od potu kark, bezwiednie ścierając ze skóry cienką warstwę wilgoci, tuż przed tym, jak mocno otoczył go ramionami – choć wymagało to uwolnienia także drugiej dłoni kochanka. Powiódł nimi w dół jego pleców, wbijając palce w skórę i przesuwając po niej paznokciami. Czuł pod własnymi dłońmi, jak silne mięśnie poruszają się, napinają, a nawet drżą w ekstazie; jak plecy kochanka naprężają się, gdy w pierwotnym odruchu znaczył naciągniętą na nich alabastrową skórę. Przesunął nieznacznie prawą nogę, znów ocierając udem o biodro szlachcica, zahaczając o nie nogę i wbijając piętę na wysokości jego krzyża.
Jan w pierwszym odruchu cicho syknął pod wpływem Henryka, który w uniesieniu nieznacznie zadrapał jego nagie plecy. Nie sprzeciwiał się temu – pożądał go właśnie takiego, pozbawionego wszelkiej powściągliwości, świadom, że w takim momencie Henryk nie byłby w stanie wyrządzić mu prawdziwej krzywdy. Nie chciał też zabraniać tego swojemu kowalowi w chwilach, gdy nie widział w nim pana i nie zamierzał nagle stawiać granicy, której wcześniej między nimi nie było. Jeśli Henryk żądał tego teraz, a jego pragnienie pozostawało zbieżne z własnym, Jan nie zamierzał go ignorować. Wsparł się na prawej dłoni, drugą przesuwając po boku ciała kochanka – badając dotykiem krzywiznę biodra i docierając do silnego uda, które pogładził czule. Gdy jego biodra szarpnęły do przodu, wbijając się w wnętrze kowala z nową siłą i wprawiając łóżko w mocniejsze drżenie, bezwiednie zacisnął palce na jego udzie, pozostawiając na skórze zaczerwienione ślady. Z gardła Jana wyrwał się głośny jęk, splatający się z gardłowym stęknięciem dudniącym w piersi pławiącego się w rozkoszy Henryka.
Kowal raz jeszcze oderwał plecy od posłania, odchylając głowę do tyłu i odsłaniając zaczerwienioną, napiętą szyję, na której puls wyraźnie rysował się pod skórą. Jan powiódł po niej ustami, znacząc ją niezgrabnymi pocałunkami, podczas gdy jego biodra wykonywały wciąż zdecydowane, nagłe ruchy – przynoszące im obojgu porywającą przyjemność i zmuszające do kolejnych gardłowych jęków, kontrastujących z urywanymi westchnięciami i stłumionymi postękiwaniami. Miarowe skrzypienie drewnianej ramy łóżka przybrało na sile, gdy ich ciała pozostawały blisko siebie – skóra ocierała się o skórę, poznaczoną kropelkami potu, parujących od rozpalonych niczym w gorączce ciał. Męskość Jana, poruszającego się w nieustępliwym rytmie, podczas gdy scałowywał pot z szyi kochanka, przynosiła im obu oszałamiającą rozkosz.
Gra ich ciał nieuchronnie doprowadzała ich na skraj rozkoszy, za sprawą której zdzierali sobie gardła nagłymi, bliskimi krzykom dźwiękami. Żar rozchodził się po ich żyłach; oddechy stawały się spazmatyczne. Niespokojnie badająca wnętrze kochanka męskość szlachcica wzniecała w ich ciałach iskry, zbierające się w dolnych odcinkach kręgosłupa. Mięśnie napiętego brzucha Henryka drżały bezwstydnie, podobnie jak jego penis uwięziony między ich ciałami. Przestrzeń, w którą Jan wbijał się do samego końca, również poddawała się temu narastającemu doznaniu. To, że on sam był blisko, było wyczuwalne w każdym pchnięciu bioder – w sposobie, w jaki przyciskał lędźwie do pośladków Henryka, pozwalając mu odczuwać łagodne uderzenia jąder, gdy ich ciała, pozbawione synchronizacji, desperacko ocierały się o siebie. Obraz przed ich oczami zaczął się rozmywać, tracić ostrość.
Plecy Henryka naprężyły się raz jeszcze, a jego uda zadrżały gwałtownie. Dreszcz spłynął w dół nóg, zatrzymując się w podwijających się palcach stóp, gdy narastające w jego brzuchu napięcie, promieniujące z wnętrza ciała i kumulujące się w nabrzmiałym, pulsującym członku, znalazło wreszcie swoje ujście, gdy członek szlachcica wbił się w niego, zdradzając po raz kolejny pragnienie mężczyzny – głębiej, mocniej, pozostać tak ściśle otulonym przez wrażliwe, drgające ścianki jego gorącego wnętrza, które przyjmowało go całego. Henryk, w chwili szczytowania, nie zdołał powstrzymać urywanego krzyku rodzącego się w piersi i wbił paznokcie w plecy kochanka. Nasienie pokryło gęstą bielą skórę ich brzuchów, zostając nieznacznie roztarte. Kowal przymknął powieki, odchylając głowę do tyłu.
Szlachcic kilkakrotnie gwałtownie pchnął biodrami, poddając się nagłemu uczuciu narastającego orgazmu, który osiągnął po ostatnim wślizgnięciu się do wnętrza kochanka, wypełniając go nasieniem z głośnym jękiem – a może nawet krzykiem. Jego plecy wygięły się gwałtownie w łuk, unosząc głowę, by spojrzeć na kochanka spod półprzymkniętych powiek, szklistymi od ekstazy oczami. Oddychał nierówno przez rozchylone usta, oddech Henryka również był przyspieszony. Ich policzki pozostawały zarumienione i lśniły od potu. Wzdychali cicho – Jan wciąż pozostawał we wnętrzu kochanka, dzięki czemu oboje doświadczali mimowolnego drżenia wrażliwych mięśni, w tym tych, które nadal tak ściśle otulały subtelnie pulsującego penisa szlachcica.
Jan osunął się z głębokim westchnieniem na Henryka, ukrywając twarz w zagłębieniu jego szyi i próbując uspokoić oddech. Henryk z mimowolnym jęknięciem opuścił drżące, ciężkie niczym z ołowiu nogi, opierając stopy na materacu. Nawet gdy odzyskał stabilność, wciąż czuł każde drżenie ich mięśni. Ich ciała były lepkie od potu i nosiły wyraźne ślady niedawnej namiętności, gdy wciąż trwali spleceni ze sobą. Powietrze, którym oddychali, było przesycone ciężkim, piżmowym zapachem spełnienia.
Szlachcic ostatkiem sił, w chwili gdy jego spojrzenie spod przymkniętych powiek zaczynało odzyskiwać ostrość, sięgnął raz jeszcze pomiędzy ich ciała, by na krótko ująć w dłoń swoją stopniowo mięknącą męskość. Nieznacznie poruszył biodrami, wycofując się z nadwrażliwego wnętrza kochanka, w którym wciąż spoczywał – obaj cicho westchnęli w tej samej chwili. Jan objął brzuch ukochanego ramieniem, a następnie odwrócił nieznacznie głowę, wtulając nos w szyję leżącego pod nim mężczyzny, by móc oddychać zapachem jego skóry – ciężkim, piżmowym i tak odmiennym od woni, które zwykle osiadały na ciele jego kowala.
Ramię Henryka z wyczuciem zacisnęło się wokół górnej części pleców Jana, a prawą rękę ugiął w łokciu i – pomimo wciąż odczuwanego drżenia – leniwym, kojącym ruchem dłoni dotykał jego nieuczesanych, wilgotnych włosów, łagodnie przeczesując splątane kosmyki. Miał zamknięte powieki i oddychał coraz spokojniej przez nieznacznie rozchylone wargi. Czasem cicho mruczał. Henryk uśmiechnął się delikatnie, półprzytomnie, czule muskając palcami skórę karku kochanka.
— Wszystko dobrze? — zapytał po chwili Henryk, po omacku sięgając lewą dłonią po jedwabną pościel, którą naciągnął na nich obu, po czym znów objął ramieniem plecy spoczywającego na nim mężczyzny. Pogładził go po włosach, a potem leniwie muskał palcami jego kark.
— Tak… to było po prostu bardzo intensywne — wyszeptał Jan, a na jego ustach pojawił się spokojny, błogi uśmiech. Dotąd czuł się niezwykle pożądany przez tego mężczyznę, gdy to on dominował, lecz teraz wiedział już, że nie była to jedyna droga. W tej chwili Jan również czuł się chciany – w zaufaniu, którym obdarzał go Henryk, w oddaniu mu kontroli i w tym, jak bardzo pragnął właśnie jego, pozwalając mu prowadzić i troszczyć się o jego potrzeby.
— Powinniśmy to powtórzyć… to uczucie, gdy jesteś tak głęboko we mnie, było niezwykłe — Henryk przyznał cicho, zgadzając się co do intensywności, jaka towarzyszyła ich zbliżeniu. Na jego wargach rozkwitł wymowny uśmiech. Pragnął więcej takich wieczorów jak ten, gdy spędzali czas razem, oddając się prostym rzeczom w domowym zaciszu – i nie zawsze musiały one wiązać się ze spółkowaniem.
— Jeśli tak to czujesz… obiecuję, że to nie był ostatni raz — wyszeptał Jan z lekkim uśmiechem i wciąż rozgrzanymi policzkami.
Dobrze wiedział, skąd u jego kowala brała się ta swoboda w wyrażaniu własnych pragnień – nie z braku ogłady, lecz z tego, że Henryk wywodził się z innego świata. Nie został wychowany pośród półsłówek, niedopowiedzeń i dworskiej powściągliwości, tej, którą sam często przyjmował w kontaktach z nim, gdy poruszali się w ramach pełnionych przez nich ról pana i giermka. Była w nim ta chłopska otwartość, prosta i szczera, niesiona gorącą krwią, która sprawiała, że Henryk otwierał się przed nim do tego stopnia, iż na taką bezpośredniość pozwalał sobie tylko przy nim – mówiąc wprost o tym, czego pragnął, nie postrzegając tego pragnienia jako czegoś nagannego czy grzesznego.
— Dobrze się składa… bo noc jest jeszcze długa — odparł żartobliwie Henryk. Nie sądził, iż po całym dniu znajdzie siły na kolejne zbliżenie, a jednak nie przeszkadzało mu to w przekomarzaniu się z Janem.
— Nawet jeśli… to twój pan potrzebuje odpoczynku — powiedział Jan z lekkim uśmiechem.
— Dotąd nie słyszałem ani słowa skargi z twoich szlachetnych ust, ptaszyno — odparł kowal tym samym cichym tonem, w którym przy zdrobnieniu, jakim zwracał się do szlachcica, pobrzmiewały pieszczotliwe nuty. Powiódł dłonią wzdłuż nieosłoniętego jedwabiem kręgosłupa kochanka, czułym dotykiem gładząc jego alabastrową, miejscami poznaczoną śladami własnych paznokci skórę.
— I nie usłyszysz, moja miłości — zapewnił go blondyn, czując tym razem przyjemne ciepło rozlewające się po piersi; lubił, gdy Henryk zwracał się do niego w ten sposób. Dłoń kochanka, wciąż błądząca po jego plecach, sprawiała, że co chwilę cicho wzdychał.
Henryk zachichotał cicho, słysząc to zapewnienie.
— Potrzebujesz czegoś, Henryku? — Jan złożył na szyi kowala kilka lekkich, czułych pocałunków, pozbawionych intencji rozbudzania pożądania.
— Nie chcę, żebyś się ode mnie oddalał, ale potrzebuję ugasić pragnienie… zostawiłem przy łóżku puchar z winem. Mógłbyś podać mi coś do wytarcia? — poprosił spokojnie, czując się wystarczająco komfortowo, by o to poprosić, zwłaszcza że Jan sam wcześniej wyraził chęć zadbania o jego potrzeby. Westchnął cicho kilkukrotnie pod wpływem tych pełnych czułości pocałunków. Gdy odczuwał pragnienie, zawsze trudno było mu zasnąć, a uczucie ciepła i wilgoci pomiędzy pośladkami, nieśpiesznie zbierające się u ich dołu, nie było dla niego w pełni komfortowe.
— Mnie też dobrze zrobi łyk wina. Oczywiście, mój drogi kowalu — Ptaszek powoli, nieznacznie się uniósł, wspierając na lekko ugiętych ramionach. Zanim wymknął się z objęć Henryka, pomiędzy którego udami wciąż spoczywał, złożył krótki pocałunek na jego wargach.
— Dziękuję, Ptaszku — odparł Henryk, wciąż czując na wargach ciepło ust ukochanego, pozostawione przez tę czułą pieszczotę.
Gdy Jan opuścił łoże, miękko przetoczył się na lewy bok, pod pościelą nieznacznie uginając nogi w kolanach, by sięgnąć po puchar z niedopitym winem. Szkarłatny trunek spłynął w głąb jego gardła, a kilka kropel uciekło kącikiem ust na brodę, którą otarł wierzchem dłoni. Spod przymkniętych powiek obserwował nagą sylwetkę szlachcica, dostrzegając zadrapania na mlecznobiałej skórze jego pleców. Nauczył się za nie nie przepraszać – Jan już wcześniej dał mu do zrozumienia, że nie musi się powstrzymywać, że nie jest ze szkła ani kruchą istotą, z którą trzeba obchodzić się niczym z jajkiem. Jego bezwstydne spojrzenie zatrzymało się na równie nagich pośladkach kochanka, gdy ten nalewał sobie wino do kielicha i opróżniał go w kilku łykach. Henryk wodził za nim wzrokiem, trzymając puchar w dłoni, podczas gdy jego lewa ręka bezwładnie zwisała z krawędzi łóżka.
Jan podszedł do jednej z półek, na której stały misa i dzban z wodą, wyraźnie czując na sobie błądzące spojrzenie kowala. Rzucony nieopodal kawałek płótna zanurzył w wodzie, po czym, lekko go wycisnąwszy, przetarł nim brzuch, uda oraz swoją męskość. Gdy się osuszył, wrócił do łoża; wdrapał się na nie, odrzucając po drodze pościel i odsłaniając ciało Henryka, który spojrzał na niego z lekkim zaskoczeniem. Wilgotnego płótna jednak mu nie podał. Suche spoczywało swobodnie przerzucone przez jego bark.
— Zostań tak jeszcze przez chwilę. Chcę zadbać o ciebie do końca — poinformował Henryka o swoim zamiarze, oczekując przyzwolenia z jego strony… albo sprzeciwu.
— Widzieliśmy się już w tylu sytuacjach, że nie mam podstaw, by ci odmówić — mruknął ufnie Henryk z łagodnym uśmiechem. Za pierwszym razem wydawało mu się to wystarczająco krępujące – nie dlatego, że postrzegał to jako czynność niegodną dla swego pana, lecz dlatego, że było to coś, co powinien zrobić sam.
— To również nas do siebie zbliżyło — przyznał mu rację Jan, unosząc kąciki ust w ciepłym uśmiechu. Z wyczuciem przesunął wilgotną szmatką po ciele kochanka, zmywając z jego skóry gęstą biel nasienia, po czym nie mniej delikatnie wytarł go do sucha. Przetarł także prześcieradło. — Teraz na plecy, mój kowalu — zaordynował cicho.
Gdy tylko Henryk z cichym westchnięciem ułożył się na plecach, Jan usiadł okrakiem na jego udach, tuż przed kolanami, i powiódł wilgotnym lnianym płótnem po brzuchu kochanka, dalej po udach i spoczywającej między nimi męskości. Kiedy skończył, odrzucił oba kawałki materiału; zsunęły się na drewnianą podłogę. Nie przestając siedzieć okrakiem na udach Henryka, przesunął się nieco wyżej, na jego biodra. Pochylił się nad nim, muskając opuszkami palców jego policzek, zsuwając dłoń ku krawędzi szczęki, aż wreszcie jego wargi spoczęły na ustach kowala, łącząc je w powolnym, pełnym uczuć pocałunku. Drugą dłoń oparł na jego piersi.
Palce Henryka, trzymające puchar z winem, odruchowo się rozluźniły, gdy znalazł znacznie lepsze miejsce dla rąk – uda szlachcica. Metalowe naczynie potoczyło się po podłodze z głuchym łoskotem, znacząc drewno kilkoma kroplami wina.
— Powinniśmy już się położyć spać — zauważył cicho Henryk, gdy przestali się całować. Od dłuższego czasu starał się ignorować narastające zmęczenie, odpędzać senność, która coraz śmielej wciągała go w swoje sidła.
— To był długi dzień — przyznał mu szeptem rację Jan. Powoli zsunął się z ud kowala, który ułożył się ponownie na lewym boku. Szlachcic, po zgaszeniu latarni rozświetlającej komnatę, również położył się na lewym boku i znów okrył ich jedwabną pościelą. Objął Henryka mocno w pasie, prawą rękę układając tuż za jego własną, lewą wsuwając pod jego szyję i wtulając w nią nos. Henryk oparł ugiętą w łokciu rękę na poduszce. Ich wyprostowane nogi pozostawały blisko siebie. Obaj przymknęli powieki, wsłuchując się w rytm swoich równych oddechów – upływ czasu nie sprawił, by przestał on być czymś, co pomagało Henrykowi zasnąć każdej nocy i przesypiać ją spokojnie, bez wybudzania się z powodu przerażających koszmarów.
Głód, który przez tak długi czas przybierał postać wygłodniałego psa, nie był już tak dokuczliwy jak dawniej. Henryk wciąż nie zdołał się nasycić i nie miał pewności, czy kiedykolwiek zdoła to zrobić. Ulotna chwila, jaką skrycie pielęgnował od tamtego poranka we dworze Ruthardów, stała się ich codziennością. Nie musiał już wybierać między własnymi pragnieniami a tym, co słuszne. Jan z kolei każdego wieczoru zasypiał i każdego ranka budził się, czując obecność tego mężczyzny – mogąc trzymać go w ramionach przez całą noc, bez obawy, że kowal wymknie się z ich wspólnego łoża, zostawiając po sobie bolesne wrażenie, że nie potrafi znieść jego bliskości.
— Kocham cię, Ptaszku — wymruczał półprzytomnie Henryk. Senny uśmiech błąkał się po jego wargach, a z każdą chwilą coraz głębiej zapadał w sen.
— Też cię kocham. Śpij, mój kowalu — wyszeptał cicho Jan wprost w szyję kochanka, nie potrafiąc powstrzymać ciepłego uśmiechu. Nie wiedział, czy Henryk usłyszał to wyznanie; a jeśli nie – zawsze mógł powiedzieć mu to ponownie, gdy się obudzi… albo okazać w inny sposób.
