Actions

Work Header

Your Sincerely...

Summary:

Harry i Louis są parą, jednak pewnego dnia Louis oświadcza że ich związek nie ma już dłużej sensu, bo zakochał się w kimś innym, a Harry prosi go jedynie by został na noc po raz ostatni, zanim ostatecznie odejdzie...

Chapter Text

- Nie Harold, nie możesz nic z tym zrobić! - dźwięk pięści lądującej na blacie kuchennym przeszywa powietrze, wprawiając Harrego w lekkie osłupienie, jedynie potęgujące nieprzyjemne uczucie, z jakimdreszcz spływa po jego plecach. Louis tylko wzdycha ciężko i przeciera twarz, zanim obchodzi wyspę i staje między nogami bruneta, odwracając go do siebie na czerwonym hokerze - Spójrz, to nie jest twoja wina. Czasem tak się dzieje, związki się rozpadają, a ludzie zakochują w kimś innym. Nie miałeś wpływu na to co się stało i nie możesz się obwiniać... - ujął jego poliki i westchnął ze zmęczeniem, kiedy chłopak drżąc od powstrzymywanego szlochu zarzucił mu ręce na szyję, chowając twarz w jej zagłębieniu.

- Czyli to twoja ostateczna decyzja? Po prostu wyjdziesz, zostawisz mnie tu i nigdy nie wrócisz? - siorbnął Harry i Louis mógł niemal odczuć ten ciężar jaki na niego zrzucił.

- To nie... znaczy, to tak. To dokładnie tak, lecz nie tak powinieneś na to patrzeć. To jest pewien koniec, ale też i początek. Zobacz, widocznie nie byliśmy dla siebie stworzeni, więc może teraz znajdziesz kogoś kto będzie? - Louis delikatnie odsunął od siebie chłopaka z przepraszającym uśmiechem - Nie miej mi tego za złe Hazz. Ja też czuję się przez to jak gówno.

- Jasne - odparł, przecierając nos - Czy mógłbyś chociaż... zostać ten ostatni raz? Wiem jak to brzmi, ale obiecuję, jutro już będziesz wolny, w każdym tego słowa znaczeniu. Już nigdy nie będę dzwonić, tęsknić, próbować do ciebie wrócić. Po prostu pozwól mi się... pożegnać w pewien sposób.

- No nie wiem, Hazz. To nie pomoże ci w oswojeniu się z tym wszystkim.

- Obiecuję, Louis. Nie musisz mnie całować, przytulać, spać ze mną. Po prostu chcę byś tu był.

- Uh... dobrze - westchnął szatyn.

 

Harry tylko uśmiechnął się lekko i wstał niepewnie z siedzenia, omijając Louisa, który zdążył już wcześniej się odsunąć, nim brunet zrobił im herbaty, ignorując skruchę i poczucie winy, z jakimi niemal zalał go ocean w oczach chłopaka, gdy podawał mu kubek drżącymi dłońmi, a Harry musiał upominać się, że już nie może tonąć w tych oczach.

Prawda była jednak taka, że sama myśl, że Louis wyjdzie i już nie wróci, przerażała Harrego. Szatyn był bowiem jego podporą, jego wsparciem i jedynym stałym elementem w jego życiu, gdy naokoło szalał sztorm trosk i problemów.

Harry robił to, co mówił mu Louis, szedł tam, gdzie mówił mu Louis, zgadzał się z tym, co mówił Louis, przyrządzał potrawy, które lubił Louis i wybierał do ubrania tylko te rzeczy, które Louis zatwierdził.

Jednym słowem, nie wyobrażał sobie funkcjonowania bez chłopaka.

 

Chłopcy siadają w salonie Harrego i oglądają film, a brunet czuje się jak w obcej skórze, gdy po dniach, gdy na tej samej kanapie leżeli przyklejeni do siebie każdym skrawkiem, ze spleconymi rękami i nogami, obejmując się jak tylko mogli, bądź tych, gdy byli bliżej niż blisko, unosząc się w chmurze jęków i tarcia gołej skóry o skórę, tym razem łączyła ich tylko miska popcornu, którą dzielili.

Louis też zachowuje się sztywno i niezręcznie, jednak wciąż próbuje pocieszać chłopaka i zagaduje go, próbując rozweselić swoimi kiepskimi żartami.

W końcu jednak kładą się do łóżka, jednego, bo Louis widział łzy napływające do oczu Harrego, gdy prowadził go do pokoju gościnnego, a Harry z przyzwyczajenia kładzie policzek na piersi szatyna i obejmuje ramionami jego talię, na co Louis drętwieje pod jego dotykiem.

- Hazz, zejdź ze mnie, proszę - prosi i brunet mruga szybko, gdy uświadamia sobie co zrobił, a wspomnienia, niczym rzeka zalewają jego głowę, nadmiar wylewając na mlecznobiałe policzki, za co chłopak przeklina pod nosem, próbując wytrzeć je tak, by szatyn nie zauważył - To okej, że jesteś smutny, w końcu tyle przeszliśmy,a le po prostu... nie utrudniaj, proszę - wzdycha znów Louis i gładzi czekoladowe pukle Harrego, nim z cichym "dobranoc" przymknie oczy, już po chwili oddychając głęboko i równo, z twarzą anioła, taką słodką i niewinną, jak gdyby nieświadoma była jak bardzo pogruchotała drżące serce Harrego.

Brunet znów wyciera twarz, choć tym razem pozwala łzom spłynąć aż do jego brody, myśląc jak Louis zawsze scałowywał je, powtarzając jak kochany i dobry jest jego chłopak, oraz jak mocno go kocha.

Myślał o tym, jak szybko zmieniają się wydarzenia. Pamiętał jakby ledwie wczoraj Louis w swoich niedorzecznie czerwonych jeansach przychodził po d jego dom z różą, nieświadomy, ze ta pasuje do jego spodni. Jak podpici wracali z jednej z imprez Liama, pędząc pustymi, nocnymi ulicami, nie dbając o nic, jak tylko o teraźniejszość, by i tak zatrzymać się gdzieś po drodze, żeby kochać się na tyle samochodu, a Harry przepadał wtedy dla Louisa jeszcze bardziej, gdy księżyc oświetlał jego nieskazitelną skórę, a ciepłe usta składały czułe pocałunki na jego ciele.

A teraz? Żołądek bruneta ściskał się na myśl, że ta noc jest ich zakończeniem. Już rano nie będą tym, czym są dla siebie teraz, to wszystko się zmieni. A ten fakt, doprowadzał Harrego do ponownego płaczu.

 

W końcu chłopak ułożył się na przeciwko Louisa, śpiącego jak martwy, i w pewien sposób część jego była martwa, tak jak część Harrego, a brunet pozwolił łzom spływać do woli, ostatecznie poddając się im, nawet nie próbując już się ich pozbyć, gdy na ich miejsce spływały kolejne, szybciej niż zdołał pomyśleć.

Chłopak wstrzymał jednak oddech, gdy Louis wyciągnął dłoń w jego stronę, a delikatne palce musnęły policzek bruneta, mokry od żalu i strachu. Harry tylko przymknął powieki i starał się zasnąć, ostatni raz wyobrażając sobie tę chwilę jak każdy poprzedni dzień, gdy dotyk Louisa był normalny, a Harry powoli przyzwyczajał się już do roztapiającego serce spojrzenia szatyna i jego przygniatającej ilości uczucia, zalewającej bruneta.

Po raz ostatni, Harry mógł kochać Louisa, jakby był jego.