Chapter Text
Nikt nie wierzył, że Abaddon obejmie rządy. Nikt. W końcu lata świetności króla Crowleya nagle zniknęły. I okazało się, że rudowłosa królowa nie miała być ich wybawieniem…
Kraj o wdzięcznej nazwie Pandemonium zaczynał się zmieniać. Dzielnice zmieniały nazwy, specjały oraz mieszkańców. Wojska Abaddon rozprzestrzeniły się.
Jedyna, mała dzielnica Heaven z arystokracją została spalona. Bezrobotnych, którzy po katastrofie nie mogli wrócić już do pracy, topiono w rynsztokach lub podrzynano im gardła, wrzucając do tlących się domów by ciała zostały już zajęte przez ogień i nikt nie próbował nawet pytać o kocie łby zalane krwią niewinnej arystokracji.
Każdy filozof, myśliciel czy zwolennik dawnej władzy był traktowany tak samo.
Co mądrzejsi z zachowanymi nadal pieniędzmi wynieśli się z kraju. Ci, którzy nie zdążyli mogli albo zgiąć kark przed Królową i czekać na rozkazy lub uciec do innych dzielnic.
Do Purgatory czy – jeśli nie miało się już wyjścia – do miejsca o wszystko mówiącej nazwie Hell.
Wszyscy ci, którzy otaczali się jedwabiem, srebrem i służbą nagle musieli dbać o swoje przetrwanie. O życie całej swojej rodziny.
Taki los spadł także na barki zaledwie 15-letniego Deana Winchestera. Po tym, jak matka zginęła w pożarze on, o 4 lata młodszy brat Sam i ich ojciec zaczęli wycofywać się na granice Heaven. Nie udało im się zagnieździć w okolicznych stodołach: gdy chłopcy schowani pomiędzy kawałkami drewna spali Johna spotkał marny los. Mężczyzna szukał w nocy jedzenia, czy zagubionych pieniędzy: czegokolwiek by mogli przekupić strażników i dostać się do zgliszczy domów lub poza granicę państwa… nie chciano słuchać jego tłumaczeń. Mężczyźni o oczach czarnych jak węgiel poderżnęli mu gardło i wrzucili do pobliskiej rzeki. Kolejny trup nikogo nie dziwił: bo i nie miał kogo. Na ulicach zostały już tylko patrole i duchy.
Przez rok sobie radzili. Tułali się po Purgatory z jednej knajpki do drugiej próbując kradzieży, dorabiania sobie jako kuchciki czy próbach w hazardzie. Sam ze swoją dziecięcą, niewinną buzią okazał się najlepszy w pokera, a Dean… Dean próbował wszystkiego. Zachęcał do siebie kobiety, by zabrać im pieniądze. Młodych, widocznie od niego słabszych mężczyzn także potrafił omamić, zaciągnąć w ciemniejszy zaułek… wtedy tylko potrzebował Sama. Maluch, udając biegającego, niewinnego szkraba (z czym było coraz trudniej, patrząc na wzrost chłopaka) wpadał nagle na cel Deana i niezauważenie zabierał mu sakiewkę.
Później Sam wpadł w kłopoty. Nieumiejętnie przemieszał karty: wydało się. Rozbój w knajpie został powstrzymany tylko przez to, że ktoś usłyszał przechodzący patrol. Mimo to Winchesterowie zostali wyrzuceni na bruk, a w już zakrwawione, brudne rany Sama dostało się błoto i Bóg jedyny raczy wiedzieć co. Nie trudno było o infekcję. Później z wyziębienia doszło zapalenie płuc. Dean starał się jak mógł sam grać w karty czy obstawiać walki kogutów: na nic. Jak na złość nikt nie był zainteresowany, a obstawiane koguty przegrywały, tracąc czerwone grzebienie.
Dean za to z dnia na dzień tracił brata.
Postanowił chwycić się ostatniej deski ratunku. O ile można to tak było nazwać, bo to, czy dostanie tam pracę… oh modlił się o to. Nie powiedział Samowi gdzie idzie ani kiedy wróci: młody spał pogrążony w snach o przeszłości, o domu, o całującej go w czoło matce.
Dean już nie śnił. Był wiecznie zmęczony, wiecznie obolały… gdzieś w tej rachubie stracił wiarę we własne atuty i możliwości. Tym bardziej wątpliwe było by Mama H go przyjęła.
Abaddon choć próbowała naprawić miasto na swoją korzyść nie potrafiła i nie mogła zniszczyć Mamy H i jej lokali. Gniazdka rozkoszy były najgęściej ulokowane właśnie w Purgatory, ale nie brakowało ich także w Hell. W Heaven były to jedyne nietknięte pożarem budynki.
Tego dnia jak zwykle ustawiła się cała kolejka chętnych kobiet do pracy, a raczej do zgłoszenia się o pracę. Stojąc w kolejce Dean miał ciągle spuszczoną głowę z kapturem nasuniętym jak najbardziej na oczy. Nie chciał by go tu zobaczono, nie chciał by ktokolwiek zobaczył, że chłopak stara się o posadę kurtyzany. W ciągu godzin pomiędzy plotkującymi kobietami nasłuchał się o Mamie H. Była sprawiedliwa, surowa, ale czasami dobroduszna. Przyjmowała tylko piękne kobiety, a mężczyzn prawie wcale. Zapewniała jednak pracę, jedzenie, dach nad głową i czystość. A najważniejsze: ochronę. Będąc pod opieką Mamy H nie mógł ci spaść włos z głowy. Gdyby klient podniósł na kobietę rękę bez jej wyraźnej zgody za każdy siniak czy zadrapanie musiałby zapłacić w złocie. Dean był gotowy błagać o tę posadę, by uratować brata.
Pomieszczenie, w którym teraz stał wraz z dwudziestką innych kobiet pachniało ciężkimi kadzidłami rozmieszczonymi w każdym rogu. W ścianie przed nimi były trzy pary drzwi, a przy każdej piękna kobieta z piórem i notesem.
Niektóre kobiety odsyłano bez słowa. Wychodziły albo z płacze, albo w osłupieniu, albo w ogóle bez reakcji. Jak któraś szepnęła kobiety starały się czasem po kilka razy. Gdy kolejka po raz kolejny rozdzieliła się na trzy Dean trafił do drzwi po prawej. Dziewczyna przed nim miała oliwkową skórę, oczy jak migdały i kolczyk w nosie. Jej suknia była skrojona idealnie tak, żeby podkreślić szerokie biodra i zasłonić małe piersi. Nie wydawała się zadowolona z postaci w płaszczu i kapturze przed sobą.
- Pokaż twarz, pszczółko – poprosiła słodkim głosem. Dean powstrzymał ochotę ucieczki i zdjął kaptur. Dziewczyna patrzyła się na niego bez słowa oceniając powoli każdy szczegół jego twarzy: zielone oczy, zapadnięte z głodu policzki, na których w słabym świetle rysowały się piegi. Brudne, za długie już włosy, które normalnie powinny zachwycać miękkością.
Zastukała w drzwi, a gdy wychyliła się z nich inna dziewczyna: pokręciła głową.
- Daj mi tu Gabriela – poprosiła cicho. Przed Deanem stanął wyższy i starszy od niego chłopak: mógł mieć na oko 23 lata. Złote oczy błyszczały figlarnie współgrając z małym uśmieszkiem. Biała, rozchylona koszula była ściągnięta skórzanym pasem od spodni. Te, wpuszczone w długie buty dodawały mu optycznie centymetrów.
- Chodź Kido, Mama H ma własne wymogi co do chłopców.
Gabinet Mamy H okazał się wysuniętym nad dzielnicę pomieszczeniem niemalże całkowicie przeszklonym. Ogromne biurko było puste nie licząc karafki z winem i pękatego, napełnionego kieliszka. Na zdobionym krześle siedziała Ona. Kruczoczarne włosy zwijały się w spirale, oczy podobne do zimowego nieba były duże i zaznaczone czarnymi kreskami. Patrzyły teraz na niego łagodnie, a jednak w taki sposób, że Dean od razu czuł się pod jej obcasem: i nawet mu to odpowiadało. Blada jak śnieg wydawała się niemalże krucha w granatowej sukni sięgającej ziemi z drobnymi piersiami ściągniętymi gorsetem wiązanym z przodu.
- Dziękuję Gabrielu – jej głos przypominał szum drzew. Dean patrzył na jej łabędzią szyję, próbując za wszelką cenę nie zejść niżej. Jeśli chciał dostać tę pracę nie mógł… Kobieta powoli przesunęła palcami przy rąbku dekoltu. Zielone oczy przesunęły się zaraz za tym ruchem, a uszy Winchestera poczerwieniały. Oczywiście, że widział kobiece ciało miał już przyjemność się z kilkoma zapoznać, ale to… to… mógłby nazwać kunsztem.
- Bez tego nasz zawód by nie istniał. Bez uwodzenia, mamienia zmysłów… ale także bez chęci mężczyzn do kolejnych kobiet – przekrzywiła głowę i odczekała chwilę aż chłopiec, bo tak, był to zaledwie 16-letni chłopiec, znowu zacznie rozumieć, co się do niego mówi. – Mimo to w drugą stronę jest trudniej. Kobiety nie chcą okazywać należytej jej siły, a mężczyźni nie chcą być tymi uległymi… Ale ty chcesz, prawda?
- Chcę. Znaczy, ja – sens słów uderzył w niego jak obuch. Pokręcił szybko głową. – Mój brat jest chory. Zapalenie płuc, infekcja ran… Potrzebuję pieniędzy.
- I przyszedłeś właśnie tu? Po pieniądze?
- Po pomoc – uniósł lekko podbródek. – I po przyjemność. – Mama H uśmiechnęła się.
- Imię?
- Dean Winchester.
Mijała czwarta wiosna od kiedy Dean zaczął pracować u Mamy H. Sam, wyleczony i w pełni sił, został przyjęty jako sierota do jednego z gospodarstw przyjaciół Mamy H. Wiódł tam proste, odpowiednie życie jako pomocnik w kuchni i chłopiec na posyłki. Mimo to nawet dwórki oglądały się za wysokim, długowłosym młodzieńcem.
Dean, kończąc już 20 lat, także miał propozycję pracy w posiadłości na odbudowującym się nadal Heaven. Odmówił, zostając u Mamy H. Nie chciał wracać z podkulonym ogonem, poza tym… dobrze mu się wiodło. Miał oddzielny, mały pokój, zaprzyjaźnił się z Gabrielem i kilkoma kobietami, a za każdą noc spędzoną z kobietą czy mężczyzną dostawał pieniądze. Często jego praca ograniczała się tylko do rozmowy czy do kilku pocałunków. Na rozmowy była chęć przeważnie dam z wyższych sfer, które zapragnęły porozmawiać o literaturze, a w swoich stronach nie miały takiej możliwości: Gabriel specjalnie zadbał by Dean wiedział wszystko, a nawet więcej niż on sam. Opłacało się: Mama H miała dzięki niemu zyski i wzajemnie - Dean nie musiał obawiać się straty posady.
Pożegnał właśnie kobietę, całując ją jeszcze delikatnie w kark i niechcący zgarniając tym sposobem puder. Dopiero gdy wyszła kichnął i kilka razy splunął, wycierając dłonią resztki białego, pachnącego pyłu z ust. Jak zwykle wszystko ogarnął w miarę swoich możliwości brudne rzeczy zsuwając na jedną część łóżka. Zmienił także ubranie i dopił do końca wodę. W rdzawej koszuli i czarnych spodniach wyglądał prawie jak rycerz: brakowało mu tylko kolczugi. Wychodząc z pokoju od razu stanął, bo… wszystkie były otwarte. Nie było już żadnego klienta, a w każdych drzwiach stały jedynie pracownice. Wszystkie umalowane, ubrane, bez śladów niedawnej robocizny. Winchester rozejrzał się i w końcu zrozumiał o co chodzi: specjalny gość.
Specjalnymi gośćmi mogła być arystokracja, żołnierze albo ktoś z bliskich przyjaciół Mamy H. Widząc czarnego konia Dean stwierdził, że jeszcze takiego nie widział. Gabe właśnie kłaniał się osobie w długim płaszczu, łapiąc zwierzę za lejce i prowadząc do stajni. W słońcu błysnęło złoto: mężczyzna zgarnął małą nagrodę za taką drobnostkę jak odprowadzenie konia. W korytarzu zrobiło się poruszenie, dziewczyny szeptały, wypychały piersi, mrużyły zaciekawione oczka. Dean za to czekał. Zakapturzona postać przeszła przez cały, długi korytarz nie oglądając się na nikogo. Jedyne co Dean zdołał zauważyć to długie, siwe włosy.
- Kto to jest? – Spytał się, gdy obok pojawił się Gabriel. Ubrany tym razem w zielonkawą koszulę i kamizelkę przedstawiał się niemalże jak hrabia.
- Podobno dawny kochanek Mamy H – szepnął, wpychając Deana do pokoju i zamykając za nimi drzwi.
- Co? Przecież jest siwy, widziałem jego włosy, a Mama H… nie, ona na pewno nie byłaby z… Czemu się śmiejesz? – Spytał, a Gabe otarł łzę z kącika oka.
- Byłeś taki… oburzony, bo… jest siwy – wyjęczał z rozbawieniem, rozrzucając na ręce na boki. – Czyżbyś nigdy nie słyszał o… - W tym momencie ktoś zapukał do drzwi. Gabriel od razu poprawił kamizelkę gotowy na przyjęcie klienta: okazała się do być jedynie Anna. Rudowłosa kurtyzana o wiecznie przerażonych, sarnich oczach.
- Dean… Mama H cię wzywa.
Gabriel na odchodne poklepał go po ramieniu rzucając coś w stylu „tylko się nie zakochaj”.
W kim niby miał się zakochać?! W staruchu?!
- Czy sugerujesz mi, że… - Gość urwał w połowie zdania, gdy drzwi się otworzyły. Stał blisko okna, a światło otaczało całą jego sylwetkę, nie pozwalając Deanowi dojrzeć żadnych szczegółów. Na dodatek nadal miał kaptur.
- Dean – Mama H uśmiechnęła się szczęśliwa, że mogła uniknąć odpowiedzi na kolejne pytanie. – Przygotuj Pokój Irysowy oraz napełnij wannę. Zajmiesz się dziś naszym gościem.
20-letni młody mężczyzna nie mógł zrobić nic innego jak grzecznie skłonić się i ruszyć wykonywać obowiązki.
Przybysz zdjął w końcu płaszcz, kładąc dłonie płasko na biurku i nachylając się do kobiety. Oczy w żywym, błękitnym odcieniu nie pasowały do starczej twarzy i burzy siwych włosów. A co dopiero tej idiotycznej, koziej bródki.
- Hannah, czy ja wyraziłem się jasno prosząc o całkowitą dyskrecję i…
- Zgorzkniałeś. Znowu – westchnęła kobieta, ucinając jego wypowiedź. Założyła nogę na nogę, a ręce pod piersiami pokazując jak druzgocącą przewagą dysponowała. – Dean to cudowny młodzieniec, na pewno się zaprzyjaźnicie… staruszku. – Uśmiechnęła się pięknie.
- Porozmawiamy wieczorem na kolacji, Hannah – odparł, łapiąc swój płaszcz i kierując się do wyjścia.
- Jeśli tylko moja Meg nie zawróci ci w głowie – odparła z uśmiechem Mama H, patrząc na zamykające się drzwi.
Kąpiel? I Pokój Irysowy dla jakiegoś… starca? A może miał po prostu białe włosy, bo… bo tak? Na pewno są jakieś rasy czy narodowości, że takie włosy mają nawet młodzi ludzie i… Wszystkie nadzieje Deana zostały rozwiane gdy starzec – nie dało się tego inaczej określić – wszedł do pokoju. Ledwie rzucił na niego okiem. Na łóżko obleczone satynową pościelą powędrował ciężki, wełniany płaszcz.
- Kąpiel już gotowa? – Jego głos był szorstki, nieprzyjemny dla ucha jak przejechanie paznokciami po cegłach. Niemalże czuło się tę chropowatość i ból. – Chłopcze?
- Mam 20 lat, sir – odpowiedział zanim zdążył się ugryźć w język. Czemu do tej roboty nie zaciągnięto Gabriela? To on lubił wyzwania!
- Nie pytałem o wiek, tylko o kąpiel. To od ilu lat ty jej nie brałeś mnie nie interesuje – padła cięta odpowiedź. Dean patrzył teraz na pokryte starczymi plamami dłonie zakończone kościstymi paluchami. Że miał je całować, dotykać zabawiać się nimi?
Zrobiło mu się niedobrze.
- Więc się nie kąpiesz i do tegoś głupi. Idealnie – jęknął znowu staruch i ruszył w stronę zasłonki prowadzącej do oddzielnego pomieszczenia z wanną. Minął się z nim w drzwiach, nie próbując nawet go przepuścić. Dean spodziewał się, że to gość poleci na framugę przez siłę zderzenia… Winchester grzmotnął o malowane drewno potylicą, krzywiąc się mocno. Czym prędzej usunął się z drogi i by zająć czymś ręce sięgnął po płaszcz gościa. Rozwiesił go na odpowiednich haczykach i poprawił łóżko. Nie słyszał plusku wody ani szelestu zsuwanych ubrań.
- Sir? Czy jest coś…
- Jeszcze tu jesteś? – Jego głos brzmiał… inaczej. Nadal chropowato, ale już o wiele młodziej. – Doprawdy chwili teraz mieć nie można… - z każdym kolejnym słowem chrypa i dziwny akcent wydawały się bardziej wymuszone. – Możesz iść, zapłacę później z góry i…
Dean nie potrafił się powstrzymać. Kilka kroków i już łapał za zasłonkę. Staruch jeśli nie był w wannie miał do dyspozycji jedynie krzesło i duże lustro. Tam właśnie Dean zastał…
Kogoś, kto zdecydowanie nie był staruchem.
Dłonie, wcześniej brązowawe i żylaste, poruszając się powoli zmieniały się w silne, opalone dłonie młodego mężczyzny. Podbródek lekko się cofnął, nos ukształtował, kości policzkowe uwydatniły, rzęsy zrobiły się wyraźniejsze i dłuższe. Zamiast na białą grzywę Dean patrzył na burzę skołtunionych, ale jakże przyciągających wzrok kruczoczarnych włosów zawijających się przy karku w małe loczki. Oczy, na które wcześniej nie zwracał uwagi przewiercały go siłą spojrzenia i błękitem, którego powstydziłoby się niebo.
„Ten puder to był narkotyk, a ja mam halucynacje” powiedział do siebie w myślach Dean, nie cofając się jednak ani o krok, a tylko wpatrując się w gościa Mamy H. Kolejne słowa usłyszał, ale ich sens gdzieś zaginął.
- Ślinisz się, chłopcze.
