Actions

Work Header

You're a Mean One, Mister Barnes

Summary:

Times Square migotało wesoło setkami bilbordów informujących o świątecznych wyprzedażach, na wystawach sklepowych panowała niepodzielnie armia czerwonych brodaczy, a każdy choć odrobinę wystający element infrastruktury przyzdobiono bombkami, kokardkami i lampkami. Na dwa dni przed Bożym Narodzeniem trudno było nie czuć się jak bohater zimowej komedii romantycznej - chociaż James Buchanan Barnes miał raczej wrażenie, że odgrywa główną rolę w greckiej tragedii. Trzy akty. Dekoracje, prezenty, ból głowy.
Ale czego nie robi się z miłości... prawda?

Notes:

Dla mojego prywatnego Starka. Żeby przyszły rok był lepszy, wena łaskawsza, ludzie znośni, a wino magicznie pojawiało się w domu samo.

Work Text:

23 grudnia

 

Nowy Jork od lat nie widział takich ilości śniegu.
Prószyć zaczęło w okolicach Mikołajek. Zwykle bure ulice pokryły się nieśmiałym białym nalotem, wszystkie okoliczne kałuże zamieniły się w potencjalnie śmiertelne pułapki, a miasto ze znośnie zatłoczonego zamieniło się w niemożliwe do pokonania samochodem. Później było tylko gorzej.  
Specjaliści od prognozy pogody grzmieli na prawo i lewo o śnieżycach, programy śniadaniowe we wszystkich telewizjach zachwycały się cudem białych świąt, a zima hulała w najlepsze, pokrywając lodowatym puchem chodniki, ulice, drzewa i wszystko, co napotkała na swojej drodze.  
Times Square migotało wesoło setkami bilbordów informujących o świątecznych wyprzedażach, na wystawach sklepowych panowała niepodzielnie armia czerwonych brodaczy, a każdy choć odrobinę wystający element infrastruktury przyozdobiono bombkami, kokardkami i lampkami.
Na dwa dni przed Bożym Narodzeniem trudno było nie czuć się jak bohater zimowej komedii romantycznej - chociaż James Buchanan Barnes miał raczej wrażenie, że odgrywa główną rolę w greckiej tragedii. Trzy akty.
Dekoracje, prezenty, ból głowy.  

- Jeśli usłyszę jeszcze jedną piosenkę Mariah Carey, wyjdę na ulicę i wywołam zamieszki - wycedził przez zęby zasapany Bucky, podejmując próbę zaparcia się nogami o mokrą od topniejącego śniegu podłogę. Potężna jodła srebrna, która utknęła pomiędzy framugami drzwi, nie zamierzała mu w żaden sposób ułatwiać tego zadania. Donica wielkości słusznych rozmiarów biurowego kosza na śmieci ślizgała się z równym zapałem co podeszwy wojskowych butów Barnesa, a igły drzewka z piekła rodem wbijały się gdzie tylko mogły.  
- Jeśli takie jest pańskie życzenie, sierżancie Barnes, w repertuarze mam również Michaela Bublé - głos Jarvisa zabrzmiał w holu ze zwykłą dozą uprzejmości, ale Bucky wiedział, kiedy ktoś drwi z niego w biały dzień.  
- Moim życzeniem jest żebyś się... - zaczął, ale reszta jego wypowiedzi utonęła w rabanie, jaki stworzyć mogła jedynie dwumetrowa choinka przewracająca się z impetem na podłogę i uposażony w metalowe ramię mężczyzna, który runął zaraz za nią, gdy drzewko postanowiło wreszcie przestać walczyć z nieuniknionym.  
- Przynajmniej jest w środku - skwitował Jarvis.  
Z głośnika popłynęły wesołe nuty "Let it Snow", a Barnes jęknął, wystawiając środkowy palec do kamery.  
Naprawdę nie wiedział jakim cudem dał się wmanewrować w ten cały burdel. A zaczęło się przecież niewinnie.  

Na początku był tylko on i Tony; Boże Narodzenie w tym roku należało do Pepper, więc to ona i Rhodey mieli martwić się utrzymaniem magii świąt w życiu małej Morgan. Clint i Pietro, mimo wyraźnych wykrętów tego drugiego, jechali do rodziny Bartona. Natasza i Wanda wciąż przebywały na misji, diabli jedni wiedzieli tylko gdzie, a Steve obiecał pomagać w jadłodajni dla bezdomnych głównie po to, by unikać Strange'a - ich relacji Barnes wciąż do końca nie rozumiał i prawdę powiedziawszy chyba wcale zrozumieć nie chciał. Najważniejsze było, że Rogers zaciągnął ze sobą Parkera.  
I kiedy wydawało się już, że wszystko zostało ustalone, Matka Natura postanowiła kolejny raz przypomnieć światu, że poszanowanie dla cudzych planów jest jej zwyczajnie nie po drodze. Niewinne opady zamieniły się w regularne śnieżyce, a miasto - i wszystkie drogi wyjazdowe - zostało kompletnie zasypane.   
James do tej pory nie był do końca pewny kto wpadł na pomysł zorganizowania przyjęcia świątecznego w Avengers Tower ("musimy myśleć o dzieciakach"), ale w duszy przeklinał tego delikwenta z uporem godnym lepszej sprawy.  
Nie chodziło nawet o to, że Bucky nie lubił świąt. Nie miał też nic przeciwko obecności Morgan, którą od początku związku ze Starkiem traktował jak własną córkę. Nie chodziło również o Petera, przybranego syna jego partnera i jego byłej żony, który stanowił naturalne dopełnienie ich patchworkowej rodziny. Nie.
Chodziło raczej o to, że James Buchanan Barnes nie był fanem nagłych zmian, a od nagłych zmian jeszcze mniej lubił, gdy krzyżowano mu plany.   
W myślach snuł już marzenia o jedzeniu pizzy w łóżku, uprawianiu leniwego seksu do odgłosów Szklanej Pułapki lecącej w tle i ograniczeniu garderoby do koca, w którym można było schować się przed całym światem.  
Zamiast tego czekały go święta z ludźmi, których nie planował oglądać przynajmniej do Sylwestra.   
Przymknął oczy, czując jak topniejący śnieg przebija się przez materiał jeansów. Wilgoć na przemarzniętej skórze posłała nieprzyjemny dreszcz wzdłuż kręgosłupa i Barnes zdecydował wreszcie, że leżenie na podłodze nie jest najlepszym pomysłem.
Nim jednak zdobył się na tytaniczny wysiłek, którym było w tej chwili podjęcie próby podniesienia się na nogi, świat zawirował.  
Coś z niebywałym impetem poderwało go do góry, szarpnęło niespodziewanie za klapy skórzanej pilotki, owiało gorącym powietrzem i zakręciło w miejscu tak, że zbuntowany żołądek niemal zwrócił kubek gorzkiej kawy, którą Bucky wlał w siebie pół godziny wcześniej. Gdy otworzył oczy, czując nieprzyjemne zawroty głowy, pierwszym co ujrzał był szeroki uśmiech na twarzy Pietro.  
- Barnes, to chyba dobry moment, żeby ci powiedzieć, że aniołki robi się na śniegu, a nie na zabłoconej podłodze, co? Aleś mokry, stary. Rzuciłem twoją kurtkę na kaloryfer, nie ma za co – angielski z silnym wschodnim akcentem brzmiał wesoło i przyjaźnie. Pięść, którą Bucky posłał w kierunku nosa Pietro nie była ani odrobinę przyjazna.  
- Zrób to jeszcze raz bez wyraźnej zgody, a następnym razem użyję drugiej ręki - warknął zdławionym głosem, próbując zapanować nad mdłościami.   
Maximoff, nie pierwszy raz zresztą wzięty z zaskoczenia przez nadludzką szybkość, którą James zawdzięczał super serum, jęknął głucho.  
- Jesteś prawdziwym przyjemniaczkiem, wiesz? - posłał brunetowi obrażone spojrzenie, delikatnie dotykając nosa u nasady by sprawdzić, czy jest złamany.  
- Cóż mogę rzec, Maximoff. Przepełnia mnie duch świąt - Barnes wzdrygnął się niekontrolowanie, niczym pies, próbując strzepnąć z siebie elektryzujące wrażenie jakie pozostawiało na skórze poruszanie się z prędkością światła. Może dla Pietro było to naturalne niczym oddychanie, ale młody mężczyzna zapominał, że nie wszyscy w jego otoczeniu byli do tego tak przyzwyczajeni.  
- Święta to czas okazywania dobrej woli!  
- Mogłem zabić, nie?  
Pietro wymamrotał coś w języku, który zdecydowanie nie był angielskim. Bucky otwierał usta by odpowiedzieć, ale ubiegł go Barton.  
- Wiesz, że on cię rozumie, nie? - głos Clinta, który bezszelestnie pojawił się w holu, przepełniało rozbawienie - Znajomość kilkudziesięciu języków to tylko jedna z jego wielu wad. Cześć, Jamie - dodał, poklepując Barnesa po ramieniu.
Ten uśmiechnął się tylko krzywo.  
- Powiedział człowiek, który nawet dziecku nie da wygrać w lotki - odparł, unosząc brew, a potem spojrzał na wciąż zaściełającą podłogę choinkę.  
- Nie wierzę, że dałem się w to wrobić. Powinniście wszyscy siedzieć gdzieś w zaspach - stwierdził kwaśno schylając się, by chwycić drzewko metalową dłonią i postawić je do pionu. Przyjrzał mu się uważnie, oceniając czy odniosło straty, których nie dałoby się zakryć kilometrem tandetnego łańcucha. Chwilę później jego wzrok zaczął wędrować od twarzy Clinta do wciąż skrzywionego oblicza Pietro.  
- Nie mieliście przypadkiem pomagać w kuchni?  
- Mieliśmy - Barton wzruszył ramionami i zerknął w kierunku wspomnianego pomieszczenia - Szło nam całkiem nieźle, dopóki Pietro trzy razy nie zamienił bitej śmietany w masło. Później Pepper nie spodobało się, że uczę Morgan rzucać szpikulcami od szaszłyków do celu. Nie wiem, czy problemem było to, że były ostre, czy to, że celowaliśmy w indyka. W każdym razie zostaliśmy bezrobotni.  
Bucky potarł z zadowoleniem dłonie po czym, jak gdyby nigdy nic, wyminął drzewko ruszając w kierunku schodów.  
- Świetnie. Choinka ma stać w rogu pomiędzy kominkiem, a barem. Nie przesadzajcie z łańcuchami, bo nie widać spod nich bombek. I żadnej jemioły. Nie obchodzi mnie, że to tradycja, możecie się obściskiwać w czasie wolnym - rzucił na odchodne, nie czekając na reakcję reszty kompanii. 

 ***

Na klatce schodowej było ciemno, ale Bucky nie zawracał sobie głowy czymś tak trywialnym, jak zapalanie światła. Znał te stopnie na pamięć. W ciągu ostatnich kilku lat pokonywał je niezliczoną ilość razy. Najpierw ostrożnie, z wahaniem, nie wiedząc czy jego obecność w pracowni Starka będzie mile widziana. Później nieco śmielej, z duszą na ramieniu, gdy wiedział już, że Tony nie pośle w niego ładunku z repulsora. Wreszcie zaczął pojawiać się w owianym legendą laboratorium zupełnie tak, jakby należało do niego - choć wciąż przy drzwiach pytał Jarvisa, czy pora jest odpowiednia, a "pan Stark" na pewno nie usiłuje właśnie zsyntezować nowego pierwiastka, czy rozwiązać problemu głodu na świecie. Mimo tylu lat spędzonych u jego boku, Barnes wciąż starał się szanować granice swojego partnera i pielęgnować jego prawo do prywatności, za co Tony odwdzięczał mu się tym samym. 
Zatrzymał się przy chronionych skanerem drzwiach i odchrząknął, próbując zdobyć uwagę Jarvisa.  
- Tak, sierżancie? - sztuczna inteligencja zamigotała diodami na panelu sterującym, wygrywając świąteczną melodyjkę.  
- Otwórz drzwi. Proszę - burknął krótko Bucky, zatrzymując w przełyku cisnące mu się na usta przekleństwo, a gdy program wykonał jego polecenie, rzucił złowrogie spojrzenie w stronę kamery.  
- Jarvis?  
- Słucham, panie Barnes.  
- Jeszcze jedna nuta na jakąkolwiek świąteczną modłę, a odłączę cię od zasilania - oznajmił spokojnym tonem, a później bez wahania przekroczył próg pracowni Tony'ego, nie czekając na ripostę. Głównie dlatego, że nie spodziewał się wygrać słownej potyczki z Jarvisem. Elokwencję odziedziczył po swoim stwórcy, a jeśli była jedna rzecz, w której Anthony Stark był niekwestionowanym mistrzem, była nią umiejętność posługiwania się uprzejmą - lub też nie - retoryką z precyzją snajpera. 

Nie zdziwiło go to, że Tony schował się pracowni. Był wprawdzie duszą towarzystwa, ale uwielbiał również zjawiać się na gotowe - co było jedną z niewielu rzeczy, jakie frustrowały w jego osobie właściwie wszystkich jego bliskich. Nie wyłączając z tego Barnesa. 
Może nawet wykrzesałby z siebie odrobinę irytacji. Może zdołałby kąśliwie zwrócić kochankowi uwagę. Problem polegał na tym, że poczułby się lepiej tylko na chwilę, a później blask urazy i rozczarowania w brązowych oczach Starka odebrałby mu oddech. Nie wspominając już o tym, że obiecał sobie nigdy więcej go nie zranić. To zadanie było wystarczająco trudne i bez zachowywania się jak ostatni dupek.
Nawet jeśli Tony był w tym piekielnie dobry.
- Kiepski byłby z ciebie elf, wiesz? - rzucił na powitanie, ale pod warstwą uszczypliwości bez problemu można było odnaleźć bezgraniczną czułość. Spokojnym krokiem podszedł do zgarbionego nad stołem Tony'ego i oplótł go ramionami w talii, chowając twarz w szyi partnera. Przymknął na moment oczy, wdychając głęboko zapach jego skóry, perfum i czegoś, co mogło być smarem silnikowym, sądząc po plamach na dłoniach Starka, a potem musnął ustami skroń młodszego w przelotnej pieszczocie.
- Wiem. Dlatego jestem Mikołajem - Tony roześmiał się w sposób, który zawsze sprawiał, że James na chwilę tracił kontakt z rzeczywistością, a później odwrócił głowę, szukając ustami jego ust. Pocałunek był leniwy, smakował kawą i cukrowymi laskami, których pokaźny stos leżał w szklanej misce po lewej stronie blatu. Większy był tylko stos papierków po wspomnianych cukierkach, walających się gdzie popadnie, ale Bucky dostrzegł je dopiero po dłuższej chwili, łapiąc oddech, gdy usta Tony'ego znalazły się poza zasięgiem jego własnych.  
- Mikołajem też jesteś kiepskim. Nie widzę czerwonego wdzianka i długiej brody - parsknął, przyciągając sobie krzesło i opadając na nie z westchnieniem ulgi. Był na nogach od rana, a lista rzeczy, które wciąż trzeba było zrobić, wcale nie zmalała.  
- Broda nie podlega żadnej dyskusji, ale czerwone wdzianko... - Tony sugestywnie uniósł brew, a James spojrzał na niego z rozbawieniem.  
- Nie wiem, czy mnie to kręci. Ciebie tak?  
- Normalnie powiedziałbym nie, ale jestem w okolicach czternastej cukrowej laski. Moje zdolności do oceny sytuacji mogą być zaburzone - Stark wzruszył ramionami, starając się zachować poważną minę, a Bucky potarł twarz dłonią, by ukryć mieszankę zażenowania i wesołości, które toczyły właśnie walkę o dominację nad jego mimiką.  
By odwrócić od siebie natarczywe myśli o Tonym ubranym w strój Mikołaja przeznaczony jedynie dla oczu osób z prawem do głosowania, potoczył wzrokiem po warsztacie.  
- Co ty tu właściwie robisz? - spytał, chwytając kochanka za szlufkę w spodniach i przyciągając go do siebie bliżej razem z krzesłem na kółkach, na którym musiał już tkwić od paru godzin. Palce Bucky'ego odnalazły krawędź ciemnoniebieskiego, kaszmirowego swetra, który Tony miał na sobie i wsunęły się pod niego śmiało, by rozpocząć leniwe zataczanie kręgów na żebrach mężczyzny.  
- Programuję światełka na tarasie - głos Starka załamał się na krótki moment, gdy starszy nachylił się w stronę jego szyi, wyznaczając ciąg leniwych pocałunków w kierunku ucha.  
- Tak? A co takiego mają robić? - Barnes uśmiechnął się z pewną satysfakcją, czując dreszcz przeszywający ciało drugiego mężczyzny. Nie mógł być mniej zainteresowany piekielnymi światełkami, ale coś mu mówiło, że za minutę obaj będą mieli je głęboko w poważaniu w równym stopniu. Zamruczał cicho, naciągając krawędź swetra Tony'ego wolną dłonią, by zostawić ślady zębów na delikatnej skórze w miejscu, w którym szyja łączyła się z ramieniem.
- Morgan chciała, żeby mrugały w rytm kolęd... Jamie? Co ty robisz? - Stark zamrugał gwałtownie, gdy Barnes odsunął się od niego jak oparzony i bez słowa ruszył w stronę drzwi wyjściowych.
Był już w połowie schodów, gdy usłyszał, jak panel sterujący zabezpieczeniami warsztatu wygrywa radośnie "Last Christmas".

 

24 grudnia

W łóżku znalazł się grubo po północy, sprawdzając uprzednio czy wszystkie dekoracje trafiły na należne im miejsce. Ku jego uldze, Clint i Pietro nie zdołali zaminować jemiołą całej wieży. Upewnił się również czy Pepper nie potrzebuje pomocy w kuchni, a później przez pół godziny układał do snu Morgan, która - idąc w ślady ojca - zdecydowanie przesadziła z ilością spożytego w ciągu dnia cukru. Gdy wreszcie zapadła w głęboki sen, obejmując drobnymi ramionami wielkiego, pluszowego Hulka, James odetchnął z ulgą i na palcach opuścił pokój dziewczynki, pamiętając, by zostawić przy jej łóżku zapaloną lampkę. 
Nie był zdziwiony, gdy nie zastał w sypialni Tony'ego. Jego kochanek funkcjonował jak sowa, twierdząc, że noc sprzyja kreatywności. James nie zamierzał się z tym kłócić, ale nie planował również zarywać nocy w oczekiwaniu na młodszego mężczyznę. 
Zasnął niemal w tym samym momencie, w którym jego głowa dotknęła poduszki.

Obudziły go krzyki. 
Na początku udawało mu się je skutecznie ignorować, ale z czasem zdał sobie sprawę, że to nie jeden z dręczących go koszmarów - a przynajmniej nie ten senny. Ten dział się na jawie, a jego główną gwiazdą, sądząc po częstotliwości dźwięków, jakie wwiercały się w czaszkę Jamesa, była Morgan. 
Bucky przewrócił się na plecy i potarł palcami oczy, walcząc z chęcią zakrycia głowy poduszką. Poczucie odpowiedzialności i instynkt opiekuńczy zwyciężyły.  
Zerwał się z łóżka i chwilę później był już w drzwiach, klnąc pod nosem na zbyt krótkie nogawki spodni, które musiały należeć do Tony'ego, bo opinały mu się na biodrach jak druga skóra. Pomiędzy jednym stopniem, a drugim wciągnął przez głowę bluzę, a gdy znalazł się w progu kuchni, z której dobiegał hałas, był już całkiem rozbudzony. Obrzucił pomieszczenie uważnym spojrzeniem, oceniając straty, a potem westchnął głęboko.
Podłoga bieliła się od mąki, której sypka warstwa pokrywała większość blatów i sprzętów kuchennych. Skorupki od jajek i same jajka znajdowały się w najdziwniejszych miejscach, miód smętnie kapał z przewróconego słoika, a wszystko wokół pachniało cynamonem i goździkami. Bucky był w pewnym sensie wdzięczny, że nie spalenizną.
- Nie możesz tego zrobić! - Morgan, czerwona na twarzy, wymachiwała łyżką upaćkaną czymś, co prawdopodobnie było lukrem, w stronę Petera. Siedmiolatka miała zaciętą minę i James nie wątpił, że za chwilę przejdzie od gróźb do czynów.
- Ale pierniczki można dekorować na wiele sposobów! - dwunastoletni chłopiec stojący po drugiej stronie kuchennej wyspy uniósł dłonie w oburzonym geście. Włosy miał w nieładzie, koszulkę poplamioną, a na twarzy determinację, jakiej Bucky nie widział u niego chyba nigdy.
- Ale nie w taki!
- Ale dlaczego?!
- Bo tak nie można. A jak tak zrobisz to... To powiem mamie -
Barnes odetchnął głęboko.
Oto on. Argument zbijający wszystkie argumenty.
"Powiem mamie".
- Tak? To ja powiem tacie! 
- Tata boi się mamy. Nawet Jamie boi się mamy - zaperzyła się dziewczynka, a Bucky skrzywił się nieznacznie. Morgan, czy im się to podobało czy nie, miała rację. Były żołnierz widział w życiu wiele przerażających rzeczy, ale nic nie wzbudzało w jego sercu takiej grozy, jak wściekła Virginia Potts.
- Jamie nie boi się niczego - skłamał gładko, wchodząc do kuchi z ramionami skrzyżowanymi na klatce piersiowej - A teraz czy ktoś może mi powiedzieć co tu się wyprawia?
Dopiero teraz zauważył Pietro, przywiązanego do kuchennego krzesła szeleszczącymi świątecznymi łańcuchami. 
- Na swoją obronę mam tylko tyle, że... właściwie nie mam nic - powiedział, posyłając Barnesowi udręczone spojrzenie. 
James przez chwilę kontemplował sytuację, swoje życiowe wybory i opcje godne rozważenia, jak na przykład przeprowadzka do Wakandy. Potem odetchnął głęboko i podszedł do dzbanka ze świeżą kawą, którą Jarvis parzył każdego poranka. Napełnił kubek dwa razy, dwukrotnie opróżniając go do dna, a później bez słowa podszedł do Pietro, jednym szarpnięciem metalowego ramienia uwalniając go z błyszczących pęt.
- Po pierwsze, mogłeś to zrobić sam, po prostu ci się nie chciało - powiedział, rzucając Quicksilverowi groźne spojrzenie - Po drugie, argument oparty na donoszeniu jest naprawdę w złym stylu - zwrócił się do Petera i Morgan, którzy wciąż sztyletowali się wzrokiem ponad kuchenną wyspą.
- A po trzecie, gdzie są wszyscy dorośli? I nie, Pietro, ty się nie liczysz.
- Mama, tata, Rhodey i wujek Clint pojechali po prez... pomóc Świętemu Mikołajowi - Peter zreflektował się w porę, zezując w stronę Bucky'ego parą brązowych, wielkich jak u łani oczu.
- I zostawili was samych z wujkiem Pietro? - spytał James powątpiewającym tonem, a Maximoff prychnął za jego plecami.
- Był z nami wujek Steve. Ale potem przyszedł wujek Stephen i wujek Steve chyba źle się poczuł, bo zrobił się o, taki biały, jak mąka. A potem zrobił się czerwony, kiedy wujek Stephen poluzował mu kołnierzyk w koszuli. Wiesz, żeby mógł lepiej oddychać. Ale to chyba nie pomogło, więc wyszli jakąś chwilę temu. Chyba poszli na piętro - Peter wzruszył ramionami, a James przewrócił oczami i przez moment pocierając palcami skronie, stał w milczeniu pośrodku zdemolowanej kuchni.
- Rozumiem - powiedział wreszcie, opierając dłoń na biodrze - Pójdę sprawdzić, co się tam dzieje, a wujek Pietro pomoże wam posprzątać. Kiedy wrócę, wszystko ma tu błyszczeć, jasne? I nie, Maximoff, nie możesz ich wyręczyć. Będę wiedział - dodał, posyłając mrugającemu do Petera Pietro srogie spojrzenie.
- A skoro już przy tym jesteśmy, to o co właściwie poszło? - spytał jeszcze, już w drzwiach, patrząc jak jego przybrane dzieci zabierają się mozolnie za zwalczanie bałaganu, do którego same doprowadziły.
- Morgan nie pozwala mi udekorować pierniczków - powiedział smętnie Peter, wyrzucając skorupki od jajek do kosza.
- Bo pomysł Petera był głu... Niemądry - zapewniła gorąco dziewczynka, a choć James wiedział, że nie powinien pytać, ciekawość była silniejsza.
- Co malowałeś na tych pierniczkach?
- Zombie.

***

Bucky nie chciał wiedzieć co łączyło Steve'a i Strange'a. Dawno zdecydował już, że mieszanie się w bujne życie uczuciowe przyjaiciela nie wychodzi mu na dobre - począwszy od jego własnej siostry, która za czasów swojego związku z Kapitanem-Pożal-Się-Boże-Ameryką rozcięła mu łuk brwiowy talerzem, którym cisnęła w Rogersa, przez Peggy Carter, która niemal go udusiła, gdy próbował prowadzić między nimi mediacje, na Thorze, będącym ostatnim podbojem Steve'a kończąc. Asgardzką wódkę, do picia której nakłonił go nordycki bóg po rozstaniu z Kapitanem Bucky pamiętał do dziś, a samo jej wspomnienie sprawiało, że chciało mu się rzygać. Podjął więc dorosłą decyzję - w pełnej zgodzie ze swoim instynktem samozachowawczym - że wkładanie palców między te konkretne drzwi nie jest zdrowe. Właśnie dlatego, gdy Strange i Rogers rozpoczęli dziwny taniec polegający na spędzaniu ze sobą całych dni i unikaniu się na przemiennie, Barnes strategicznie nie zadawał żadnych pytań. 
Wszystko wskazywało jednak na to, że ostrożność właśnie ugryzła go w tyłek, bo oto stał przed drzwiami do pokoju Rogersa, nie bardzo wiedząc co zastanie w środku. Zatrzymał się i przez chwilę zawahał, trzymając dłoń na klamce. Ostatecznie jednak wziął głęboki wdech i bez pukania wszedł do środka, doskonale wiedząc, że zapewne tego pożałuje.
Nie, żeby Narodowy Tyłek Ameryki nie był widokiem godnym podziwiania. Bucky nie był jednak pewny, czy takie same uczucia żywił do drugiego tyłka, który znajdował się w jego towarzystwie.
- Wiecie, normalnie nie powiedziałbym nic - odezwał się, wkładając dłonie do kieszeni spodni i obserwując z pewnym rozbawieniem, jak Strange w popłochu odsuwa się od Steve'a i w takim samym popłochu usiłuje zasłonić się prześcieradłem - Gdyby nie to, że jestem monogamistą w związku z fantastycznym facetem, może nawet bym popatrzył. Ale na litość boską, na dole są dzieci. Moglibyście chociaż zamknąć drzwi - parsknął, a gdy jego spojrzenie napotkało szeroko otwarte oczy Rogersa, uniósł jedną z brwi.
Steve wydał z siebie dźwięk, który przy dobrych chęciach można było określić jako burknięcie, ale miał na tyle wstydu, żeby najpierw pociągnąć zsunięte do kolan spodnie. Jego twarz poczerwieniała gwałtownie.
- Matka nie nauczyła cię pukać, Buck? - warknął zdławionym głosem, szarpiąc się z klamrą paska. Strange zdecydował najwyraźniej, że teraz nie ma już sensu się krygować i odrzucił prześcieradło. Pierwszy szok minął, więc czarnoksiężnik sięgnął po własne spodnie dużo spokojniej, choć jego twarz wciąż miała niebywale głupi wyraz.
- Była zbyt zajęta piciem. Twoja matka nauczyła mnie za to podstawowej przyzwoitości. Wygląda na to, że jeden z nas nie słuchał - odparł Barnes, bez żadnych skrupułów wwiercając się spojrzeniem w bordowe oblicze przyjaciela z dzieciństwa.
- Nie mieszaj w to mojej matki, Barnes - oddech Kapitana wrócił do normy, a wraz z nim najwyraźniej wróciła mu również umiejętność wyciągania sensownych wniosków, bo zreflektował się po krótkiej chwili - Coś się stało?
Bucky parsknął, opierając się plecami o drzwi.
- Nie, skądże znowu. Peter i Morgan niemal roznieśli kuchnię i siebie przy okazji, a Pietro padł ofiarą zbrodni wojennej i skończył przywiązany do krzesła. Poza tym żadnych sensacji - odparł, z przyjemnością obserwując jak Steve otwiera i zamyka usta niczym wyjęta z wody ryba.
- Pietro został... Co zrobili?! Nie było nas góra piętnaście minut!
- Aha. I w ciągu tych piętnastu minut na dole rozgorzała wojna domowa. Myślałem, że twoim zadaniem jest zapobieganie konfliktom, a nie odwracanie wzroku od potencjalnej katastrofy - James przekrzywił głowę, pozwalając by na jego ustach pojawił się złośliwy uśmiech. 
Nie był nawet zły. Był zmęczony i czuł, że dawka kofeiny, którą przyjął zaledwie kilka chwil wcześniej może nie być wystarczająca, by pomóc mu przetrwać ten dzień.
- Cholera, Bucky. Przepraszam. My...
- Jakoś tak wyszło, sierżancie - Stephen odzyskał wreszcie głos, a jego spojrzenie skrzyżowało się z błękitnymi oczami Barnesa. 
- Widzisz, w kuchni była jemioła i...
Bucky jęknął.
- Ile wy macie lat?! Piętnaście?! Jemioła. Kurwa mać. 
Może zamierzał dodać coś więcej, ale z głośników, które znajdowały się w całej mieszkalnej części budynku popłynęło energiczne "Rocking Around The Christmas Tree". Barnes zacisnął usta w wąską kreskę, a potem szarpnął za klamkę i wypadł na korytarz.
- Jarvis! Przysięgam, choćbym miał wykręcić korki w całej dzielnicy, odłączę cię od prądu!

 

25 grudnia

Salon tętnił życiem.
Piękna choinka mieniła się setkami światełek, które figlarnie migotały pomiędzy delikatnymi bombkami i ręcznie zrobionymi przez dzieci ozdobami. Pod najniższymi gałęziami schronienie znalazła armia prezentów, z których część została już rozpakowana, odpowiednio skomentowana i wdrożona do użytku. Stół stojący w centralnej części salonu uginał się od świątecznych potraw, w powietrzu pachniało cytrusami, cynamonem i czekoladą, a zaprogramowane przez Tony'ego lampki migotały na tarasie w rytm świątecznych przebojów.
Natasza i Wanda, którym udało się złapać ostatni samolot do Nowego Jorku, leżały na miękkim dywanie i układały puzzle, które Morgan znalazła pod choinką. Clint i Rhodey dyskutowali żywo o potencjale, jakie niosło wdrożenie nanobotów w działania tajnych wywiadów na świecie. Pietro i Peter grali w pokera przy stole - gdy chłopiec nie patrzył, Maximoff podmieniał jego karty na lepsze i udawał zrozpaczonego, gdy kolejny raz przegrywał. Pepper z nogami podwiniętymi pod siebie, siedziała wygodnie rozparta na kanapie i popijała ajerkoniak, leniwie przysłuchując się rozmowie, jaką Rogers toczył ze Stephenem. Nawet Jarvis wtrącał od czasu do czasu swoje trzy grosze, zabawiając gości faktami dotyczącymi Bożego Narodzenia i tradycji z nim związanych.
- Całkiem zgrabnie nam to wyszło, nie sądzisz?
Ramiona Tony'ego owinęły się wokół talii Bucky'ego, a ten burknął coś tylko w odpowiedzi, pociągając solidny łyk grzanego wina z eleganckiego kieliszka. Od dłuższej chwili stał przy barze, wspierając się łokciem o blat i obserwując sielankowy obrazek, którego stworzenie zjadło mu w ciągu ostatnich dwóch dni ostatnie pokłady cierpliwości. Był tak wyczerpany, że nie miał nawet siły protestować, gdy Peter i Morgan zmuszali go do założenia świątecznego swetra - teraz za każdym razem, gdy szedł do łazienki, z odbicia w lustrze krzywiła się do niego szydercza twarz Grincha.
- Jamie? Wszystko w porządku? - głos Starka wybrzmiał miękko tuż przy jego uchu, gdy mężczyzna oparł brodę na ramieniu partnera, obejmując go mocniej.
- Jesteś pewny, że nie mogę wystrzelać kolędników z sąsiedztwa? Wcale nie śpiewają jakoś ładnie - spytał kwaśno, zerkając na kochanka. Miał na głowie czapkę Mikołaja, która podzwaniała wesoło za każdym razem, gdy się poruszył.
Młodszy parsknął śmiechem.
- Jestem pewny. Chodź, zmywamy się stąd, dopóki nikt nie patrzy - mruknął, odsuwając się i chwytając Bucky'ego za dłoń. Splótł ich palce w mocnym, pewnym uścisku, a następnie pociągnął bruneta w kierunku drzwi, upewniając się, że reszta towarzystwa jest zajęta sobą.
- Jeśli Pietro doleje wódki do ponczu, nie biorę za to odpowiedzialności - prychnął Barnes, który kilka godzin wcześniej przyłapał gorszą połówkę Clinta na próbie sabotowania bezalkoholowego, świątecznego napoju. Nie protestował jednak, posłusznie wychodząc za Starkiem na korytarz.
- Gdzie ty mnie...
- Cicho. Zaufaj mi, dobra? Czy kiedyś wyszło ci to na złe? - Tony uśmiechnął się krzywo, a potem pokręcił głową - Nie odpowiadaj. Po prostu chodź. Mam dla ciebie prezent - skwitował, popychając kochanka w stronę schodów.
Bucky, obecnie bardzo sceptycznie nastawiony do wszystkiego, co miało jakikolwiek związek ze świętami, odetchnął tylko głęboko i noga za nogą powlókł się na górę, obiecując sobie w duchu, że w przyszłym roku polecą na Malediwy.

Nie wiedział czego się spodziewać, drgnął więc z zaskoczenia, gdy Tony zatrzasnął za nimi drzwi i bez słowa przycisnął usta do jego własnych, zachłannym pocałunkiem odbierając Barnesowi nie tylko oddech, ale również zdolność do logicznego myślenia. W ostatnim przytomnym odruchu na oślep sięgnął palcami do zamka, gwałtownie przekręcając klucz.
Stark smakował kawą i winem, jego skóra pachniała cynamonem i mocną wodą kolońską. Jego palce niecierpliwie wędrowały po plecach Bucky'ego, a wargi rozpoczęły chaotyczną drogę wzdłuż szczęki, kierując się ku wrażliwej szyi i temu pulsującemu miejscu tuż za uchem. Barnes jęknął bezwiednie, a potem warknął cicho, gdy przytomność powróciła do jego umysłu z pełną mocą.
Chwycił kochanka za nadgarstki i jednym zgrabnym ruchem uwięził je w uścisku metalowych palców nad głową Tony'ego. Przyciskając go do drzwi, drugą dłonią odnajdując gardło młodszego mężczyzny. Czując jak wstrzymuje oddech, uśmiechnął się krzywo.
- Teraz ci się zebrało? Nie masz żadnych lampek do zaprogramowania? - spytał cicho, muskając ustami płatek ucha Starka. 
- Ten sweter z Grinchem naprawdę ci pasuje - wydyszał Tony, czując jak dreszcz podekscytowania prześlizguje się wzdłuż jego kręgosłupa, podnosząc włoski na karku i zwijając żołądek w ciasny supeł - Jak to szło? You're a Mean One, Mister Barnes.
James uśmiechnął się w odpowiedzi.
- Nawet nie ma pan pojęcia, panie Stark - odparł, zdejmując dłoń z gardła partnera jedynie po to, by bezceremonialnie sięgnąć do paska w jego spodniach. Uporawszy się z klamrą, wyszarpnął koszulę ze spodni Tony'ego, wsuwając pod nią chłodne palce. Mężczyzna syknął, gdy sięgnęły do sutka, trącając go zaczepnie. Drażniąc, prowokując, oferując przyjemność, ale nie ukojenie.
Bucky dotykał go pewnie, bezczelnie niemal, docierając do wszystkich tych rozkosznych punktów, których pieszczenie sprawiało, że Tony wił się w uścisku jego dłoni. Nie miał żadnych szans z protezą, ale to nie przeszkadzało mu w podejmowaniu prób ucieczki przed parzącym dotykiem. Jego oddech przyspieszył, a źrenice najbardziej czekoladowych oczu, jakie Bucky w życiu widział, rozszerzyły się wyraźnie. Obserwował go spod przymrużonych powiek, a jakaś część jego umysłu wciąż nie mogła uwierzyć, że ten piękny, genialny mężczyzna należy do niego. W tych i innych sytuacjach.
Jego skóra parzyła, a rozchylone w głuchym jęku usta prosiły o kolejny pocałunek. Barnes nie zamierzał im się opierać; uwolnił dłonie partnera z uścisku metalowych palców, sięgając po pieszczotę, której w tym momencie oboje wyczekiwali z takim samym utęsknieniem. Oderwał się od Starka tylko na chwilę, by ściągnąć przez głowę ten niedorzeczny sweter i znów łapczywie przywarł do jego ciała, odrywając je od drzwi i na oślep kierując w stronę łóżka. Zmęczenie, które odczuwał w ciągu ostatnich dni. odpływało w niepamięć z każdą kolejną częścią garderoby, jaka zaściełała miękki, kobaltowy dywan. Frustracja, którą budowały uporczywie świąteczne przygotowania odchodziła z każdym fragmentem odkrytej skóry, której mógł dotknąć, do której mógł przycisnąć usta, a której właściciel reagował na darowane mu pieszczoty tak entuzjastycznie i chętnie. I nie pozostawał przy tym bierny.
Palce Tony'ego przesuwały się po szerokich plecach Bucky'ego, zostawiając na nich czerwone ślady po paznokciach. Na łapczywe pocałunki odpowiadał jękiem, na ugryzienie u podstawy szyi szarpnięciem za włosy. Gdy runęli wreszcie w pościel, przyjął przyjemny ciężar ciała drugiego mężczyzny, oplatając nogami jego biodra i przyciskając go do siebie tak mocno, jak tylko było to fizycznie możliwe.
- Kocham cię - zamruczał, odnajdując spojrzenie Barnesa w półmroku panującym w sypialni. Były żołnierz uśmiechnął się z przekąsem, unosząc się na dłoni by stworzyć nieco przestrzeni między ich ciałami. Metalowa proteza prześlizgnęła się po brzuchu Tony'ego, podrażniła wrażliwą skórę podbrzusza, a po chwili nad wyraz umiejętnie oplotła chłodnymi palcami jego penisa.
- To się doskonale składa, laleczko, bo ja ciebie też. Chociaż założę się, że teraz kochasz mnie nieco bardziej - odparł, nie kryjąc rozbawienia, gdy Stark poruszył niecierpliwie biodrami, wychodząc naprzeciw leniwej pieszczocie.
- Nie zaprzeczam. Ale jeśli się nie zamkniesz, będę musiał to przemyśleć - westchnął głęboko, przymykając oczy i odchylając głowę do tyłu. Bucky roześmiał się otwarcie i poruszył dłonią nieco szybciej, z pewną fascynacją obserwując jak Tony przygryza dolną wargę i nieznacznie marszczy brwi.
- Kręci cię to bardziej, niż chciałbyś przyznać, co? - spytał, kciukiem zataczając powolne kółka na główce męskości partnera. Ten jęknął tylko w odpowiedzi, a potem zaklął w niezbyt romantyczny sposób, wbijając paznokcie w przedramię kochanka.
- Nie mamy na to czasu - sapnął tylko - Na dole jest salon pełen ludzi, pamiętasz?
- Pierdolę ich. Zajmowałem się nimi kilka dni. Nie umrą sami przez kilka godzin.
- Byłoby lepiej, gdybyś pierdolił mnie.
- Twoje życzenie jest moim rozkazem, laleczko.
Kolejne minuty zlewały się w jeden, wyjątkowo poszarpany obraz. Pieścił go powoli, dokładnie, wyrywając ze Starka każdy jęk i każde westchnienie, które tylko zdołał. W pewnym momencie nie wiedział już, gdzie kończy się rozgrzane z przyjemności ciało partnera, a gdzie zaczyna jego własne, z utęsknieniem wypatrujące momentu, w którym faktycznie staną się jednym. Pieścił go ustami, pieścił palcami i oddechem prześlizgującym się po rozpalonej skórze doskonale wiedząc, że nigdy nie zdoła nasycić się tą bliskością. Gdy pragnienie sięgnęło zenitu i stało się wreszcie niemożliwe do wytrzymania, łagodnym ruchem kolana rozchylił uda Tony'ego i wszedł w niego powoli, dusząc własny jęk w nabrzmiałych od pocałunków wargach młodszego.
I choć na początku w ich dotyku było sporo agresji, kochał się z nim leniwie, powolnymi, stanowczymi ruchami szczupłych bioder. Konsekwentnie, z każdą chwilą prowadzącą ich ku spełnieniu, z każdym pocałunkiem tłumiącym głośne westchnienia, w myślach dziękował wszystkim siłom widzialnym i niewidzialnym za tego niemożliwego mężczyznę.
A gdy obaj doszli, spleceni w ciasnym objęciu ramion, Bucky pocałował Tony'ego kolejny raz i wspierając czoło na jego czole, odetchnął głęboko. 
- Sierżancie Barnes, zmęczyliście się? - głos Tony'ego dotarł do niego jak zza mgły, ale wystarczająco wyraźnie, by mężczyzna roześmiał się cicho. Na moment schował twarz w jego szyi, a potem podparł się na łokciu, zaglądając we wciąż rozmarzone brązowe oczy Starka.
- Nigdy - odparł tylko, przeczesując palcami mokre od potu, zmierzwione włosy partnera. Zamierzał coś dodać, ale w tym momencie z miejsca, które Bucky mgliście określił jako garderoba, dobiegło do jego uszu głuche miauknięcie.
Zmarszczył brwi, spoglądając na Tony'ego, którego twarz zastygła na chwilę w niemym pytaniu, a później rozjarzyła się nagłym olśnieniem.
- No tak! Powiedziałem, że mam dla ciebie prezent, prawda? - skwitował tylko i sapnął z wysiłku, próbując zepchnąć z siebie nadprogramowy ciężar w postaci drugiego mężczyzny - Złaź, daj mi chwilę - parsknął niecierpliwie, a zupełnie skołowany Bucky bez słowa i zastanowienia wykonał polecenie, siadając na krawędzi łóżka z miną cokolwiek zbaraniałą.
Stark w tym czasie owinął się kocem i klaszcząc bosymi stopami na kamiennej podłodze, zniknął w odmętach garderoby, by wyłonić się z niej zaledwie parę sekund później. W ramionach trzymał małego, białego kota.
- Co do cholery - James parsknął, wyjmując kocię z objęć partnera, gdy ten tylko znalazł się w zasięgu jego dłoni.
- Nie "co do cholery", tylko kot - odparł cierpliwie Tony, patrząc jak zwierzątko układa się w kłębek na kolanach Bucky'ego i ciekawsko obwąchuje jego palce - Chociaż jak tak myślę, powinienem był chyba kupić ci psa.
Widząc pełnie niezrozumienia spojrzenie Bucky'ego, przywołał na usta złośliwy, podszyty czułością uśmieszek.
- Grinch miał psa, nie?