Actions

Work Header

Pałac Umysłu

Summary:

Mutanci wraz z ludźmi mogliby żyć pokojowo. Profesor Jean Valjean wiedział o tym dobrze. Mimo, że w przeszłości był trzymany wbrew swojej woli w plastikowej celi, gdzie przeprowadzano na nim eksperymenty, nie chował urazy do stróżów prawa.

Kiedy się uwolnił, założył zaś szkołę dla wybitnie uzdolnionej młodzieży. Nikt nie wiedział, co za swoimi murami skrywała pozornie całkowicie normalna placówka edukacji. Jednak pewien uparty inspektor nie miał zamiaru przestać szukać uciekiniera, który zapadł się pod ziemię.

Grantaire wcale nie chciał znaleźć się pośrodku tego konfliktu. Ale najwidoczniej los mu nie sprzyjał, skoro osoba bardzo bliska jego sercu była niesamowicie zainteresowana narażaniem swojego życia dla sprawiedliwości. Przyjaciele zwykle pomagali. Albo i nie.

Chapter 1: Prolog

Chapter Text

Jean Valjean przez pierwszą część swojego życia nie miał większych problemów. Owszem, młodość przeczekał pod znakiem zapytania całkiem prawdopodobnej choroby psychicznej, jednak w gruncie rzeczy znajdywał we własnej egzystencji wiele radości. Usiłował zrozumieć niesamowite umiejętności, jakimi władał. Czasami zastanawiał się, czy może nie były to głupie przywidzenia, ale mimo wszystko, starał się pomagać każdej osobie, jaka wykazywała się choćby najmniejszą innością, aby być może kiedyś znaleźć pokrewną duszę.

Z biegiem czasu znalazł.

Był dopiero na studiach, jednak już w tamtym momencie odkrył niezwykłą chęć do pomagania niezrozumianym, źle potraktowanym nieszczęśnikom, czy też pracowania na cele, które były przez większość ludzkości lekceważone. Jego marzeniem było zdobycie doktoratu i wykorzystanie go w celu szerzenia większego dobra.

W gruncie rzeczy wszystkim, czego chciał, było wskazywanie ludziom drogi w kierunku do lepszej przyszłości, gdzie osobniki jego pokroju, posiadacze nadnaturalnych umiejętności, mogłyby ujawnić światu, kim naprawdę są.

O ile Valjean nie był sam.

O ile.

Jednak wiedział – och jak piękna była to wizja! Wiedział, że dzięki optymistycznemu nastawieniu z obu stron i humanitarnemu podejściu razem społeczeństwo mogłoby dojść do niesamowitych skutków. Posiadacze mutacji mogliby rozwiązywać konflikty, nie dopuszczać do wojen, budować wielkie fortece i sprawić, że rzeczywistość stałaby się przyjaźniejsza dla jej najmłodszych przedstawicieli, którzy nie staliby się tak zepsuci, jak niektórzy z marionetek obecnego prawa.

Wtedy Jean poznał Fantine.

Fantine Fauchelevent była najwspanialszą istotą, w jakiej towarzystwie Valjean miał okazję do tamtej pory przebywać. Brunetka była subtelna i delikatna, niczym zjawa pośród śmiertelnych ludzi. Nikt nigdy nie wiedział, kiedy kobieta przysłuchiwała się rozmowie bacznie. Równie dobrze mogła ona w końcu znajdować się na skraju własnej świadomości, bijąc się z myślami, jednak nigdy nie traciła własnego wdzięku.

Jean uczęszczał z nią na zajęcia z genetyki i odkrył, że z każdym kolejnym wykładem miał coraz większe problemy ze skupieniem się na naturze lekcji. Zamiast kodu genetycznego, mężczyzna analizował niesamowicie długie rzęsy kobiety i hipnotyzujące spojrzenie jej ciemnych oczu.

Pewnego dnia postanowił się do niej odezwać.

Jedno było pewne, zadanie wcale nie okazało się dla niego proste.

Kobieta zarzuciła na siebie brązowy płaszczyk i sięgnęła po książki, które znajdowały się na prowizorycznym blacie przy jej miejscu. Jean z zapartym tchem obserwował każdy jej ruch, kiedy Fantine odwróciła się i zmierzyła go zaskoczonym wzrokiem.

– Tak? – zapytała z uśmiechem.

Valjean uśmiechnął się, słysząc głos, który kojarzył mu się z dotykiem jedwabnego materiału. Otworzył usta, aby odpowiedzieć, jednak zaniemówił, co było dla niego zjawiskiem bardzo rzadkim. Podrapał się po karku ze zmieszaniem i zamknął usta, aby po chwili znowu rozsunąć wargi i zapoczątkować jedyny temat, który wydawał się mu równocześnie odpowiedni i dostatecznie neutralny.

– Jestem pod wrażeniem, jak wiele masz do powiedzenia na temat mutacji – wypalił. – Słyszałem jak mówiłaś profesorowi dzisiaj, co na ten temat uważasz i sądzę, że masz rację. Powinniśmy mieć otwartą głową na przyszłe zmiany genetyczne. To całkiem realna wizja.

Brunetka zaśmiała się delikatnie i skinęła głową.

– Sporo nad tym myślałeś?

– Prawdę mówiąc, tak.

Fantine pogłębiła swój uśmiech, chociaż wyglądał on w tamtym momencie odrobinę niepewnie.

– Właściwie to uważam, że mutanci są już wśród nas. Tylko dobrze się kamuflują. Czasami zastanawiam się, jak bardzo musi być to męczące dla większości z nich, że jeszcze nie zrobili wokół siebie tyle szumu, aby zmusić rząd do ujawnienia prawdy o ich istnieniu.

Valjean wybałuszył oczy.

– Naprawdę tak myślisz?

– Pewnie nie mówiłabym tego, gdybym tak nie myślała.

Chłopak tym razem zastanowił się dłuższy czas nad odpowiedzią. Czy mógł być całkowicie szczerzy w stosunku do osoby, z którą zamienił ledwie parę zdań? Jednak z drugiej strony Fantine wywoływała u niego to dziwaczne poczucie bezpieczeństwa. Jak gdyby byli w pewien sposób jednakowi.

– Wiesz, oni się wcale nie starają. Po prostu się boją. Strach ich paraliżuje.

*

Rok później oboje oblewali własne dyplomy, kiedy alkoholowe otępienie rozwiązało ich języki i pozwoliło niesamowicie żywiołowym wypowiedziom Jeana wydostać się spod kontroli. Znajdowali się w mieszkaniu Fantine. Otworzyli już drugą butelkę miernego szampana i snuli wyjątkowe plany na przyszłość, które zamierzali wprowadzić w życie już następnego dnia.

Mężczyzna oparł się wygodnie na kanapie i wychylił zawartość własnego kieliszka, po czym parsknął śmiechem.

– Zamierzam szukać odmieńców.

Fantine prychnęła.

– Jeżeli będziesz ich tak nazywać, żaden nie będzie chciał zostać odnalezionym.

– Racja, racja...

Dziewczyna roześmiała się głośno, melodyjnie.

– Nie masz absolutnie żadnego pojęcia, co będziesz robić?

– Właśnie dlatego potrzebuję ciebie.

– Bo nie wiesz, co robić?

– Bo razem wiemy, co powinniśmy zrobić.

Zanim Valjean się zorientował, uniósł dłoń i zdecydował się posłuchać irracjonalnego impulsu, jaki wytworzyły jego szare komórki pod wpływem nietrzeźwości alkoholowej. Nigdy nie był przekonany do używania swojej zdolności przy innych ludziach. Zawsze uważał, że bez odpowiedniego przygotowania każdy zareagowałby paniką. To właśnie pragnął zmieniać w przyszłości. Chociaż czym miałoby być przygotowanie, jeżeli nie roczną znajomością, a nawet dobrą przyjaźnią?

Blat przed jego oczami wirował, kiedy Jean podniósł się do pozycji stojącej, jednak nie przeszkodziło mu to nijak w uniesieniu siłą woli wszystkich metalowych przedmiotów, jakie tam się znajdowały.

Fantine uśmiechnęła się szeroko. Nie wyglądała na zaskoczoną.

– Czekałam, aż zdecydujesz się mi to pokazać, Jean – powiedziała z dumą w głosie.

Valjean odwzajemnił uśmiech automatycznie, po czym zachybotał się na własnych nogach i znów usiadł, a metalowe przedmioty z trzaskiem opadły na stolik. Niektóre stoczyły się na podłogę, jednak żadne z nich nie interesowało się nimi na tyle, aby je podnieść.

– Nie boisz się?

– Nie boję się.

Fauchelevent mniej wypiła, więc jej ruchy były bardziej zdecydowane. Dziewczyna zsunęła kurtkę z ramion, a oczom jej rozmówcy ukazały się piękne, anielsko białe skrzydła. Jean nie miał pojęcia, jak mógł wcześniej się tego nie domyślić. Wiedział, że Fantine była aniołem od początku. Jedynie świadomość tego, jak bardzo dosłowna naprawdę okazała się ta idea niestety nie doszła do niego od razu.

Skrzydła dziewczyny były imponujące. Długie pióra lotki przeplatały się z delikatnym puchem, a zarazem unosiły się do góry i delikatnie falowały.

– Jesteś piękna.

*

Dwa lata później Valjean założył społeczność mutantów. Chociaż żaden z posiadaczy wyjątkowych umiejętności nie podchodził chętnie do ujawniania się światu, lecz każdy doceniał możliwość posiadania pewnego rodzaju rodziny. Spotkania odbywały się regularnie. Jean nie pozwolił, aby jakikolwiek członek ich społeczności był przekonany, że został obarczony pewnego rodzaju klątwą. Mutacja mogła okazać się darem. Wystarczyło ją tylko odpowiednio wykorzystać.

Wtedy wśród nich pojawił się pewien tajemniczy mężczyzna.

Nikt nie wiedział, jak odnalazł on grupę, jednak przyjęto go z otwartymi ramionami. Zazwyczaj był elegancko ubrany i miał niezwykle oficjalny wyraz twarzy oraz badawcze spojrzenie. Zdecydował się nie zdradzać natury własnej mutacji, gdyż twierdził, że jeszcze nie był na to gotowy. Nikt nie naciskał.

Na imię mu było Javert.

Na spotkania Javert uczęszczał prawie dwa miesiące. Za każdym razem znajdywał sposobność, aby pogawędzić z Valjeanem lub koło niego usiąść i mimo własnego dystansu, sprawiał wrażenie naprawdę miłego, uprzejmego człowieka.

– Jak znajdujecie nowych mutantów? – zapytał pewnego dnia, kiedy razem z Valjeanem popijali kawę w jednym z lokali, które wynajmowali na miejsca zgrupowań. Fantine żegnała gości z niesamowicie delikatnym uśmiechem i miłym usposobieniem, które nigdy jej nie opuszczało. Jean zmusił się, aby oderwać wzrok od drzwi, za którymi zniknęła.

Rekrutacja do społeczności nie była rzeczą trudną. Oczywiście, stanowiłaby kwestię o wiele prostszą, gdyby wśród ich szeregów znajdował się telepata, jednak nie mogli narzekać na swoje szczęście. Jeżeli ludzie byli na tyle otwarci, że po znalezieniu i odpowiednim wtajemniczeniu ich w istotę zgrupowania się otwierali, Jean z chęcią wprowadzał ich w społeczność. Inni jednak przyjmowali bardziej defensywne nastawienie. Wyzywano ich sektami religijnymi, chorymi umysłowo... Lecz za każdym kolejnym razem Valjean starał się dotrzeć do ludzi, przedzierając się przez warstwę nieufności.

W końcu brak zaufania zawsze miał jakieś podłoże, którego Jean nie chciał nikomu przypominać. Zamierzał się skupić na lepszym jutrze, a nie bolesnej przeszłości.

– Szukamy osobliwych artykułów w gazetach, przeszukujemy dokumentacje medyczne – stwierdził mężczyzna, po czym pociągnął łyka zielonej herbaty. – Nie wszystkie sposoby są zgodne z prawem. Zdajemy sobie z tego sprawę. Pogwałcamy tajemnicę pacjenta. Ale wszystko, czym się kierujemy, to wizja lepszej przyszłości i pomoc zagubionym mutantom.

Javer uśmiechnął się lekko.

– Tłumaczysz się.

– Twoje oczy zawsze mnie osądzają.

– Prawo jest po to, aby go przestrzegać.

Jean uniósł brwi.

– Nawet kiedy zagraża lepszej przyszłości?

– Szczęście jednostki nie powinno przedkładać się nad porządkiem państwa.

W pomieszczeniu zawisła nieprzyjemna cisza, chociaż wciąż słychać było monotonny dźwięk rozmowy zza ściany. Pogoda za oknem stawała się coraz gorsza, a jasne słońce znikało powoli za kłębiastymi chmurami deszczowymi.

Valjean nawiązał kontakt wzrokowy przyjacielsko. Mężczyźni zawsze sprzeczali się na podłożu prawa i wartości, jednak w gruncie rzeczy ich konwersacje były naprawdę przyjemne, a przynajmniej tak uważał Jean. Potrafił wyciągnąć coś z wymiany zdań – coś, do czego nie potrafiłby dojść bez bezcennego wkładu, jakim było własne zdanie Jarverta.

Byli w końcu przyjaciółmi. Być może nie znali się długo, ale często przebywali w swoim towarzystwie. Pomogliby sobie w trudniej sytuacji. Wspólnie cieszyliby się z każdego mutanta w ich szeregach. Prawda?

– Jesteś szczęśliwy, Javert?

– Co masz na myśli?

– Jesteś tutaj akceptowany, pomimo, że nie podałeś nam swojej zdolności. Byłbyś, nawet gdybyś nam powiedział, że swojego czas zamordowałeś człowieka. Jeśli wyraziłbyś skruchę. Tutaj wszyscy mogą znaleźć swoje miejsce. Czy jesteś szczęśliwy? Czy może wolałbyś nigdy nie odnaleźć tej społeczności?

W oczach Javerta zaświeciło coś podobnego do smutku, kiedy ten zacisnął usta w kreskę, zastanawiając się nad odpowiedzią.

– Myślę, że obie możliwości są bardzo trafne.

Dzień później miał miejsce nalot wszelakich sił rządowych na ich kolejne spotkanie. Większości udało się uciec. Javert samodzielnie postrzelił Valjeana pociskiem wypełnionym substancją, która neutralizowała jego zdolności. Potem zaś ogłuszył go i zawlókł do wielkiego, pancernego wozu.

Tak Valjean nauczył się, że nawet jego zaufanie powinno być ograniczone.

*

Dwaj dobrze zbudowani mężczyźni w ciemnych uniformach przytrzymali Valjeana sztywno, kiedy pielęgniarka wstrzykiwała mu do tętnicy szyjnej kolejną dawkę specjalistycznego płynu. Uchwyt umięśnionych ramion pozostawał na skórze więźnia fioletowo–brązowe siniaki.

Ściany w pomieszczeniu były zimne, nikt również nie kłopotał się z umieszczeniem w celi okien, także jedynym źródłem światła okazała się słaba lampa na suficie, która wypełniała każdy kąt zimnym blaskiem. Jean siedział na twardym, prowizorycznym posłaniu i mrugał, jak gdyby chciał odpędzić mroczki, które tańczyły mu przed oczami. Był to jeden ze skutków ubocznych specyfiku, jaki hamował jego zdolności, aby mężczyzna nie miał szans w wydostaniu się z więzienia. Pokój został również wypełniony różnego rodzaju książkami. Była to jedyna rozrywa, na którą pozwolił mu jego nadzorca. Javert we własnej osobie zmierzył mutanta zdegustowanym spojrzeniem.

– Wiem, że aktywnie udzielałeś się w społeczności istot twojego gatunku. Chcę poznać namiary. Na pewno pozostawiłeś Fantine możliwe placówki do ukrycia waszych pobratymców.

Ciężki oddech Valjeana wypełnił chwilę milczenia.

– Naszych pobratymców – szepnął, a jego ton był gorzki, złamany. – Naszych przyjaciół.

Nieusatysfakcjonowany Jarvet prychnął.

– Pracowałem pod przykrywką, Valjean. Oczekuję od ciebie informacji. Jeżeli będziesz współpracować, być może nie ucierpisz.

Tym razem Jean nawet nie kłopotał się z otworzeniem ust w próbie odpowiedzi. Granie na sumieniu Javerta było trudem bezowocnym. Ten tylko pokręcił głową ze zrezygnowaniem i skierował się do wyjścia.

– Dobrze w takim razie. Zarządzę, aby przygotowano cię do następnej operacji.

*

Valjean nie wiedział, ile lat minęło. Być może dziesięć, a nawet dwadzieścia. Z każdym dniem jego żywot stawał się coraz bardziej monotonny, a jedynie perspektywa ucieczki stanowiła wizję, która trzymała go przy zdrowych zmysłach.

Pewnego dnia drzwi do jego celi były po prostu otwarte.

Mężczyzna wiedział, że coś było nie tak z pustymi korytarzami, na których powinni znajdować się uzbrojeni strażnicy, jednak nadzieja wypełniła jego serce. Tego dnia wydostał się z więzienia. Poczuł słońce na bladej od zamknięcia twarzy i wiatr we włosach, ale najbardziej na świecie chciał zobaczyć Fantine.

Wreszcie, po paru dniach, zdołał się z nią skontaktować. Dreszcz przeszedł go, kiedy tylko usłyszał jej delikatny głos. Umówili miejsce oraz czas spotkania. Do Jeana powoli wracały jego mutacje, jednak otępienie spowodowane latami nieużywania ich wciąż nie pozwalało mu na szczególne wyczyny. Potrafił jedynie unosić najmniejsze przedmioty metalowe siłą woli.

Widok Fantine zaparł mu dech w piersiach. Kobieta rzuciła się w jego ramiona, a jej oczy były wilgotne od łez.

– Jak się wydostałeś?

– Sam nie wiem – wypalił Valjean. – Ale wreszcie cię odzyskałem, to jest najważniejsze.

Brunetka odsunęła się odrobinę.

– Wiele się zmieniło, od kiedy cię zabrakło.

– Przepraszam, ja...

– Nie masz za co przepraszać, Jean. Ja... Pomagałam mutantom. Nikt od czasu twojego zniknięcia nie chce znowu zawiązać społeczności, ale wszyscy potrzebowali wsparcia. To była ciężka praca. Zwłaszcza kiedy...

Drżącymi palcami Fantine wyjęła portfel, z którego wysunęła małe zdjęcie z pogiętymi rogami. Przez chwilę przyglądała się mu z żalem, po czym podała swojemu staremu przyjacielowi. Jean nie wiedział, czego mógł się spodziewać, jednak z pewnością nawet nie wyobrażał sobie zobaczenia malutkiej, najwyżej czteroletniej dziewczynki o złotych lokach i uroczym uśmiechu. Otworzył usta w zdziwieniu i przekrzywił lekko głowę.

Tłumaczenia nie były potrzebne. Jean zastanawiał się tylko, jak bardzo trudno musiało być Fantine pogodzić jej misję z rodzicielstwem.

– Nazywa się Cosette – wytłumaczyła dziewczyna po chwili frapującej ciszy.

– Wygląda niesamowicie – odpowiedział Valjean. – Gdzie jest?

Fantine przełknęła ślinę.

– Oddałam ją pod opiekę znajomym dwa lata temu. Ponoć choruje. Chciałam ją odzyskać, ale nigdy nie miałam dostatecznie dużo pieniędzy ani poczucia bezpieczeństwa. Javert wysłał za nami listy gończe – powiedziała na granicy szlochu.

Jean przygarnął ją z powrotem do siebie, gładząc jej włosy, które z długich loków zmieniły się w krótkie, niesforne kosmyki.

– Odzyskamy ją. Obiecuję.

*

Niezidentyfikowane samochody za ich plecami zaczęły śledzić ich kroki coraz bardziej ostentacyjnie i wtedy Valjean zorientował się, że jego bezproblemowa ucieczka wcale nie była przypadkowa. Wracał właśnie z zakupów. Wyciągnął z reklamówki jednorazowy telefon, którego nijak nie dało się namierzyć i wybrał numer Fantine, jednak dziewczyna nie odebrała. To sprawiło, że przyspieszył jeszcze bardziej kroku.

Nie pamiętał, aby kiedykolwiek czuł więcej nerwów kumulujących się w jego brzuchu usilnie, kiedy wciskał klucz do zamka motelowego pokoju. Natychmiastowo znalazł się w środku i odrzucił zakupy na podłogę, kierując się w stronę sypialni.

Wtedy jego oczom ukazał się obraz makabryczny.

Przed oczami zakręciło mu się od ilości krwi na łóżku. Bordowa substancja również pokrywała ściany różnorakimi wzrokami. Dziewczyna leżała na posłaniu, a jej klatka piersiowa unosiła się nieregularnie. Ciemne oczy wbiła w sufit, a jej powieki zamykały się oraz otwierały nieregularnie. Oddychała płytko, niemal rozpaczliwie usiłując wciągnąć powietrze. Jej skóra zaś stała się chorobliwie blada.

– Fantine! – wykrzyknął Valjean, opadając na kolana przy łóżku.

Chwycił kobietę za chłodną dłoń, głaszcząc ją pokrzepiająco.

– Co się stało? Kto? Dlaczego?

Fauchelevent przez chwilę szukała źródła znajomego głosu. Jej wzrok błądził po pomieszczeniu rozpaczliwie, kiedy natrafił na znajome tęczówki i Jean mógłby przysiąc, że usta Fantine wygięły się w delikatnym uśmiechu.

– P–pamiętaj o Cosette.

*

Jean tym razem jedynie resztką sił zdołał uciec przed Javertem. Drobna dziewczynka, którą niedawno odebrał złym ludziom spod opieki znajdowała się tuż koło niego, zmęczona ucieczką i wyczerpana ilością wrażeń.

Było tylko jedno miejsce, do którego Valjean mógł się udać. Wielkie, a jednak od lat opuszczone. Jego ogromny dom rodzinny.

Tam zdecydował się właśnie parę lat później otworzyć akademię.

Ale czy jego największe marzenie realizowane bez Fantine mogło sprawiać mu jakiekolwiek szczęście? Czy też może było jedynie źródłem przyszłych kłopotów?