Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationships:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2022-01-29
Completed:
2022-02-08
Words:
48,794
Chapters:
15/15
Comments:
1
Kudos:
6
Hits:
155

Trzęsienie ziemi

Summary:

Marinette miała całkiem normalne życie. Tak, była nieprzyzwoicie wręcz niezdarna i kilka razy dziennie ocierała się o śmierć, ale przecież każdemu może się zdarzyć, prawda? Dlatego właśnie nowa szkoła nieco ją denerwowała. W końcu żeby się do niej dostać musiała przejść przez ulicę...
Kto by się jednak spodziewał jak wszystko może się zmienić w ciągu jednego dnia? Nowi znajomi, nowe odkrycia, a przede wszystkim nowa moc to dla niej zdecydowanie za dużo. I kiedy już myślała, że gorzej być nie może i że w końcu może odpocząć na wycieczce klasowej skończyła mieszkając w jaskini. Dlaczego życie tak bardzo jej nie lubi?

Chapter 1: Liczę na owocną współpracę.

Chapter Text

Gwałtowny wdech był pierwszym dźwiękiem tego dnia, który rozbrzmiał w małym pokoju, na poddaszu francuskiej piekarni. Jego piegowata właścicielka oddychała szybko, rozglądając się przez chwilę dookoła, po czym z westchnieniem ulgi, opadła na łóżko, zapadając się w poduszce.

Gdy w końcu udało jej się sprowadzić układ oddechowy do normalnego stanu, Marinette zaczęła się trochę irytować. Uwielbiała sny o modzie, projektowaniu i małych chomikach, nie znosiła zaś takich o zombie, czy starych, zeschniętych wypiekach, ale na jej liście największych sennych wrogów górowały sny, których po przebudzeniu nie pamiętała. Niestety, właśnie ten typ męczył ją od jakiegoś czasu.

Odgarnęła włosy z czoła, sięgając po telefon leżący pod łóżkiem. Głośny jęk oznajmił, że godzina, wyświetlona po uruchomieniu urządzenia, nie była zachwycająca. Przycisnęła twarz do poduszki, chcąc dodać chociaż dwie cenne godziny do dzisiejszej nocki, ale w momencie, kiedy mroczki mignęły jej pod opuszczonymi powiekami zobaczyła też coś jeszcze, co sprawiło, że zamrugała niepewnie.

Motyl. W jej śnie był mały, fioletowy motyl.

Przypomniawszy sobie ten drobiazg, zaciekawiona zaczęła wytężać pamięć z nadzieją na nowe szczegóły, jednak, jak zwykle przy jej szczęściu, nic więcej nie zobaczyła. Wstała gwałtownie, podchodząc szybko do biurka i jak najszybciej, aby nie zapomnieć szczegółów, przerysowała owada do notatnika.

Zadowolona z postępu, czując, że oczy ponownie odmawiają jej posłuszeństwa, dowlokła się do łóżka i z gracją foki na lądzie, opadła na pościel, prawie natychmiast zapadając w sen.

***

Ledwo zdążyła zamknąć oczy, a już usłyszała melodię budzika, którą na pewno znienawidzi w tym roku szkolnym. Słońce, świecące dziewczynie prosto w dopiero co otwarte ślepia, upewniło ją w codziennym przekonaniu, że jest już przerażająco spóźniona.

Zerwała się z łóżka tak gwałtownie, że zapomniała o nawyku robienia z siebie naleśnika podczas snu i zanim zdążyła chociaż pisnąć, leżała twarzą na ziemi, przypominając raczej różowo-czarny kleks niż czekoladowy deser z sosem truskawkowym.

- Auć - mruknęła, podnosząc się z podłogi.

Szczerze powiedziawszy, była do tego przyzwyczajona. Nie było takiego dnia żeby czegoś nie zepsuła albo się nie skaleczyła. Z tego powodu mama nazywała ją pieszczotliwie "małą niezdarką", ale była jedyną osobą, która się z niej nie śmiała z tego powodu. W niezliczonych szkołach, do których uczęszczała w swojej karierze zawsze była pośmiewiskiem i dziennym urozmaiceniem szkolnej rutyny.

Szczęśliwa, że ma jeszcze kilka minut do dzwonka, Marinette wypadła ze świeżo otwartej piekarni, prawie kończąc swój żywot pod nadjeżdżającym samochodem. Nie była jeszcze przyzwyczajona do tak krótkiego chodnika i ruchliwej ulicy tuż za drzwiami. W większości przypadków rodzina Dupain-Cheng wybierała na miejsce zamieszkania wioski z małą ilością mieszkańców lub spokojne miasteczka z dala od codziennego w tych czasach gwaru. Tutaj jednak, w samym centrum stolicy Francji, było totalnie inaczej. Z powodu jej niezdarności, rodzice postanowili przeprowadzić się jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego, aby dziewczyna miała choć trochę czasu by się przyzwyczaić i pozwiedzać okolicę. Dużym plusem tej lokalizacji była szkoła, stojąca po drugiej stronie ulicy co oczywiście, nie zerowało możliwych miejsc na przedwczesny zgon, jednak znacząco zmniejszało ich liczbę.

Po dotarciu do drzwi placówki bez większego zagrażania życia swojego lub mieszkańców Paryża, zadowolona z siebie ciemnowłosa przyszła projektantka mody chwyciła za klamkę i energicznym krokiem weszła do środka, zaliczając bliskie spotkanie z osobą stojącą w wejściu.

Bogowie robią sobie ze mnie żarty...

Przygotowana na zderzenie z ziemią, wystawiła ręce do przodu, chcąc jakoś zachować twarz przed nieznajomym. Nie było to jednak potrzebne, bo, niespodziewanie dla niej samej, została delikatnie złapana i bezpiecznie przywrócona do pionu. Zamrugała zdezorientowana. To była nowość.

- Przepraszam. Nic ci się nie stało? Nie powinienem tak stać w przejściu.

Ktoś ją przeprasza? Ją? Gdyby nie to, że była pewna swojej przytomności, pomyślałaby, że to sen. Zamiast tego zadarła głowę do góry i zamarła. Niezwykle blisko, jak na jej dotychczasowe życiowe doświadczenia, znajdowała się twarz jednego z najsłynniejszych nastoletnich modeli. Adrien Agreste we własnej osobie.

- Wszystko w porządku - powiedziała cicho, nie mogąc oderwać wzroku od niesamowitego koloru oczu chłopaka. Mimowolnie zaczęła się zastanawiać jakie barwniki musiałaby zmieszać aby taki uzyskać. Głupia fascynacja modą. - Dzięki, że mnie złapałeś i wybacz, że na ciebie wpadłam. Straszna ze mnie niezdara.

Spuściła zawstydzona głowę. Łagodny śmiech poniósł się echem po pustym korytarzu i ciemnowłosa w końcu poczuła, że blondyn ją puszcza. Poprawiła torbę wiszącą jej na ramieniu.

- Wiesz może jak dostać się do gabinetu dyrektora? - zapytała. - Jestem tu nowa i jeszcze niezbyt pamiętam okolicę.

- Nowa? - chłopak przekrzywił zabawnie głowę. - Ciekawie się składa, bo ja też. Po dziesięciu latach nareszcie udało mi się namówić ojca żeby wysłał mnie do normalnej, publicznej szkoły. Mam dość własnego domu i prywatnych nauczycieli - zmarszczył brwi, jakby przypominając sobie tamte lekcje, ale po chwili jego twarz rozjaśnił radosny uśmiech, a on wystawił rękę do przodu. - Jestem Adrien.

- Marinette - odwzajemniła uśmiech, delikatnie ściskając jego dłoń. - Czyli podsumowując, jest dobre pięć minut po dzwonku, a my nie mamy pojęcia gdzie jest dyrektor ani do jakiej klasy należymy, zgadza się?

- Z moich szczegółowych obliczeń wynika, że masz całkowitą rację.

- Mamy przechlapane - stwierdziła dziewczyna, rozglądając się po korytarzu i intuicyjnie skręcając w lewo.

***

- Tu są nasi spóźnialscy! - zawołał dyrektor na widok nastolatków, gdy piętnaście minut, jedną ucieczkę przed woźnym i niedoszły upadek ze schodów później, przekraczali próg jego gabinetu.

- Przepraszamy - powiedział ze skruchą blondyn, zamykając za nimi drzwi i podchodząc do biurka. - Zgubiliśmy się.

Starszy mężczyzna pokręcił tylko głową, wyraźnie rozbawiony. Marinette zaczęła się zastanawiać co jest z nim nie tak, skoro powinien być zły, gdy spostrzegła telewizor stojący na szafce w rogu. Kamery. W całej szkole były kamery i musiał wszystko widzieć. Podstępna żmijka z tego dyrektorka. Żeby tak ostentacyjnie podglądać uczniów...

- Skoro w końcu udało wam się do mnie trafić, chciałbym serdecznie powitać was w naszej szkole. Mam nadzieję, że miło spędzicie tu czas i wyniesiecie stąd pełne umysły - mężczyzna, już z powagą godną stanowiska, przeczytał kilka panujących w placówce zasad, rozdał plany lekcji i po dodaniu kilka uwag od siebie, stwierdził, że powinni się pośpieszyć żeby zdążyć na koniec pierwszej lekcji.

Razem opuścili pomieszczenie i ruszyli pustymi korytarzami w stronę, gdzie, według zdobytych przez nich informacji, znajdowała się sala, w której oboje mieli mieć zajęcia.

- Cieszę się, że jesteśmy razem w klasie - powiedział z uśmiechem Adrien przerywając ciszę, trwającą od wyjścia z gabinetu dyrektora.

- Ja też - odpowiedziała Dupain-Cheng, odwracając głowę w jego kierunku, tak że miała idealny widok na jego profil. - Myślałam, że to trochę potrwa zanim z kimkolwiek się zapoznam. Jak zwykle zresztą.

- Jak zwykle? - zdziwił się Agreste, łącząc spojrzenia. - Jak często zmieniasz szkołę?

A to inteligencik.

- Dużo się przeprowadzamy - oznajmiła wymijająco, spuszczając wzrok na buty i zauważając niezawiązaną sznurówkę, przyszły powód wielu wypadków. Zdecydowanie nie była gotowa na zwierzanie się komukolwiek.

Zapadła niezręczna cisza.

- Wiesz - zaczął po chwili blondyn, rzucając jej figlarny uśmiech. - Nie musisz się już martwić o brak znajomych, po tym jak zrobiłaś na mnie tak powalające pierwsze wrażenie.

Marinette zatrzymała się jak wryta pośrodku korytarza, nie wiedząc, czy ma się za to obrazić, roześmiać, czy rozpłakać ze szczęścia, lecz zanim zdążyła się zdecydować na jedną z możliwych reakcji, Adrien chwycił jej rękę i pociągnął ją do najbliższych drzwi.

- To tutaj - powiedział. - Gotowa?

Jedyną rzeczą jaką mogła w tym momencie zrobić było posłanie mu szerokiego uśmiechu.

***

Pomimo wczesnej i nieplanowanej pobudki, snu, którego nie mogła zapamiętać, kompromitacji przed pierwszą poznaną w Paryżu osobą i spóźnienia na lekcje, Marinette musiała przyznać, że ten dzień był jednym z najbardziej udanych rozpoczęć nauki w jej karierze. Dziewczyną, z którą przyszło jej dzielić ławkę na zajęciach okazała się Alya, nazwana przez ciemnowłosą "Stalkerem", ze względu na jej umiejętności śledzenia ludzi, związane z wymarzonym zawodem dziewczyny - dziennikarstwem. Zaniepokoiło ją jednak obsesyjne zafascynowanie brunetki postaciami z umiejętnościami nadnaturalnymi i magią. Sama uwielbiała takie tematy, zwłaszcza w książkach, ale poziom, na którym znajdowała się Alya był całkowicie poza skalą.

Zmęczona taką ilością emocji, jakie jej zafundowała nowa znajoma, Marinette wdrapała się po schodach do sypialni i ponownie tego dnia prezentując zwierzęcą zgrabność, ruszyła w stronę łóżka. Już miała rzucić się na nie z rozpędu, gdyby nie to, że nie była przyzwyczajona do dzielenia z kimś pościeli, a ewidentnie jej posłanie było już zajęte.

***

- Plagg! Zostaw ten ser i chodź już!

- Ale...!

- JUŻ!

- Nie musisz się tak denerwować, przecież lecę.

W małym domku, na obrzeżach Paryża dwa najsilniejsze Kwami wybierały się na spotkanie z nowymi, niczego jeszcze nieświadomymi właścicielami. Od kilku dni moc, która ich do nich przyciągała rosła coraz bardziej aż w końcu byli pewni, że teraźniejsi wybrańcy są gotowi na przyjęcie tak ważnego obowiązku, jakim jest posiadanie Miraculum.

Już od samego rana Tikki, Kwami Biedronki, ledwo była w stanie usiedzieć w miejscu, niesamowicie tym faktem podekscytowana, natomiast jej partner, Kwami Czarnego Kota, jak zwykle pozostawał obojętny na wszystko. Zastanawiała się czasami, jak on w ogóle żyje skoro cały czas buja w obłokach lub objada się śmierdzącym serem.

- Ile można na ciebie czekać? - warknęła Tikki, chwytając partnera za łapkę i ciągnąc do wyjścia. - Jak tak dalej pójdzie to się spóźnimy i to będzie twoja wina. Znowu.

- Zauważ, że nie zjadłem jeszcze trzeciego śniadania - zaprotestował cicho Plagg, ale gdy tylko zauważył jej minę, zamilkł i przyspieszył.

- Pamiętasz wszystko? - spytała Kwami. - Witasz się, tłumaczysz, odpowiadasz na pytania i o północy widzimy się na Wieży Eiffla.

- Aj, aj, szefie - zasalutował Plagg, i odleciał, uśmiechając się do niej uspokajająco

Mając nadzieję, że Kwami Czarnego Kota nie zawali sprawy, Tikki westchnęła głęboko i sama skierowała się w stronę, z której nadlatywał cudowny zapach świeżo upieczonego chleba.

***

Czasami w życiu jest tak, że nie jest się pewnym co zrobić. Mnóstwo opcji obija się o mózg, a ty i tak nie potrafisz się na jedną zdecydować. Tak mniej więcej czuła się Marinette, gdy po powrocie do domu okazało się, że jej łóżko jest zajęte przez małe czerwone coś, które patrzyło na nią, mrugając nieproporcjonalnie wielkimi oczami. Krzyczeć w panice? Wołać o pomoc? Uciec z wrzaskiem? Zaatakować? Zaprosić na herbatkę? Odwrócić się na pięcie i udać, że to się nie wydarzyło? Zemdleć?

W końcu, jak na racjonalną i prawie dorosłą dziewczynę przystało, Marinette zrobiła ostrożny krok do przodu, unosząc pewnie głowę, chociaż w środku pragnęła skorzystać z pierwszych trzech opcji.

- Kim jesteś i co tu robisz? - zapytała lekko drżącym głosem. Uznała, że nie byłoby miło gdyby zapytała "czym?".

Kultura przede wszystkim.

- Jestem Kwami i nazywam się Tikki - odpowiedziało stworzenie unosząc się w powietrze i tym samym doprowadzając właścicielkę pokoju do wewnętrznej hiperwentylacji. Wszystko co latające było podwójnie niebezpieczne. - Przybyłam, aby z tobą porozmawiać.

- Porozmawiać - powtórzyła ciemnowłosa, decydując się na kolejny odważny krok i delikatne opadnięcie na kraniec łóżka. Nogi zaczynały odmawiać jej posłuszeństwa, więc prędzej czy później i tak by wylądowała na pośladkach, a tak przynajmniej było to w miejscu, w którym chciała i przy pożądanej prędkości. Wzięła do ręki poduszkę. Coś czuła, że zmieni dzisiaj swój kształt. W ostateczności mogła też posłużyć jako broń. - Więc? Słucham.

- Dobrze. Jak już mówiłam jestem Kwami Biedronki - zaczęła Tikki, podlatując do przodu i zatrzymując się niecały metr przed dziewczyną. - Kwami to magiczne stworzenia, które powstały naprawdę dawno temu, gdy na świecie pojawiło się pierwsze zło. Jest nas dziesięć. Każde posiada z pozoru normalny przedmiot, zmieniający się wraz z wiekiem i rozwojem cywilizacji, który zawiera w sobie ich magiczną moc, czyli Miraculum. Dzięki niemu jego posiadacz może wydobyć energię Kwami i pokonać zło.

- Czekaj - niezbyt grzecznie przerwała jej Marinette. - Pokonać zło? To brzmi jak z jakiegoś taniego komiksu o superbohaterach.

Tikki zaśmiała się delikatnie.

- Prawda. Skąd jednak pierwszy twórca historii o bohaterach wziął swój pomysł? - spytała. - To właśnie dzięki nam i naszym podopiecznym powstały takie komiksy.

- No dobrze - powiedziała powoli dziewczyna, miętosząc poduszkę pomiędzy palcami. - Powiedzmy, że to wszystko zaakceptuję. Co to ma ze mną wspólnego i dlaczego mi to mówisz?

- To bardzo proste, Marinette - poważny wyraz twarzy Kwami, dał ciemnowłosej do zrozumienia, że dowie się teraz o najważniejszej sprawie w tym całym zamieszaniu. - Zostałaś wybrana na najnowszą posiadaczkę Kwami Biedronki.

To był zdecydowany koniec pojemności jej umysłu na nienaturalnie dziwne informacje tego dnia.

***

- Marinette!

Przy wynurzaniu się z ciemności towarzyszył jej piskliwy głos. Była pewna, że nie należał ani do jej matki, ani nie też nie przypominał niskiego basu ojca. Kto więc był w jej pokoju?

Dopiero po chwili przypomniało jej się wszystko o Kwami i Miraculum, a także o wiadomościach wieczoru oznajmionych z takim spokojem przez Tikki.

A więc to nie był sen.

Ale… ona niby miała zostać bohaterką? Jak? Dziewczyna, która jest w stanie zabić się schodząc rano z łóżka? Jak niby ktoś miałby jej zaufać? To wszystko było jednym, wielkim nieporozumieniem.

- Marinette! Jak dobrze! - zapiszczała Kwami, przytulając się do jej policzka. - Już myślałam, że się nie ockniesz!

- Która godzina? - zapytała ciemnowłosa, przecierając twarz ręką.

- Po jedenastej - poinformowała ją Tikki i usiadła obok na łóżku. - Jak się czujesz?

- Zdezorientowana - odpowiedziała zgodnie z prawdą Dupain-Cheng, podpierając się na łokciach i zapalając lampkę, stojącą niedaleko, a następnie biorąc butelkę z wodą. Miała wprawę z omdlewaniem, więc wiedziała co robić. - Ale tak to nawet się wyspałam. Wybacz, że tak nagle odleciałam. Chyba to było dla mnie za dużo.

- Nic się nie stało - uśmiech Kwami był niezwykle niewinny i zaraźliwy. - Ale musimy się teraz pośpieszyć, bo nienawidzę się spóźniać - zanim Marinette zdążyła zapytać o co jej chodzi z tym spóźnianiem, czerwona istotka zaczęła mówić dalej, skutecznie ją uciszając. - Ostatnie kilkaset lat główne Miracula pozostawały uśpione, ale jakiś czas temu okazało się, że jeden z naszych braci, Kwami Motyla, został skradziony. Mocą posiadacza Miraculum Motyla jest zdolność nadania komuś nieznacznej mocy, pomocnej w codziennym życiu. Niestety nie wiemy jak to będzie wyglądać w przypadku, gdy właściciel ma złe intencje. Na razie nic się nie dzieje, ale aktywność i poziom jego mocy rosną z dnia na dzień, więc nie mogliśmy dłużej czekać. Tak oto dochodzimy do momentu, w którym przejmujesz swoje Miraculum - podała jej małe pudełeczko, które zawierało śliczne, czarne, okrągłe kolczyki. - Załóż je - poleciła, a ciemnowłosa, nie mając innego wyjścia, wypełniła polecenie, słuchając jednocześnie dalszego tłumaczenia Tikki i starając się wszystko zapamiętać. - Ty, jako Biedronka, masz moc oczyszczania. Gdy się przemienisz, będziesz w posiadaniu magicznego jo-jo, które oczyszcza wszystko co spotka na swojej drodze. Każdy posiadacz jest również wyposażony w jednorazowy dodatek. W twoim przypadku jest to Szczęśliwy Traf. Po wypowiedzeniu tej formułki dostaniesz przedmiot, który w aktualnej sytuacji będzie ci najbardziej potrzebny. Musisz jednak pamiętać, że po tym jak go użyjesz zostanie ci tylko pięć minut do przemiany. Dodatki są bardzo męczące i nie dam rady dłużej utrzymywać w tobie mocy - dała Marinette chwilę na przetrawienie informacji. - Jest jeszcze jeden ruch, którego będziesz używać. Niezwykła Biedronka brzmi tandetnie, ale ma niezwykłe działanie. Mówiąc to jesteś w stanie naprawić wszystkie szkody jakie zostaną wyrządzone nienaturalnie. Przykładowo, jeśli będzie burza i złamie się drzewo to nic z tym nie zrobi, ale jeśli burza zostanie wywołana przez osobę opętaną przez posiadacza Miraculum Motyla szkody zostaną naprawione, jakby nic się nie stało.

- Myślę, że rozumiem - powiedziała wolno dziewczyna, podsumowując sobie wszystko w głowie.

- Czy biorąc to wszystko pod uwagę jesteś w stanie porzucić swoje dotychczasowe życie i spróbować uratować świat?

No właśnie. Czy była? Nie miała pojęcia, a najprawdopodobniej stanie i debatowanie w podjęciu decyzji jej nie pomoże. Zamknęła oczy, obawiając się skutków własnej decyzji.

- W jaki sposób mam się przemienić? - spytała, nie widząc szerokiego uśmiechu jaki pojawił się na twarzy Kwami. - I o co chodzi z tym spóźnianiem się?

- Wystarczy, że powiesz "Tikki, kropkuj!". Zostanę wtedy wessana do twoich kolczyków, więc się nie przestrasz, że zniknę. Będziesz miała trochę czasu, aby się przyzwyczaić do stroju i sposobu poruszania, ale o północy musimy być na Wieży Eiffla, bo mamy umówione spotkanie z twoim partnerem.

Partnerem. Dziewczyna kilka razy powtórzyła sobie w głowie to słowo, aż dotarło do niej jego znaczenie. Zaraz CO?!

- Jakim partnerem? - zapytała przerażona. Od razu przez myśl jej przeszło jak błaźni się przed kolejną osobą i potem do końca współpracy ten, a przynajmniej od razu założyła, że to chłopak, będzie się z niej śmiać, przez co ich wyniki stoczą się poniżej skali, a postać superbohatera stanie się pośmiewiskiem.

- Nie panikuj, Marinette - zaśmiała się Kwami, na widok jej miny. - Twoim partnerem będzie Czarny Kot. Z tego co wiem, jesteście mniej więcej w tym samym wieku. Najważniejsze w waszej relacji, poza umiejętnością współpracy, jest to, że nie możecie poznać swoich prawdziwych tożsamości. Względy bezpieczeństwa. Będzie to możliwe dopiero po tym, jak zaufacie sobie całkowicie, co pomiędzy ludźmi rzadko się zdarza, a także zdobędziecie doświadczenie.

- No dobrze - ciemnowłosa wzięła głęboki wdech, aby choć trochę się uspokoić i zeszła z łóżka, tym razem bez potknięcia. Uznała to za dobry znak. - Zaczynamy. Tikki, kropkuj!

Momentalnie, jej ręka powędrowała do oczu, zasłaniając je przed czerwonym blaskiem, który pokrył całe ciało, oślepiając ją na chwilę.

- O tym to mnie nie ostrzegła - mruknęła do siebie, pocierając powieki i starając się odgonić fioletowe plamki z pola widzenia. Gdy wreszcie widoczność była w miarę do przyjęcia, podeszła ostrożnie do lustra, wiedząc, że w każdej chwili może spotkać na swojej drodze najróżniejsze przeszkody, nawet jeśli wcześniej ich tam nie było. Zawsze uważała, że coś jest nie tak z tymi nagle pojawiającymi się rzeczami, tak jak ze znikającymi w praniu skarpetkami.

Skupiona na trasie łóżko-lustro, dopiero w połowie drogi zauważyła, że widzi zdecydowanie lepiej niż zazwyczaj, co prawdopodobnie było dodatkiem do stroju, na wypadek nocnych akcji ratowniczych. Nie miała zamiaru mieć z tego powodu pretensji.

- Nieźle - stwierdziła, oglądając się ze wszystkich stron. Jej długie, czarne włosy zostały magicznie uczesane w dwa warkocze, związane na dole czerwonymi kokardkami, za co była wdzięczna, bo nie dość, że została wyrwana z łóżka, nie pierwszy i prawdopodobnie nie ostatni raz, przez co jej czupryna wołała o natychmiastową pomoc, to zapewne takie uczesanie było o wiele wygodniejsze do walki niż szopa, z którą zazwyczaj chodzi. Zgodnie z oczekiwaniami, na twarzy miała maskę w biedronkowy wzór, taki, jak i cały jej strój, który okazał się obcisłym kombinezonem, w którego skład wchodziły także buty. Od razu zauważyła, że jego kolor strasznie rzuca się w oczy i na pewno, jeśli nie nauczy się ukrywać, będzie dobrze widoczna, gdziekolwiek się nie uda. Mogło to być dużą wadą przy akcjach, gdzie ważny był kamuflaż. Zastanawiało ją jedno. Jak w nim skorzystać z toalety?

W momencie, w którym ta myśl skończyła się tworzyć, zdziwiona własnym zachowaniem zorientowała się, że nieświadomie przyjęła swoją nową rolę, jako posiadacza Miraculum. Oczywiście nadal była tym wszystkim zszokowana i nie sądziła, że szybko się przyzwyczai, ale przynajmniej pogodziła się z myślą, że tak jest i tak będzie, i na pewno jej zdanie nie ma w tej całej sytuacji większego znaczenia.

Spojrzała na zegarek i z jej ust wydobył się cichy pisk. Zostało niecałe piętnaście minut żeby jakoś dostać się na szczyt Wieży Eiffla, a gdy ostatnio się tam wybierała to samo wejście na szczyt zajęło jej dwa razy tyle. Ten problem pociągnął za sobą inny. W jaki sposób ma wyjść z domu o tej godzinie, tak aby rodzice tego nie zauważyli? Nie było nawet takiej opcji żeby spróbowała się jakoś przedostać normalną drogą, bo jej mama miała naprawdę dobry słuch i dziewczyna była pewna, że usłyszy otwierane drzwi. Wzrok Marinette padł na jo-jo owinięte wokół jej bioder.

Bardzo lekkomyślnie zakładając, że wszystko jest możliwe, skoro istnieją małe stworzonka z magiczną biżuterią, przeszła na balkon i po przymknięciu drzwi stanęła przy barierce. Nigdy nie umiała bawić się jo-jo, co bardzo ją denerwowało, gdy tata pokazywał jej różne sztuczki jak była mała, lecz teraz, wykonując kilka z nich, stwierdziła, że to bardzo proste. Zaczynało jej się to coraz bardziej podobać.

- No dobra - mruknęła sama do siebie, mierząc wzrokiem najbliższy budynek i zauważając mały komin. Zakręciła zabawką tak szybko jak była w stanie i wycelowała, a przynajmniej taką miała nadzieję, w wystającą część dachu. Z ulgą zobaczyła, że sprzęt owija się wokół niego i, po kilku profilaktycznych pociągnięciach, uznała, że trzyma się na tyle stabilnie aby utrzymać jej ciężar. Weszła na poręcz i momentalnie poczuła się jakby cofnęła się do przedszkola, kiedy to rodzice zabrali ją do skromnej bawialni, gdzieś na południu Francji. Była tam jedna atrakcja, którą dziewczyna zapamiętała do dzisiaj. Duży basen pełen plastikowych kulek będący imitacją przepaści i zielone sznury, zwisające po obu jego stronach, jako liany, dzięki którym dzieci mogły przedostać się na jego drugą stronę. Problemem było w tym to, że jej nigdy się nie udało, co bardzo bawiło resztę bawiących się maluchów, a ją doprowadzało do wściekłości.

Nagła panika ogarnęła myśli ciemnowłosej i już miała zrezygnować z tego absurdalnego pomysłu, gdy przypomniała jej się twarz ojca, mówiącego do niej, żeby nigdy nie zapominała kim jest, zawsze wierzyła w siebie i swoje umiejętności, a, co najważniejsze, nie dawała za wygraną bez względu na wszystko.

Ta krótka retrospekcja sprawiła, że dziewczynie powróciła jako taka odwaga i, poprawiwszy dłonie trzymające cienką linkę, skoczyła do przodu z niemym krzykiem. Zapomniała nawet, że nie powinna zamykać oczu, jeśli chce odpowiednio wycelować w lądowisko, jednak najwyraźniej szczęście biedronek udzieliło się ich przedstawicielce, bo nie zdążyła mrugnąć, a już znajdowała się u celu i to w jednym kawałku, bez uszczerbków na zdrowiu. Niesamowicie tym zachęcona powtórzyła cały manewr i, ucieszona z tego, że tak szybko się uczy, chwilę później pędziła z oszałamiającą prędkością w kierunku symbolu Paryża.

Na miejsce spotkania, z czego również była dumna, dotarła przed czasem i usiadła wygodnie, opierając się o jedną z belek, podziwiając widok. Oświetlona tysiącami różnokolorowych świateł stolica Francji wyglądała oszałamiająco, a to, że jest jedną z niewielu, która kiedykolwiek zobaczy ją z tej perspektywy nadawało chwili szczególnego znaczenia.

Wraz z wybiciem dwunastej po jej prawej stronie wylądowała czarna postać. Zrobiła to tak cicho i niespodziewanie, że Marinette, pomimo tego, że siedziała, podskoczyła zaskoczona, prawie spadając z wieży. W ostatnim momencie została pochwycona przez gościa i wciągnięta na górę.

- Wybacz - powiedział chłopak, unosząc na nią wzrok, przez co miała idealny wzgląd na jego zielone, kocie oczy. - Nie jestem jeszcze przyzwyczajony do tego jak cicho potrafię się dzięki temu kostiumowi poruszać.

Ciemnowłosa dyskretnie zmierzyła go spojrzeniem od góry do dołu i narysowawszy sobie w myślach postać chłopaka, uśmiechnęła się do niego uspokajająco.

- Nic się nie stało. To też trochę moja wina. Za bardzo się zapatrzyłam - stwierdziła. - Ciężko oderwać wzrok od takiego widoku.

- Masz rację - zgodził się blondyn i wyciągnął rękę przed siebie. - Czarny Kot, do usług.

- Biedronka, miło mi - odpowiedziała z szerokim uśmiechem. - Liczę na owocną współpracę.