Actions

Work Header

Nie umiem być suką

Summary:

Kiedy ludzie spoglądali na oglądającego niemrawo obrazy na wystawie Vlada, dostrzegali jego nudny, beżowy sweter, nieprzekłute uszy i brak właściwego reszcie towarzystwa polotu. W skutek tego brali go zazwyczaj za heteroseksualnego chłopaka jakiejś biseksualnej artystki. Tak lubił przynajmniej myśleć, kiedy poprawiał przewieszoną przez ramię płócienną torbę i słuchał, jak Andrzej opowiada znajomym kolejną niestworzoną historię.
___
vladrey, modern au, leciutkie i głupawe.

Notes:

(See the end of the work for notes.)

Work Text:

Dotarcie na wernisaż, na który zaprosił Vlada Andrzej, wymagało skręcenia w co najmniej dwie nieistniejące ulice. Rzecz miała miejsce na osiedlu przykładnie zastawionym autami i Olgimski musiał się sporo najeździć, zanim znalazł miejsce parkingowe. Na szczęście przewidział tę okoliczność i nawet mimo błądzenia zjawił się za wcześnie.

Kiedy sprawdzał rano mapę synoptyczną pogody, zapowiadała pochmurny dzień zwieńczony deszczem. Nawet bez niej jednak nietrudno było mu orzec, że nadchodziła ulewa – kiedy wsiadał do samochodu, powietrze było przedburzowo gęste, chmury na niebie – ciężkie i ciemne. Po przyjeździe na miejsce nic się nie zmieniło, i Vlad, przekonany że padać może zacząć w każdym momencie, nie miał najmniejszej ochoty, by wychodzić z auta. Zwykle chętnie poddawał się tej pokusie – zdarzały się tygodnie, w którym spędzał w samochodzie więcej czasu, niż w mieszkaniu. Spojrzał na zegarek. Do rozpoczęcia wernisażu zostało jeszcze niemalże pół godziny, a Andrzej miał w zwyczaju się spóźniać, skazując go na stanie jak kołek pośród patrzących na niego z pobłażliwym politowaniem artystów.

Zadowolony, że ma zapas czasu, Vlad odchylił głowę do tyłu i przymknął oczy. Pozostał w tej pozycji, aż skończyła się średnio zajmująca audycja o rysiach. Westchnął wtedy ciężko i głośno – Kapella miała w zwyczaju naśmiewać się z jego westchnięć – po czym przekręcił kluczyk w stacyjce i wyjął z kieszeni telefon.

Zegar pokazywał 17:40. Dwadzieścia minut przed czasem, no, ale będzie obsuwa. W tych artystycznych kręgach wszelkie wydarzenia zaczynały się z opóźnieniem. Vlad spojrzał niechętnie na powiadomienia z maila i odruchowo otworzył czat z Andrzejem. Wzdrygnął się panicznie, kiedy przywitało go nagie zdjęcie, które dostał wczoraj. Szybko wyłączył ekran i rozejrzał się dookoła. Zdał sobie sprawę, że jego reakcja była przesadzona – nikogo nie było w pobliżu. Skrzywił się na myśl o własnej płochliwości. Po całym dniu w pracy takie głupoty przysparzały mu niestosownie wiele stresu.

Wziął głęboki wdech i ponownie zajrzał do telefonu. Klapę swojego etui przytrzymywał uchyloną, tak, żeby zasłaniała obraz od prawej strony. Pod zdjęciem figurowała jego własna odpowiedź na nie, która teraz wydała mu się nieco zbyt lakoniczna – nigdy nie potrafił odpowiednio dziękować za takie rzeczy – i krótka wymiana wiadomości sprzed paru godzin:

Vlad 12:01

Co powinienem ubrać?

Andrzej 15:30

obojętnie. tylko nie bierz nesesera

jebanego

xddd

Vlad spojrzał na swoją wypchaną, płócienną torbę leżącą na prawym siedzeniu i poczuł delikatny przypływ irytacji, wyobrażając sobie, ile razy będzie ją dziś musiał poprawiać. Przypomniało mu się, że ma Andrzejowi do oddania jednorazówkę, którą zostawił mu ostatnio w aucie, odnalazł ją więc pomiędzy opakowaniami gumy i wrzucił ją szybko do środka.

Wysłał screenshota czarnego ekranu, żeby nie uraczyć nikogo na wydarzeniu obrazem sterczącego kutasa Andrzeja. Dla tego towarzystwa nie byłby to pewnie nowy widok – pomyślał, przygryzając dolną wargę. Przez moment chciał napisać , że już jest, ale zrezygnował z tego pomysłu. Zgasił telefon i schował go do kieszeni, żeby niemal natychmiast wyjąć go ponownie. Przewinął w górę konwersacji i otworzył to zdjęcie. Andrzej wyglądał niewyobrażalnie dobrze, dobrze w sposób, który Vlad uznawał za nieosiągalny – siedział przed lustrem w delikatnym rozkroku, odchylony nonszalancko, z nagimi plecami leniwie przywierającymi do oparcia skórzanej kanapy. Olgimski przypomniał sobie, jak jego własne ciało, rozpalone i pokryte potem, przylepiało się do jej obicia. Poczuł, jak wwierca się w niego natrętne podniecenie.

Przeniósł wzrok w okolice miednicy Andrzeja i pozwolił sobie na pełne podziwu spojrzenie na symetryczne, pięknie zarysowane wcięcie pod talią. Kiedy pierwszy raz go za nie skomplementował, przekonany był, że to kwestia genów, coś nienabywalnego dla przeciętnych śmiertelników, cecha wyglądu właściwa greckim figurom. Mięśnie skośne brzucha – wytłumaczył mu Andrzej, kiedy Vlad leniwie prowadził palce po jego pokrytych testosteronową kaszką plecach.

Olgimski klepnął się w policzek i pokręcił głową. Nie, nie będzie walił sobie konia w samochodzie przed wernisażem, nie upadł tak nisko. Schował telefon do kieszeni, żeby zaraz wyjąć go znowu i po raz kolejny spojrzeć na zdjęcie. Tak, gdyby Andrzej nie był tak chronicznie i niewybaczalnie spóźnialski, mógłby do niego teraz napisać, przywołać go do siebie. Może nawet zdążyliby na czas. Czuł, że robi mu się coraz cieplej i stwierdził, że nie może pozwolić tej fantazji toczyć się dalej. Wyjął kluczyk ze stacyjki, założył torbę na ramię i wyszedł z auta. Świetnie, teraz będzie zestresowany i napalony w galerii sztuki.

Zamknął drzwi i powolnym krokiem zbliżył się do przeszklonych drzwi galerii. Pocącymi się dłońmi wymacał w kieszeni spodni paczkę cienkich papierosów i odpalił sobie jednego. Zmrużył oczy, robiąc rachunek. Rano jeden, w południe jeden, po południu specjalnie sobie odmówił, teraz jeden... ktoś będzie chciał pewnie wyjść podczas wernisażu, wtedy trzeci... nie, wtedy czwarty. Jeśli Andrzej wróci z nim domu, na pewno będzie namawiał. To jego wielki dzień, należy się zgodzić, szczególnie że nie będą razem pić. Więc cztery, może pięć. Nie tak źle. Odkupi to sobie jutro. Strzepał popiół z papierosa. Przed oczami ponownie stanęły mu uda Stamatina. Skrzywił się. Spojrzał na bruk i wyobraził sobie Andrzeja przed nim, na klęczkach, z oczami zwróconymi ku górze. Wzdrygnął się i zaczął wystukiwać palcami o udo jakąś wyuczoną w szkole muzycznej melodię. Znów wyciągnął telefon. Przewinął w górę i ponownie otworzył to zdjęcie. Tak, nadal gorący – pomyślał zrezygnowany. Kliknął w okienko wpisywania i na moment zawiesił palec nad klawiaturą. Zaciągnął się głęboko papierosowym dymem i rozejrzał się nerwowo. Zerżnij mnie – wystukał. Zaraz po tym wyłączył ekran, nie wysyłając wiadomości. Policzki zapiekły go i zaczął nerwowo stąpać przed wejściem. Telefon zawibrował mu w kieszeni. Dzwonił ojciec. Vlad burknął i odrzucił połączenie z niezadowoleniem, co zmusiło to do skonfrontowania się z własną, żenującą wiadomością, którą błyskawicznie usunął. Westchnął i napisał szybko.

Vlad 17:55

Czekam pod wejściem. Kiedy będziesz?

Przypomnij, żebym oddał ci wejpa.

Andrzej 17:56

*buchmaszyne

ja już w środku

wxhodz

Vlad pokręcił głową, dopalił papierosa z mniejszą przyjemnością niż zwykle, i wszedł do galerii. Wytarł dokładnie buty na wycieraczce i wkroczył do sali. W progu spotkało go pierwsze tego dnia przyjemne zaskoczenie – nie był jedynie najnormalniej ubraną osobą w sali, był też najwyższą. Przydało mu to pewności siebie – cóż, nie wyglądam wcale źle, pomyślał, Andrzej może się mną nawet pochwalić. Ściągnął dumnie łopatki.

Rozejrzał się, próbując go namierzyć. W rogu stała Maria Kaina. Miała na sobie szkarłatną, długą sukienkę na ramiączkach, ramiona przysłonięte półprzeźroczystą apaszkę, którą widział kiedyś na Ninie i sprawiała, jak zwykle, że rozumiał mężczyzn, którzy byli w stanie odezwać się do kobiety tylko po alkoholu. Cały ten pełen wymyślnych fryzur pokój, na który spoglądał jeszcze chwilę temu z pobłażliwością, zdał mu się nagle elektryzujący i nieosiągalny. Gwałtownie odwrócił wzrok w stronę jednego z obrazów. Nie spodziewał się tu jej zobaczyć, ale jej obecność miała jak najbardziej sens – to on nie pasował do tego kolorowego grona. Nerwowo poprawił na ramieniu swoją torbę. Stwierdził, że nie będzie się niepotrzebnie wystawiał na jej wzrok – po prostu powgapia się w dzieło przed nim. Zaraz jednak dotarło do niego, że jak zboczeniec wpatruje się w andrzejową wariację na temat nagiej kobiety. Postąpił więc krok w bok i skupił uwagę na jakiejś ciemnofioletowej abstrakcji.

Ostatni raz był w galerii sztuki jeszcze z mamą. Stawał wtedy przed płótnami z dłońmi splecionymi z tyłu i przyglądał się eksponatom nie ze szczerego zainteresowania, ale żeby zaimponować dorosłym swoją uważnością. Teraz nie było specjalnie inaczej. Szalenie, irracjonalnie zależało mu, żeby zrobić na tym Marii dobre wrażenie. Chyba dobrze wypadnie, skoro coś kupi, Andrzej zresztą nie zapraszałby go tutaj chyba w innym celu. Oglądał płótna dokładnie, starając się odgadnąć, które z nich wyszło spod rąk Ewy. Wymyślił sobie wcześniej, że w świetnym guście będzie nabyć coś właśnie od niej. Ale czy zaimponowałoby to Marii? Raczej nie. Ewa to osoba nie w jej typie. Maria... Czy jest tu jako artystka? Nie pamiętał, żeby malowała, nie, była za to świetną tancerką. Cholera, dobrze by było mieć od niej coś w domu. Ogarnął salę wzrokiem – najbardziej w oczy rzucała się wysoka, utkana z purpurowej włóczki konstrukcja umieszczona na środku. Na półokrągłych oczkach piętrzyły się kolejne to nieregularnie skręcone ściegi, narośl na chropowatej korze, pokryte żylakami nogi jego babki. Intensywny, nasycony kolor włóczki, mdły zapach włosów i wełny, kudłate, odstające włókna, które chciało się pogłaskać. Ciepło i choroba.

Nagle poczuł na swoim ramieniu silne uderzenie dłoni.

– Vlad, jesteś! Cześć! – przywitał się tubalnie Andrzej i uścisnął go, całując w policzek.

Był jedyną osobą, która w ten sposób się z nim witała. Olgimski starał się zachować wobec tego gestu pewną sztywność – nie chciał, żeby Maria od razu wiedziała, z kim sypia. Vlad czuł w jego uścisku powidoki znanych mu perfum, przyjemną, zmysłową woń całodniowego potu i ostry dezodorant, którego zapach znał tak dobrze, bo we wspólne poranki Andrzej wypełniał jego toaletę nieprzejednaną, gryzącą chmurą. Usta Stamatina tkwiły na wysokości jego szyi. Przełknął ślinę.

– Cześć – odpowiedział cicho i poważnie, kiedy Stamatin wyswobodził go z tego uścisku.

Ten ton wzbudził chyba jakieś wątpliwości, bo mężczyzna zmarszczył brwi i schylił się ku niemu konspiracyjnie z pytaniem:

– Co się dzieje?

– Nic – postarał się zbyć go nerwowym śmiechem. – Co tu robi Maria Kain?

– Jest autorką prac. Zresztą, cóż, to galeria jej rodziny. Znacie się?

– Znamy. Jesteśmy z tej samej miejscowości.

– Czemu wcześniej mi nie powiedziałeś? Zaciągnąłbym cię do zwożenia tej waszej naleweczki. Macie całkiem niezły teatr. Dyrektoruje Nieśmiertelnik, prawda?

– Coś było. Co roku jest spory festiwal…

– Jest, nawet nas zapraszała. Przywitaj się.

– A wy się ze sobą znacie? – Zapytał.

Jeśli powiesz mi, że coś między wami było, to się zabiję.

– Znamy. Chryste, uspokój się. Wiesz co, chodź, napij się szampana, wyjdziemy na papieroska, dobrze ci zrobi.

– Jestem autem i przed chwilą paliłem.

Andrzej wywrócił oczami.

– Widocznie nie paliłeś dość. No, dalej, ile można namawiać. Zresztą można prowadzić po lampce szampana – odpowiedział i pociągnął go za nadgarstek.

Olgimski, który zwykle czerpał ogromną przyjemność z opierania się podobnym głupim zachętom Stamatina, tym razem podążył za nim wiernie.

Na dworze Andrzej odpalił mu papierosa, trzymając dłoń zdecydowanie zbyt blisko jego ust.

– Maria jest zjawiskową kobietą, ale wydawało mi się, że jesteś raczej odporny na damskie wdzięki – zagadnął Andrzej z uśmiechem.

– Nie jestem – wypalił.

Na twarzy Andrzeja wymalowało się autentyczne zdziwienie. Vlad odchrząknął.

– Zresztą, no – kontynuował. – To dziwna znajomość. Ona i moja siostra piszą chyba ze sobą. Nie chciałbym się przed nią usprawiedliwiać w majówkę.

– Z czego chcesz się niby usprawiedliwiać?

Vlad spuścił wzrok.

– Jesteś nieznośny – westchnął Andrzej tonem kogoś rozbawionego własną bezsilnością. – Co ci Maria niby zrobi? Powinieneś się cieszyć, że przed kimś stamtąd nie będziesz musiał bawić się w tę szopkę.

– Lubię moją szopkę.

– Właśnie widzę, jak lubisz.

Olgimski pokręcił głową i zaciągnął się papierosem. Docierało do niego, na ilu poziomach spierdolił – gdyby zachował w środku spokój, gdyby nie dał Andrzejowi wyprowadzić się na zewnątrz jak jakiś astmatyk, nie naraziłby się na wstyd w oczach ich obojga. Jeśli Maria zobaczyła swoimi przenikliwymi oczami, jak wychodzą ze sobą na papierosa, był już stracony. Z drugiej strony – cóż, nie życzyła mu chyba źle, prawda? Zawsze nawigowała lepiej od niego w lepkiej pajęczynie małomiasteczkowych relacji, pełna jakiejś nadprzyrodzonej klasy i bezdennie błyskotliwa. Nie mógł nadążyć, kiedy przysłuchiwał się jej rozmowom z Kapellą – Maria miała w sobie coś rozbrajającego, wplatała w swoje wypowiedzi odwołania, których nie rozumiał, mówiła kunsztownie, szczerze i barwnie, poruszając gęstymi, ciemnymi brwiami. Mówiąc z nim, oszczędzała jednak raczej oddech, może nie nieuprzejma, ale oschle znudzona. Czy wydałaby go? Nie – czy go wyda? Może Kapelli. Zresztą Maria nie jest osobą, którą poruszyłaby taka sensacyjka.

Spojrzał na Andrzeja. Zależało mu, by zmienić temat, uspokoić siebie i jego. Pierwszym, co przyszło mu na myśl, było to pierdolone zdjęcie. Nie wiedział nawet, jak zacząć ten temat. Wyobraził sobie, jak mówi Dzięki za zdjęcie i się skrzywił. Wypuścił z ust dym. Cóż, więc biznes. Andrzej nie lubił zaczynać od tego rozmowy, ale tym razem będzie musiał mu wybaczyć.

– Jak tu działa sprzedaż? – zapytał Vlad, przekładając papierosa z jednej ręki do drugiej. – Powinienem kupić przez galerię, czy załatwiać to jakoś z wami osobiście? Co z tego będzie dla was korzystniejsze?

– Nic tu nie jest na sprzedaż.

Vlad zmarszczył brwi w konsternacji. Nie jest? Po co więc Andrzej go tu zapraszał, do tego gniazda motyli?

– Czemu nie?

– Co ty chciałeś kupować?

Vlad przywołał w myślach pracę, która zwróciła wcześniej jego uwagę.

– No, chociażby to duże purpurowe na środku – zaproponował nieśmiało.

Andrzej zaśmiał się.

– Medytację Marii o stracie matki? Gdzie byś to powiesił? W swoim aucie?

Prychnął. Myślałem, że zaprosiłeś mnie tu, bo potrzebujesz kupca – pomyślał i podziękował sobie w myślach za to, że odpuścił sobie dziś alkohol. Nie miałby oporów z wyrzucaniem mu tego po jednej szklaneczce szampana.

– Nie musisz być złośliwy. Nigdy nie byłem na czymś takim – odpowiedział zamiast tego.

– Hmm? Rozdziewiczam cię, a ty chcesz mi płacić?

Vlad stwierdził, że ta odzywka rozbawiłaby go może, gdyby był pijany. Wiatr zawiał zza winkla i poczuł, że marznie nawet w swoim wełnianym swetrze. Spojrzał na półnagi tors Andrzeja z troską. Jeszcze opalona skóra pokryta była gęsią skórką, między oczkami siateczkowej bluzki rysował się kształt sterczących z zimna sutków. Vlad przeniósł wzrok na filtr swojego papierosa.

– Nie marzniesz? – zapytał Stamatina.

– Ani trochę.

– Przyjechałeś autem?

– Pieszo. Miałem ochotę na spacer.

– To przecież godzinę stąd. Mogę cię odwieźć – zaproponował, chociaż tę okoliczność Andrzej miał w zwyczaju przyjmować za oczywistą.

– No i super. Zaoszczędzimy na Uberze – odpowiedział mu Andrzej.

Coś ukłuło Vlada w tej odpowiedzi, jakiś gówniarski zawód, że Stamatin nie wystrzelił z jakimś kuriozalnym podtekstem. Zagasił papierosa.

– Dobra, wracamy.

Gdy weszli z powrotem do Sali, Ewa postukała łyżeczką w brzeg szklanki i powitała wszystkich na wystawie. Zaczęła swoim ciepłym głosem wygłaszać jakąś sztucznie brzmiącą przemowę. Vlad szybko stracił koncentrację. Patrzył ukradkiem na stojący na środku eksponat – rzeźbę ostrygi wypełnionej gęstą i półprzeźroczystą substancją o chemiczno-morskim zapachu. Przy brzegach jej tafli wiły się cieniutkie nici krwi bądź czegoś, co miało wyglądać jak krew. Twarz Marii odbijała się zdeformowana w lustrzanej powierzchni nieregularnej, tkwiącej w środku muszli perły. Widział w ten sposób dokładnie miejsca, w których starła się jej szminka, drobny pieprzyk obok nosa i ciemne włoski nad kącikiem jej wargi.

Minęły już czasy, kiedy horyzont marzeń Vlada kończył się na stacji kolejowej w rodzinnej miejscowości, kiedy z przekonaniem przyjmował zachwyty zmęczonej wielkim miastem matki. Wszystko tu jest, wszędzie blisko, żadnych korków. Jako chłopiec wyobrażał sobie siebie jako kolejnego z dyrektorów Projektu Byka, planował drogę z pracy do domu, rozmyślał, gdzie kupi jedzenie dla swojej nie za małej, nie za dużej rodziny. Przez pewien czas zasypiał z myślą o miasteczku, z którego można nigdy nie wyjeżdżać. Urodzić się tu, uczyć się tu, zestarzeć się tu, tu się ożenić, wychować dzieci, chorować, pracować i umrzeć. Chciał poślubić kogoś stamtąd – dostał kiedyś zbiór baśni świata, opasły, różnorodny i makabryczny. Nie potrafił teraz powiedzieć, czy to postanowienie wzięło się z przeczytanej tam historii o mężczyźnie, którego żona z zewnątrz doprowadziła do bankructwa, ale pamiętał pewne szczegóły tej opowieści do dziś. Kończyła się sceną rozrywania kogoś końmi.

Zdawał sobie sprawę, że Maria byłaby dla niego w oczach ludzi odpowiednią kandydatką, jednak nikt, kto go dobrze znał, nie pomyślałby, że on, przeciętny, zadowolony na uboczu, w końcu – realista – mógłby mieć ambicje do kobiety takiej, jak ona. Czy miał?

Zorientował się, że trzyma Andrzeja za rękę. Nie pamiętał, kiedy ją chwycił, musiał zrobić to odruchowo. Nie miał odwagi jej teraz puścić, chociaż ordynarnie zdradzała wszystko, co wolałby teraz ukrywać – rozczulało go teraz zresztą ciepło znanej, upierścienionej dłoni. Ścisnął ją serdecznie i uśmiechnął się. Andrzej odwzajemnił ten uśmiech i puścił jego dłoń, żeby objąć go nią w talii.

– Cześć – przywitał się.

Maria uśmiechnęła się ze zdziwieniem.

– Cześć. Nie spodziewałam się tu ciebie zobaczyć.

– Jestem tu jako kolega Andrzeja.

– Ze studiów?

– Z siłowni, mówiąc szczerze – powiedział.

Brzmiało to dość mężnie, miał więc nadzieję, że nikt wtajemniczony nie postanowi nagle przedstawić dokładniejszych okoliczności ich pierwszego spotkania. Stamatin zwrócił na niego uwagę, bo był jedynym uczestnikiem-mężczyzną na prowadzonych przez Andrzeja zajęciach o wdzięcznej nazwie „Trampoliny”.

– A rowerek stacjonarny się kurzy – odpowiedziała mu z pewną dezaprobatą.

Zdziwiło go, że pamiętała o jego rowerku. On pamiętał bieżnię jej matki, przez którą jego matka zażyczyła sobie podobnej. I jak Maria robiła gwiazdy na drewnianym parkiecie szkolnej Auli podczas spektaklu na rozpoczęcie roku.

– Dziwi mnie, że to pamiętasz.

– Ostatnio się o niego niemal potknęłam, kiedy byłam u was z wizytą.

Zawstydził się. Kapella mówiła, żeby sprzedać ten sprzęt, ale nie dał się jej przekonać.

– Kiedy wracam, to na nim jeżdżę... Ale chyba ty bywasz tam częściej niż ja – usprawiedliwił się. – Dawno się nie widzieliśmy. Co u ciebie?

– Nic, czego byś nie wiedział. Kończę dyplom. Kapella ci pewnie mówiła.

Kapella rzeczywiście mu mówiła.

– Tak, gratulacje.

– Jeszcze nie ma czego gratulować.

– Jestem pewien, że będzie. Tamta praca robi wrażenie – powiedział, wskazując głową na stos włóczki.

– Widzę, że Andrzej się wygadał, co jest czyje.

– O nie, nie. Tylko o to go zapytałem – odpowiedział.

Maria uśmiechnęła się delikatnie, ale szczerze i bardzo, bardzo ładnie. Wtedy zjawiła się Ewa. Poklepała Marię niepewnie w lewe ramie.

– Mario, mogę cię prosić na słówko? – zapytała. – Sorki!

Maria odwróciła się do niej i odeszły razem do boku. Vlad poszedł więc niezręcznie przyglądać się obrazom, dbając przy tym o odpowiednią posturę. Widząc, że Andrzej gestykuluje w oburzeniu w jakimś kolorowym kółeczku znajomych, nałożył na uszy jeden z zestawów słuchawkowych przygotowanych w ramach jakiegoś artystowskiego filmu. Czerwona rzeka płynęła leniwie w dolnej części obrazu. Nudziło mu się, ale przestraszył się, że autor nagrania mógłby się mu teraz przyglądać, utkwił więc wzrok w brzegu czarnej, lśniącej obudowy telewizora, w której słabo odbijała się żywiołowa sylwetka Andrzeja.

– Nie popisał się, co? – zapytał go ktoś zza pleców.

Poznał go po zapachu, nim jeszcze odwrócił głowę. Pachniał wilgotną wełną, niszowymi perfumami albo brudem i gorzałką. Piotr Stamatin stanowił dość przykry widok – włosy miał czy to przetłuszczone, czy mokre od deszczu, koszulę nie pierwszej świeżości. Na jego długiej, bladej szyi piętrzyły się dzisiaj stosy autorskiej biżuterii Ewy. Siedział okrakiem na plastikowym, rozkładanym krześle, opierając się o jego oparcie i wpatrywał się z pijackim zaciekawieniem we własną dłoń. Obok jednej z nóżek stolika leżał szary od odcisków palców kieliszek po szampanie.

Nie wiedział, czy Piotr stawia na niego pułapkę – przeszło mu przez myśl, że testuje jego gust, złorzecząc na własne dzieło.

– Nie znam się aż tak na sztuce – odpowiedział.

– Nie bądź wobec siebie taki surowy, pies by się na tym poznał. A nasz kochanek muz się spóźnia… To jest po prostu przykre. To jest przykre, a nie mam w zwyczaju mówić tego o cudzych pracach.

Vlad pokiwał głową.

– Farkhad?

– No ba.

Olgimski ucieszył się, że Farkhada jeszcze nie ma – nie wiedział nawet, jak ten artysta naprawdę miał na imię, bo Stamatinowie mówili o nim zawsze tym przezwiskiem. Wątpił, że Piotr potrafiłby mu powiedzieć. Zassał policzki i zdjął słuchawki.

– Nie wiedziałem, że będzie tu wystawiał.

– Miał nie wystawiać, ale część naszych obrazów została w magazynie. Andrzej zostawił. Problem z kłódką – zgubił klucz.

– Mówiłem mu, żeby przypiął do smyczy. I co, nie rozciął?

– Chyba nie. Jakaś afera… No, wzięli Farkhada, żeby wypełnić przestrzeń.

– Andrzej mi nic nie mówił… – powiedział.

Nie pasowało mu to do Andrzeja. Miał wrażenie, że przed nim żadne drzwi nie pozostają zamknięte na długo. Poczuł się łatwy w porównaniu do… drzwi? I uznał, że to uczucie tyleż zabawne, co żałosne. Piotr machnął lekceważąco ręką.

– Co tam zostało? – spytał Vlad.

– Starsze rzeczy. Modele dźwiękowe. Przestrzenne. Spodobałyby się, więc szkoda. Maria... Widziałem, jak rozmawiasz z Marią.

Jej imię wymówił z nabożeństwem. Vlad poczuł ukłucie zazdrości i ściągnął łopatki.

– Tak. Jesteśmy z tej samej miejscowości.

– Naprawdę? Ostatnio Maria przywiozła stamtąd rajską nalewkę. Byliśmy z Andrzejem zachwyceni. Czemu nas wcześniej nie poczęstowałeś?

– Że twiryną?

– Tak, tak, twiryną. Zielonooką.

Vlad poczuł się zmieszany. Głupio było rozmawiać mu na ten temat z Piotrem w takim stanie, ale jednocześnie nie miał najmniejszej ochoty przerywać tej rozmowy. Stamatin mówił do niego z ożywieniem, którego od innych gości raczej prędko by nie doświadczył.

– To alkohol z reputacją… no, dla starszych ludzi. Ja lubię, ale nie wydawał mi się w waszym stylu. Andrzej i tak się śmieje z moich reliktów… typu radio.

– No, następnym razem jak będziesz, to nam przywieź.

Piotr spojrzał na niego w sposób, który dawał do zrozumienia, że nie zapomni i nie odpuści.

– Przywiozę – odpowiedział grzecznie.

– A ty nie pijesz? – zapytał Piotr.

– Prowadzę.

Piotr spojrzał na niego z zainteresowaniem, z jakimś błyskiem w przekrwionych oczach.

– Ach, no, bardzo odpowiedzialnie. Nawet herbaty?

Twarz Piotra, blada, kiepsko wygolona, zajaśniała nagle w świetle błyskawicy, nabierając przeraźliwego wyrazu. Oboje odwrócili głowy do okna. Zaraz rozległ się grzmot. Brat Andrzeja burknął niezadowolony.

– Wiesz, napiję się tej herbaty – powiedział szybko Vlad i ruszył, nieco przestraszony, do dość typowego kącika herbacianego.

Nieomal sparzył się, naciskając na kurek warnika, w końcu jednak dzielnie wypełnił zaskakująco schludną, niewyszczerbioną filiżankę wrzątkiem i włożył do niego torebkę całkiem niezłego Earl Graya, żadnej tam biednej Sagi.

Naczynie było na za małe – susz wypuszczał swoje ciemne soki do tych nędznych 200 mililitrów i Vlad był już przekonany, że wyjdzie mu za mocna. Skrzywił się i rozejrzał po sali.

Była to całkiem duża przestrzeń, która była w zamierzeniu raczej studiem artystycznym, niż galerią – brakowało jej tego szykownego wykończenia, do którego przywykł w muzeach, schludnej symetrii. Jedną ze ścian kryła goła, czerwona cegła, która odbierała nieco uroku ustawionym na jej tle rzeźbom. W pomieszczeniu krzątało się parę artystycznych grupek i dwóch samotnych – on i Piotr. Jakkolwiek cenił sobie bliźniaka Andrzeja, to uważał, że znajdowanie się w takiej samej pozycji jak on nieco mu uwłacza – wziął więc głęboki wdech i ze swoją filiżanką w ręku podszedł wolno do grupki, którą radośnie zabawiał jego, no, kochanek, fagas, chłopak. Wyciągnął wolną rękę w kierunku ramienia Andrzeja. W tym samym momencie ramię Andrzeja zostało wyrzucone w powietrze w geście ekscytacji i wytrąciło Vladowi z ręki filiżankę.

– Chryste! Sorry – usłyszał.

Niezręcznie złapał spadające naczynie i poczuł, że sweter oblewa mu wrzątek. Skrzywił się i wyprostował niezręcznie.

– Łoo, uratowane – powiedział jakiś damski głos.

Vlad uniósł brwi w wyrazie podirytowania i sięgnął suchą dłonią do swojej przykrej, płóciennej torby po paczkę chusteczek. Andrzej bez pytania wyciągnął jedną z opakowania i zaczął osuszać mu sweter. Odwrócony był teraz tylko do Vlada, nie zwracał uwagi na resztę grupki i Vlad poczuł się, jakby był jego rozkapryszonym synem, których ciągle doprasza się czegoś przy gościach.

– I to jeszcze na nowy sweter… – powiedział Andrzej jakby złośliwie.

– Nie jest nowy – odburknął mu Vlad.

– A nigdy cię w nim wcześniej nie widziałem.

– Nie noszę go często. Wypierze się. Zresztą, nawet jak nie, to niewielka strata.

Ujął nos u nasady. Znajomi Andrzeja patrzyli na niego jak na debila. Drapiący, ciepły, mokry materiał swetra drażnił mu skórę na brzuchu. Podnieciło go to, zanim go zawstydziło.

– Mam w aucie coś na przebranie – odpowiedział, nieco zawstydzony. Zorientował się, że nic, co miał na przebranie, nie zasłaniało mu szyi – i jak czuł się niewygodnie i pretensjonalnie w wełnianym golfie, tak nie chciał raczej ukazywać przed całym towarzystwem kompromitująco gówniarskich malinek.

– O, à propos. Piotr i Ewa też będą z nami wracać. Po prostu nas do Ewki odstawisz – oznajmił mu Andrzej.

– Okej – mruknął zrezygnowany.

– Też mogę się dołączyć? – zapytała Anna Angel, o której nawet Andrzej mówił, że jest trochę pogubiona.

Ponownie zagrzmiało.

– Obawiam się, że nie będzie miejsca – odpowiedział jej Vlad. Miał w sobie jeszcze na tyle energii, żeby udawać jakieś zasmucenie.

– Jak to? Ty, Andrzej, Piotr, Ewa – zaczęła wyliczać, ewidentnie poruszona.

– Po drodze muszę odebrać jeszcze mojego kolegę – skłamał.

– Jakiego kolegę?

– Stacha…

– Ach, jakaż to szkoda! Nie poprosiłbyś go, żeby wrócił sam? Wiesz, teraz nie wiadomo z tymi taksówkami, mogłaby mi się stać krzywda.

– Vlad ma niezdezynfekowaną klimatyzację – wciął się Andrzej. ‘

– Och, to jednak podziękuję! – niemalże wykrzyknęła Anna przerażona. – Naprawdę powinieneś zdezynfekować swoją klimatyzację!

– Tak, tak, wszyscy mi to powtarzają.

Anna rozpoczęła jakiś wywód o dezynfekcji. Szybkie spojrzenie na twarze pozostałych członków grupy dało Vladowi do zrozumienia, że nie jest to bynajmniej premiera tego neurotycznego wykładu. Na szczęście z pretensją patrzono na Andrzeja, nie na niego samego.

***

Jak wcześniej gubił się, próbując dojechać na podwórze, tak teraz gubił się, próbując z niego wyjechać. Mokry sweter drapał go, bo nie chciał przebierać się w deszczu, przy Piotrku i Ewce, buty uwierały, a Andrzej nie pomagał, usilnie i stanowczo go gdzieś kierować.

– Stop – skarcił go w końcu, ostrzej niż miał w zamiarze.

– No, niech ci żyłka nie pęknie – skomentował domorosły nawigator, ale zamknął się na chwilę.

Vlad błądził jeszcze trochę, zanim w końcu wyjechał.

– No, zwracam honor – pochwalił go Andrzej i przeczesał włosy dłonią. – No, to jak wrażenia? – zapytał.

– Mi się bardzo podobało. Zeszłoroczni nie byli tacy dobrzy – zaczęła Ewa. – Ty i Piotr najlepsi, ale już o tym gadaliśmy. Nie zgodzicie się ze mną, ale naprawdę podobał mi się Farkhad – mam wrażenie, że to zadziałało bardzo fajnie w kontekście całej sali.

– No, masz rację, nie zgodzimy się – odburknął Piotr. – Vlad też się nie zgodzi.

– Ooo, tobie też się nie podobało? – zapytała Ewa.

– Nie przyjrzałem się…

– To co ci się podobało?

Prowadzę – miał ochotę powiedzieć, ale to była przecież Ewa.

– To szydełko Marii… Mam słabość do tekstyliów, bo moja mama dużo… yyy… przędła – powiedział.

– To było chyba na drutach robione.

– Tak, tak, jasne. Słuchajcie, rozmawiajcie tam ze sobą, ja się muszę na jezdni skupić…

– No tak, sorki.

Rzeczywiście zaczęli ze sobą rozmawiać. Vlad patrzył na drogę i nie zwracając przesadnej uwagi na treść rozmowy, słuchał ich podszytych bębnieniem deszczu o szyby głosów. Brzmieli przyjemnie – stwierdził, że Andrzej z Ewą stanowią ze sobą miły dla ucha duet i są do siebie chyba pod każdym względem dobrze dopasowani. Nie czuł się w tej chwili chyba nawet zazdrosny – decyzja Andrzeja, żeby, mając taką kobietę, sypiać z nim, średnio atrakcyjnym typem z siłowni, wydawała mu się w tej chwili kuriozalna. Na szybach zaczęła zbierać się para.

– Wytrzyj przednią szybę, dobra? – powiedział Vlad. – Wiesz, gdzie jest ścierka.

Andrzej błyskawicznie spełnił jego prośbę.

– Nie cierpię jeździć jesienią, tak strasznie parują – mruknął niezadowolony Olgimski.

– Nie tylko przy deszczu – powiedział Andrzej rozbawiony.

To z pewnością była jakaś sprośna aluzja, ale Vlad nie miał nastroju, żeby ją rozszyfrowywać. Radio zaczęło ponownie łapać łączność – urywki jakiejś popowej piosenki i entuzjastycznego głosu spikera wybijały się czasem spod szumu odbiornika.

– Co za pogoda. Ja bym się tak bała jeździć – odezwała się Ewa.

Vladowi trochę to schlebiło.

– Bywa i gorzej.

Walenie deszczu o szybę narastało, topiąc wszystko inne. Kierowca mrużył oczy – widoczność pogarszała się nieustannie. Przy mokrej nawierzchni, w nieregularnych światłach reflektorów i ostatnich promieni zachodzącego słońca, wszystko zdawało mu się rozmywać przed oczami. Trzymał się pobocza i zaciskał zęby w skupieniu. Narastający deszcz zagłuszał głosy pasażerów. W środku tego wszystkiego zaczął czuć ostry, kwaśny, zapach zgniłego mięsa. Zmarszczył nos, a Andrzej poklepał go w kolano.

– Zatrzymaj się. Piotr zwymiotował – powiedział głośno i wyraźnie.

Vlad westchnął i zjechał pod jaśniejący szyld jakiejś sieciówki. Zaparkował – był pewien, że nierówno – i z bólem odwrócił się w stronę tylnych siedzeń.

– Ewo, wszystko w porządku? Nie dławi się tam? – zapytał zrezygnowany.

Piotr z podniósł się do pionu niemalże elegancko. Vladowi nawet to trochę zaimponowało, bo sam po pijackim wymiotowaniu był absolutnie nie do życia.

– W porządku – odpowiedział mu z wargami w resztach na wpół przetrawionego jedzenia.

– Na tapicerkę niewiele poszło… To łatwo zejdzie – oceniła z tyłu Ewa.

– Rzygi tak łatwo nie schodzą. To na co poszło?

– Na ubrania. Moje, jego. I na dywanik. Niedużo tego…

Vlad syknął.

– Dam wam coś do przebrania… On się da sam przebrać?

– Dam… dam… to lokomocyjnie, od tego ślizgania – powiedział Piotr.

– Nie było żadnego ślizgania – mruknął Vlad.

Zacisnął poirytowany wargi. Uważał Piotra za łagodniejszego, bardziej wyważonego z braci, ale trzeba było mieć tupet, żeby narzekać na czyjąś jazdę zaraz po tym, jak obrzygało mu się auto.

– Dobra – powiedział.

Wyjrzał za okno i z ciężkim westchnieniem sięgnął do kieszeni auta. Wyciągnął z niej mały parasol, otworzył drzwi i rozłożył go. Andrzej wyszedł bez pytania za nim. Otworzył bagażnik i sięgnął do przeźroczystego pudełka z ubraniami. Brat Piotra przechwycił od niego parasol i osłaniał od deszczu ciuchy i Vlada, samemu dumnie moknąc, czego Olgimski nawet nie miał siły na tym etapie komentować.

– Coś sobie z tego wybiorą… Ewa się zmieści w twoje rzeczy, no, Piotr na pewno – mruknął.

– Dzięki – Andrzej wziął od niego pudełko i otworzył drzwi reszcie.

W trójkę ruszyli ku stacji. Stamatin zabrał ze sobą parasolkę i trzymał ją nad nimi jak udręczony lokaj na starych filmach, samemu pozwalając, żeby deszcz przesiąkał mu te obcisłe spodnie i siateczkową bluzkę. Był to całkiem zabawny widok, którym Vlad nie miał okazji się rozkoszować, bo sam moknął.

Wyciągnął pudełko z rzeczami do czyszczenia, otworzył tylnie drzwi i przeszedł do oceny szkód. Rzeczywiście nie było tak źle – spódnica Ewy uchroniła jego tapicerkę przed totalnym exodusem. Najgorszymi szmatami zebrał wymiociny z tapicerki i zaczął trzeć ubrudzone wcześniej miejsce zwilżoną gąbką.

Schodziło, ale z doświadczenia wiedział, że zapach zostanie tu na dobre. Jak jego rodzice wywabiali wymiociny Kapelli z tapicerki? Na pewno nie na własną rękę, pewnie oddali po prostu auto do myjni i jeździli drugim. Tym bardziej poczuł zobowiązanie, żeby zająć się tym na własną rękę. Nie miał zresztą myjni w budżecie… Czuł, jak wgryza się w niego sknerstwo.

Osobiście byłoby mu wstyd nie oddać kierowcy kasy za taki wypadek, ale Andrzej nie przestawał zaskakiwać go w temacie pieniędzy. Raz przyjmował kasę, nawet targował się o więcej, raz obrażał się na jakiekolwiek oferty; przyjmował każdy zakład, szukał pracy i rzucał pracę, wydawał horrendalne sumy w barach i na ciuchy, nie pozwalał sobie oddawać za jedzenie na imprezach, na których był gospodarzem, nie oddawał nigdy pieniędzy po imprezach, na których gościł; kupował alkohol na zeszyt, kradł wejpy, prawie na pewno dilował, obstawiał jakieś freak fighty, wykupował dostępy do gal, gardził grą na automatach, raz zawirusował Vladowi komputer, bo z jakiejś pirackiej stronki puszczał hiszpański mecz. Miał cztery karty kredytowe; zawsze nosił ze sobą dużo gotówki. Czasem wysyłał Vladowi jakieś przelewy znikąd, wszystkie z głupimi tytułami – „za seks”, „opłata członkowska PZW”, „mandacik za przekroczenie piękności”, „babciowe”, „powiększanie jąder – I rata”, „za posługę na Kolędzie”. Chwalił się kiedyś, że ukradł portfel nielubianemu wykładowcy. Zawsze dawał żebrakom, nigdy nie dawał greenpeacowcom, chociaż rozmawiał z nimi, kiedy zaczepiali. Opłacał swoje mandaty. Jak poszedł z Vladem na mszę do Katedry, to ukradł pieniądze z tacy. Przez miesiąc zarabiał duże sumy na pokerze online. Skrupulatnie prowadził swoje rachunki. Nie było wiadomo, czego się po nim spodziewać.

Vlad wyrzucił brudną ścierkę do pobliskiego śmietnika i ponownie usiadł za kierownicą. Nadal pachniało nieprzyjemnie, ale mniej intensywnie niż przed chwilą. Zdezynfekował dłonie i zaczął googlować domowe sposoby na pozbycie się zapachu wymiocin z auta. W jakimś dziesięcioletnim wątku na forum natknął się na jakąś kłótnię, którą zaczął uważnie śledzić. Kiedy czytał trzecią z kolei stronę samochodziarskich obelg, przez drzwi od strony pasażera wsiadł do auta Andrzej.

– Zostawiłeś tam Ewę z Piotrkiem? – zapytał go Vlad.

Bliźniak wziął głęboki wdech i przeciągnął się w siedzeniu, po czym zdjął z siebie zgrabnym ruchem mokry top. Siedział teraz w jego aucie z mokrymi włosami i nagim torsem, zresztą nie pierwszy raz.

– Ta. Chciałem ci pomóc z autem – odpowiedział w końcu.

Kropla wody ze zmiętego rękawa spadła na twarz Vlada.

– Poradziłem już sobie. Nie powinieneś zostawiać swojej dziewczyny ze swoim zarzyganym bratem – skarcił go Olgimski.

– Wynagrodzę jej to – odpowiedział mu Andrzej i położył dłoń na jego kolanie.

Vlad poczuł się jak najłatwiejsza osoba na świecie, kiedy nachylił się Andrzeja i pozwolił się pocałować. Oczekiwał z jakiegoś powodu, że pocałunek będzie smakował ostrymi wymiocinami i zaskoczył go smak jagodowej gumy do żucia. Przymknął oczy i poczuł jego zęby na swoim języku, ciepło cudzych ust, upierścienioną dłoń wplecioną we własne włosy. Dziedziczne pierścienie, drogie prezenty i kiczowate sygnety z bazarów. Czuł na swoim ramieniu ciężar ramienia Andrzeja i miał ochotę samemu zacząć się rozbierać, chociaż poczuć jego skórę na swojej. Stamatin oderwał się do niego i wytarł mu kciukiem nos.

– Pamiętasz, jak doszedłeś na tę szybę? – zapytał, uśmiechając się paskudnie.

Oczy Vlada odruchowo powędrowały na miejsce, o którym Andrzej mówił. Czyste, na szczęście.

– Tak. Łatwe do wyczyszczenia – odpowiedział mu zdawkowo i ucałował go, żeby uniemożliwić mu jakąś głupią odzywkę. Czuł jednak na swoich ustach wygięte w uśmiechu wargi Stamatina.

– Musimy to powtórzyć – mruknął Andrzej.

Szyby zaparowały ponownie i zaniepokoił się, że Ewa i Piotr wrócą niepostrzeżenie.

– Mhm. Bez twojej i dziewczyny brata na horyzoncie. I w czystym aucie. – odpowiedział.

Andrzej odsunął się więc zgrabnie, co Vlad przyjął z pewną ulgą, ale nie bez żalu i wyciągnął trzy stówy ze swojego kuriozalnego, na pewno damskiego portfela, który trzymał jak szaleniec w kieszeni. Schlebiało mu, jak szybko Stamatin posłuchał jego przyzwoitej sugestii – na skutek tego był jednak jeszcze bardziej podniecony.

– Na myjnię.

Nie sądzisz, że to Piotrek powinien oddać mi te pieniądze? – Zapytał Vlad, bynajmniej bez nadziei, że Andrzej weźmie to sobie do serca – raczej dlatego, że wobec obecnej sytuacji mógł pozwolić sobie na pewne złośliwości.

– Nie marudź.

Vlad przewrócił oczyma, wyciągnął rękę po swoją żenującą, niewygodną, płócienną torbę i po chwili szukania w niej portfela przełożył do niego pieniądze.

– To co, jutro bez auta trzy godziny, przeżyjesz to? – zapytał Andrzej.

Vlad miał jednak w zasadzie zamiar samodzielnie to wszystko szorować i może obstawić te dodatkowe trzy stówy w jakimś meczu. Wstyd mu było się do tego przyznać.

– Może pójdę do galerii.

– W tej blisko ciebie są ładne toalety. I torowisko, bardzo klimatyczne, nikt tam nie zagląda.

– Kupić buty, nie na seks z jakimiś randomami.

– Ojej, to się nie miniemy.

Głupi żart rozbawił Vlada na tyle, że nie mógł powstrzymać parsknięcia. Powoli przestawało padać i Vlad przetarł szmatką zaparowaną przednią szybę, w połowie przypominając sobie, jak ścierał z niej własną spermę. Zarumieniony, dostrzegł, że Ewa z Piotrem zbliżają się do auta pod jego parasolem. Z zadowoleniem zauważył, że wyglądali w jego ubraniach raczej przeciętnie. Kobieta szarpnęła za tylne drzwi i wtoczyli się oboje do pojazdu. Fala świeżego powietrza z zewnątrz uświadomiła Vladowi, jak duszno zrobiło się tu pod ich nieobecność.

– Kupiłyśmy ci szokobonsy, dobrze pamiętam, że lubisz? – powiedziała Ewa, podając mu od tyłu plastikowe opakowanie.

– Dobrze – odpowiedział, odrobinę speszony. – Dziękuję.

Ewa uśmiechnęła się.

– To my dziękujemy.

Poczęstował się jednym – nie jadł ich od dawna – i odłożył opakowanie do uchwytu na napoje.

– Możemy ruszać? – zapytał.

– Tak – burknął z tyłu Piotr. Vlad przekręcił kluczyk w stacyjce.

Jazda do mieszkania Ewy minęła im już, na szczęście, bez większych przygód. Odstawił ich, pozwolił ucałować się w policzek na pożegnanie i czekał pod blokiem, aż wejdą na klatkę, a potem jeszcze trochę, w nadziei, że Andrzej do niego przyjdzie. Osiedle było ciche i spokojne – nikt raczej nie przejeżdżał. Vlad otworzył konwersację z Andrzejem, ponownie spojrzał na to zdjęcie i westchnął cierpiętniczo. Widział, że światło w mieszkaniu Ewy zapaliło się. Ktoś palił na balkonie, raczej Andrzej – niebieskie światło wejpa rozbłyskało w ciemności przy każdym buchu. Oblizał zęby – zdawało mu się, że czuje na nich tę nieprzyjemną warstwę, która osiadała na szkliwie, kiedy zaciągał się od niego. Wysiadł z auta i, świecąc sobie latarką z telefonu, odnalazł w nieporęcznej, płóciennej torbie opakowanie szlugów. Poczuł się lepiej i spokojniej, gdy tylko filtr dotknął jego ust.

Zaciągnął się z rozkoszą i wspomniał matkę. Nie potrafiła albo nie chciała mu nigdy wytłumaczyć, co było przyjemnego w paleniu, polecała mu, żeby nigdy nie próbował i wychylała się po prostu za okno. Podczas jakichś imprez, benefisów wracały zawsze z tarasu pod rękę z Niną Kainą, obie w pachnących tytoniem apaszkach i garsonkach. Maria pachniała dziś pięknie, ciemnymi czereśniami. Dojrzały, wyrafinowany zapach. Raczej perfumy niż osiadła na stroju para ze smakowego liquida. Miał nadzieję. Nie wiedział, czy Kapella odmówiłaby, gdyby Maria zaproponowała jej papierosa – on na pewno by jej nie odmówił, nie odmówił zresztą osobom mniej czarującym. Kapelli nie do twarzy byłoby z papierosem – mama rzuciła ostatecznie, kiedy zaszła z nią w ciążę. Nie mogła palić też przecież, kiedy była w ciąży z nim, ale musiała znowu sięgnąć po fajki po jakimś czasie. Po jakim? Nie od razu. Może gdyby pożyła jeszcze trochę, znów wróciłaby do palenia.

Spojrzał na balkon Andrzeja. Nie widział już migającego światełka. Zagasił papierosa na ziemi i wsiadł do samochodu. Zapach wymiocin przebijał się spod ostrej woni samochodowej sosenki. 21:30, w domu powinien być przed dziesiątą. Dobrze. Może poodpisuje jeszcze na e-maile, może weźmie się do tego rano.

Odkładając szlugi do torby zorientował się, że nie oddał Andrzejowi tej jednorazówki. Obrócił buchmaszynę w palcach sentymentalnie, myśląc, że nie tak dawno dotykała ust Stamatina i odłożył ją do kieszeni auta.

Zadzwonił telefon.

– Cześć, tato – odebrał.

Notes:

czasami masz mokry sweter, niepożądaną erekcję i zarzygane auto. i to jest jakby okej.

podczas researchu napotkałam na ten fenomenalny filmik. polecam każdemu:
https://youtu.be/MWvjq3cItWc?si=JCF70KHMXlhu7kC9