Chapter Text
Robota na dwa tygodnie, brzmi pierwsza niepozorna wiadomość. Warta twojego zachodu. Szybki start. Jak jesteś ustawiony?
Mimo nieznanego adresu nadawcy wie, że to Arthur, bo nikt poza nim z równie twardym uporem nie pomija ani jednego znaku diakrytycznego, jednocześnie przeskakując nagłówki, zakończenia, podpisy oraz wszelkie formułki grzecznościowe. Ktoś, kto niecałe dwa miesiące temu walczył u boku Eamesa o zachowanie zdrowych zmysłów podczas tej beznadziejnie skopanej akcji Cobba z incepcją, mógłby zniżyć się przynajmniej do jednego małego powitalnego „cześć”.
A zresztą, dosłownie każda inna osoba, która zechciałaby zatrudnić Eamesa, dokładnie wie, gdzie on jest, kto mu towarzyszy i jak długo potrwa jeszcze jego bieżące zlecenie, ponieważ Eames pracuje z rodziną.
Szwy w liczącej sobie pięć dni ranie na żebrach swędzą jak szalone, podrażnione potem, który wyciska z niego Hanoi. Zmęczenie, wykraczające poza własną definicję, permanentnie rozmazuje skraj pola widzenia, a ta uparta gówniara, śledząca go od kantoru wymiany walut, wciąż czai się przed kawiarnią, udając fascynację ofertą stoiska obwieszonego podrabianymi apaszkami od Diora.
Pisze: Aktualnie niedostępny, bo ma na głowie dużo ważniejsze sprawy niż zaprzątanie jej sobie Arthurem, takie jak krycie się przed międzyterytorialnym zasięgiem łap bardzo rozzłoszczonych generałów Armii Czerwonej wystarczająco długo, by nie skończyć wyłowionym z wód stoczni rybackiej w Makao.
Na zewnątrz dochodzi do stłuczki. Rozlegają się głosy o lekko wyostrzonej intonacji, co w tym kraju stanowi odpowiednik wrzaskliwej kłótni. Wykorzystując słodki uśmiech losu, Eames zmywa się w mgnieniu oka. Szczęście mu dopisuje. Potrącony przez taksówkę, pełen woków i bambusowych parowników stół przechyla się, a cały towar koziołkuje po wąskiej uliczce, wypełniając ostatnie luki w przestrzeni między odstawionymi rowerami a autem zwisającym na ukos z krawężnika. Śledząca go dziewczyna przez chwilę patrzy mu w oczy, jakby dopiero zrozumiała, co się dzieje, a moment później, zanim udaje jej się wyminąć samochód i rozgniewanego sprzedawcę, Eames jest już daleko.
Na poczcie łapie kolejny ogon, jeszcze bardziej uparty, z rodzaju tych gorliwych, których przełożeni nie godzą się łatwo z porażką. By zniknąć mu z oczu, Eames musi wskoczyć do taksówki jadącej w kierunku przedmieścia, a potem przez półtorej godziny kluczyć do hotelu zalanymi deszczówką alejkami, gdzie gubi go ostatecznie.
**
Jeszcze nie czas wrzucić łup do rzeki i brać nogi za pas. Jeszcze nie.
Część tutejszej policji kultywuje uroczą komunistyczną tradycję pilnego deptania zagranicznym turystom po piętach, to wszystko. W latach dziewięćdziesiątych było z tym gorzej, jeśli Eames ma dowierzać opowieściom brata o jego kancie w tutejszym handlu drobnymi nieruchomościami, zakończonym ucieczką z Nha Trang — a dowierza, bo Charlie zwykł częstować bajkami wyłącznie obcych.
Muszą po prostu trzymać nerwy na wodzy. Frank nie widział wnętrza sali sądowej od trzydziestu lat, a Miriam nie dopuści, by jakiekolwiek związane z pracą perturbacje zakłóciły plan ukończenia remontu jej nowego atelier w Berlinie jeszcze przed latem. Niemniej, gdyby chodziło o robotę z kimś z zewnątrz, Eames myślałby już o ulotnieniu się z tego miejsca na wypadek, gdyby ich cholerny pech przybrał jeszcze większe rozmiary.
— Masz dość, Jimmy? — pyta Miriam, gdy siedzą przy pogrążonym w półcieniu narożnym stoliku w czymś, co w tym odległym zakątku miasta najbardziej przypomina bar dla turystów.
Praktycznie rzecz biorąc, są jedynie rodzeństwem ciotecznym, ale częste przebywanie razem, efekt odwiecznej przestępczej współpracy ich ojców, wyrobiło w niej bardzo siostrzaną zdolność doprowadzania Eamesa do białej gorączki.
— Wyglądasz na lekko sfatygowanego — dodaje troskliwie.
Wypowiada to tak, jakby odrobinę przedawkował podrzędne, tanie margarity, a nie miał za sobą pięciu żmudnych dni na otwartym morzu. Zwiewali z Makao skradzionym kutrem, realizując w ten sposób drugi i ostatni plan awaryjny, niczym gonieni przez wszystkie piekielne zastępy. Opatrywali swoje rany, co noc przemalowywali dach kabiny na inny kolor, by zmylić patrole lotnicze, przyczaili się na dwa strzępiące nerwy dni za Hajnanem i przy każdym odległym odgłosie śmigieł helikoptera tęsknili za niespodziewaną, zbawczą improwizacją w stylu ojca Eamesa, który potrafił błysnąć geniuszem we wszystkich dotychczasowych tarapatach za wyjątkiem swoich ostatnich. Wreszcie, wykorzystując chaos porannego szczytu, przekradli się do Hajfongu jedynie ze zrabowanym łupem, nędzną resztką chińskich pistoletów i zaklejoną taśmą reklamówką ze strefy bezcłowej, wypchaną dolarami amerykańskimi.
— Mówisz o tym? — Eames przesuwa ręką po niechlujnej szczecinie kiełkującej na szczęce i myśli, że jeszcze tylko parę godzin, a doczeka się pierwszego od niemal tygodnia kontaktu z porządną poduszką. — Przecież to ty postarałaś się o łódź bez spa na pokładzie.
Pół dnia w hotelu zdziałało w jej przypadku prawdziwe cuda. Z kuflem Tigera w dłoni o krótko obciętych, polakierowanych na koral paznokciach i dzwoniącą bransoletką z masowo produkowanych białych i niebieskich perełek, stapia się idealnie z pozostałymi zebranymi tu turystkami i wygląda jak prawniczka na urlopie albo pisarka podróżująca w poszukiwaniu materiału do swojej nowej książki.
— Dobrze, że przynajmniej jedno z nas pozwoliło sobie na odpoczynek.
Miriam ignoruje jego słowa i przysuwa się bliżej.
— Znalazłam dwie grupy wycieczkowe wyjeżdżające w sobotę. Wylecisz tym samym samolotem, dzięki czemu zyskamy cztery dni. W ich trakcie dorobisz kilka brakujących fragmentów wazy ze smokiem.
— Tylko tyle? — komentuje Eames z obojętnością, której nie czuje do końca, i patrzy na zegarek. — Coś jeszcze, co mógłbym zrobić dla ciebie w międzyczasie? Podejrzewam, że do wykończenia tej skorupkowej mozaiki przydałaby się pewna ręka.
Kiedy Frank wraca z Hajfongu, machając taksówkarzowi na pożegnanie jak staremu przyjacielowi, jest już późno. Bar zdążył zapełnić się hałaśliwym tłumem, a Miriam przy pomocy łysego kucharza z Wellingtonu równa Eamesa z ziemią przy stole bilardowym.
— Wszystko spakowane i załadowane — informuje Frank półgłosem. — Frachtowiec wypływa jutro. Dotrze do Marsylii za cztery tygodnie.
Frank potrafi okazać godną podziwu nonszalancję nawet z lufą spluwy przyłożoną do karku, ale dziś wieczorem w jego tonie pobrzmiewa leciutki niepokój. Wysłali właśnie na morze cenny zapas broni, zatrzymując jedynie leciwy pistolet, spoczywający w kieszeni marynarki Franka.
— Ile to kosztowało?
Frank pociąga spory łyk z puszki i krzywi usta w wymuszonym, gorzkim uśmiechu.
— Skromną dopłatę.
Eames kiwa głową, bez pośpiechu analizując możliwe kąty wyprowadzenia bili przy następnym uderzeniu. Zauważa, jak kucharz, składając się do strzału, starannie pręży biceps na cześć Miriam. O ile Eames uchodzi za kameleona rodziny, tak maską Miriam jest pielęgnowana banalność — nosi się w oklepanym stylu ze środkowej półki, opatrzonym numerem seryjnym fabrycznej szwalni, bez jakichkolwiek śladów zdradzających pochodzenie. Jej akcent, podobnie jak i u Eamesa, zatarły podróże i świadome zabiegi, jednak gdy przechodzi na francuski, pewien typ facetów zaczyna nabierać ciekawości.
— Czekaj. — Interwencja Franka sprawia, że kucharz nieruchomieje z kijem w ręku i unosi wzrok. — Żółta odbije się tutaj od bandy. Nie ma mowy, żebyś ruszył czerwoną bez wbicia rozgrywającej.
Kucharz dziękuję za nieproszoną radę grzecznym skinieniem głowy i zmienia kąt strzału. Nawet trzy dekady spędzone poza Wielką Brytanią nie zdołały przytłumić magicznego uroku starszego pana, którym emanuje Frank. Niezmiennie roztacza wokół siebie aurę dobrotliwego wujaszka, życzliwego sąsiada albo zaufanego barmana.
Kucharz pięknie pudłuje — żółta bila pozostaje nietknięta — a potem musi oprzeć się z wrażenia o tył krzesła Miriam, gdy Eames czyści stół.
— Niezła partia — mówi Eames. — Jeszcze jedna?
I przez resztę wieczoru wmanewrowuje nowego przyjaciela Miriam w ciąg żenująco przegranych zakładów, bo nikt nie powinien pozwolić sobie na noc gorącego seksu podczas roboty, przy której jedno maleńkie pechowe potknięcie może oznaczać koniec ich kariery.
**
— Kto to, kurwa, jest Arthur? — pyta Alex następnego ranka wkurzonym tonem, krzywiąc się w okienku skype’a. — Powiedz mu, że nie robię za twoją sekretarkę. Poza tym, jeśli chce, żebym do niego oddzwonił, niech sam przestanie wydzwaniać o pierwszej w nocy.
Alex używa wprawdzie nazwiska Engelvin, jednak z pewnością nie afiszuje się nim, próbując wkręcić się w łaski sfer dyplomatycznych w Genewie, gdy gromadzi informacje przydatne do szantażu, kradzieży lub wywołania sensacji na pierwszej stronie tabloidu. Niełatwo go znaleźć.
— Zajmę się tym — uspokaja go Eames. — Chociaż po dziesiątej wieczorem, gdy zażywasz niezbędnego dla urody snu, dzieje się sporo ciekawych rzeczy. Powiedz lepiej, jak tam sprawy? Dobrze?
Formułuje pytanie bardzo ogólnikowo na wypadek ciekawskich uszu w kafejce internetowej hotelu. Alex potwierdza, że owszem, przedostatni przelew od klienta dotarł bez żadnych potrąceń. Co stanowi pewną ulgę w obliczu niespodziewanych pirotechnicznych dodatków, które zakłóciły prostą i czystą w założeniu akcję włamania się do niezbyt pilnie strzeżonego kasyna. Możliwe, że ich zleceniodawca aż pali się, by zobaczyć dokumentację logistyczną na laptopie wykradzionym przez Eamesa wysłannikom wojskowym, jednak nie na tyle, aby zaszkodzić ożywionemu handlowi, jaki położona w Niemczech baza wspomnianych delegatów prowadzi z Chinami. Dengowi i jego lokalnym partnerom musiała udać się spektakularna ucieczka z Makao — chyba że zginęli w próbie jej podjęcia — bo gdyby klient podejrzewał ich wpadkę, pozbyłby się całego zespołu, jeśli miałoby to pomóc w ułagodzeniu stosunków z Pekinem.
— Co dalej? — pyta Alex i unosi stojący przy łokciu kieliszek wina, ale nie zanurza w nim ust.
— Miriam odłączy się we Frankfurcie — decyduje się odpowiedzieć Eames, bo ciekawskich uszu wyraźnie brak, a talent Alexa do bezpiecznych połączeń w sieci niejednokrotnie wybawiał ich z opałów. — Ja wezmę wazę. Frank podrzuci fałszywy trop, wracając przez Moskwę. Trzymaj się z dala od kłopotów, mały. A gdyby Arthur zadzwonił jeszcze raz, daj mu numer departamentu CIA do walki z narkotykami i powiedz, że znajdzie mnie właśnie tam.
Po zalogowaniu się na konto pocztowe swojej korporacyjnej tożsamości, przybranej na potrzeby „praktyki” w Fischer Morrow — ambitny młody menedżer, który bez wzbudzania większych podejrzeń mógł zakupić cenne porcelanowe cacko z dynastii Ming u niejasnych i wątpliwych źródeł — musi przeskoczyć dwa kolejne maile od Arthura, by dotrzeć do wiadomości wyglądającej na autentyczne zapytanie o szczegóły nabycia wazy. Nadawca życzy sobie nawet dostawy do Ankary, co daje im parę łatwiejszych możliwości przewiezienia towaru przez słabiej chronione granice lądowe.
Kiedy otwiera pierwszego maila od Arthura, szkicuje już w myślach długą podróż powrotną przez Stambuł i wyspy greckie, łącznie z przerażającymi mekkami dla turystów w typie Korfu czy Mykonos, pełnymi słońca i czystej wody, szybkiej muzyki i równie szybkich młodych ciał, tańczących do jej rytmu przez całą noc. Zdecydowanie zbyt długo nie miał czasu, by się z kimś przespać. Tak wygląda niekorzystna strona pracy z rodziną.
Wprowadzę Cię we wszystko, pisze Arthur. Zobaczysz, opłaci Ci się. Sprawa jest pilna. Zadzwoń, inaczej sam do Ciebie przyjadę.
To musi być wina tego władczego tonu. Eames słyszy protekcjonalność nawet w wystukanych przez Arthura literach.
Nie, odpisuje. Nie wezmę niczego przez co najmniej miesiąc. Twój koleżka to chodzące zagrożenie. Dla pewności dodaje: I odpieprz się.
Fucha z Fischerem zniechęciłaby każdego do szukania kariery we współśnieniu, branży, w której prawie nikt nie cieszy się godną zaufania reputacją, zaś dłuższe doświadczenie łączy się z niebagatelnym ryzykiem daleko posuniętej psychozy z powodu ciągłego poddawania się działaniu manipulującej mózgiem chemii.
Zawisa strzałką myszy nad drugą wiadomością od Arthura i klika w nią po chwili wahania.
Lepiej się pilnuj, radzi Arthur. Wciąż widzę Twoje nazwisko w korespondencji Interpolu. To, co ukradłeś, powoli staje się priorytetem. Wciągają w sprawę wszystkich, którzy mogą mieć z nią jakiś związek. FSB bada, co jest na rzeczy, Indie i Turcja też.
No i, kurwa, pięknie. Za późno, żeby wycofać maila do tureckiego nabywcy. Za późno, by uniknąć kamer, które minął w hotelowym lobby. Pozostaje mu tylko ściągnąć do systemu jednego z najbardziej brutalnych wirusów Alexa i mieć nadzieję, że wyrządzi dostatecznie dużo szkód, by zatrzeć jego ślady.
**
— Gdzie jest twój ojciec?
— Bierze masaż — odpowiada Miriam i odsuwa się na bok, wpuszczając go do swojego pokoju. — Po tej akcji przy drzwiach w Makao ramię znowu daje mu się we znaki.
— Kiedy wróci? Musimy przyspieszyć ewakuację.
Miriam podnosi jedną z ustawionych rządkiem na łóżku surowych mis z terakoty.
— To przypuszczalnie zależy od tego, czy zaoferowali mu jedynie masaż. I nie, nie możemy niczego przyspieszyć. Regina dopiero odebrała wizy od swojego znajomego z ambasady i nawet najszybszy kurier nie dostarczy nam ich przed upływem doby. Co sądzisz o tej?
Szeroka, wywinięta na zewnątrz krawędź dobrze naśladuje tę w liczącym sobie sześćset lat oryginale, ukrytym w walizce spoczywającej w komodzie Franka, ale nie zgadzają się szczegóły proporcji. Ktoś obdarzony wyczuciem formy od razu pozna, że coś jest nie tak i wykryje imitację przy bliższej inspekcji.
— Weź lepiej tę. — Eames wskazuje inną misę. — Trochę kombinacji ze wzorem pomoże wyrównać kształt podstawy.
Miriam z namysłem kiwa głową.
— Zresztą, im dłużej poczekamy, tym większe prawdopodobieństwo, że trafi się coś na tyle dużego, by odwrócić od nas ich uwagę.
Eames splata ramiona na piersi, jakby chciał powstrzymać narastającą w niej potrzebę szybkiego zakończenia sprawy.
— Zrabowaliśmy zabytek narodowy wypożyczony z Pekinu i podpaliliśmy trzy piętra w kasynie. Jeśli nie mają pewności, czy zabraliśmy również laptopa, to zapewne liczą się z taką możliwością. Dzięki nieudacznemu kumplowi Denga żona prezesa leży w szpitalu z kulą w plecach. Nie istnieje nic dostatecznie dużego, co mogłoby przysłonić nas na ich radarze, no chyba że Hong Kong postanowi nagle odseparować się od Chin.
Spojrzenie, którym odpowiada Miriam, każe mu wzruszyć obojętnie ramionami. Międzynarodowy pościg nie jest jedyną rzeczą nadwerężającą jego nerwy. Owszem, natrętna uporczywość całkowicie odpowiada charakterowi Arthura, z drugiej strony nawał wiadomości od niego staje się tym dziwniejszy, im dłużej Eames o tym myśli. Są przecież inni fałszerze, dla osoby pokroju Arthura łatwiejsi we współpracy niż Eames, co do jednego wierni ekstrakcji i żałośnie uzależnieni od schodzenia w sztuczny sen.
Inaczej sam do Ciebie przyjadę, zapowiedział, a raczej zagroził Arthur. Sytuacja jest wystarczająco napięta, Eames nie potrzebuje dodatkowych komplikacji związanych z oferowaną przez niego pracą, na czym by nie polegała.
Ukoronowaniem wszystkiego okazuje się propozycja, z którą Frank wraca po masażu. Absolutnie nie daje się od niej odwieść, niezależnie od ilości uszczypliwych drwin Eamesa, że wcale nie chodzi o okazję do ubicia interesu, ale o ukrywający się pod nią przejaw kryzysu wieku średniego.
— Przydadzą nam się lokalne kontakty, skoro zostajemy tu tydzień dłużej — podkreśla w końcu Miriam, jak zwykle stając w opozycji wobec Eamesa. — Nauczyliśmy się już tego, prawda? A że ludzie Denga definitywnie wypadli z gry, nie mamy raczej w czym przebierać.
Frank powtarza ściszonym z konieczności głosem — hotelowa jadalnia jest niewielka — że to żadna gorąca robota, że chodzi tylko o drobiazg, na który miejscowe władze zwykły przymykać oko. Masaże erotyczne dla wysoko postawionych biznesmenów i turystów. Striptiz, czasem jakieś małe fellatio na boku.
— Czyli nie stać nas w tej chwili na nic lepszego niż pośrednie kuplerstwo? — pyta Eames, doprowadzony na skraj cierpliwości.
— Co? — Frank jest naprawdę nie do pobicia. Potrafi wyrazić oburzenie w sposób tak dobroduszny, jakby dyskutowali o ogrodzeniu swojej posiadłości płotem wyższym o centymetr niż zezwalają przepisy, a nie o skierowaniu rodziny na nowy, grząski grunt. — Facet ma szwagra, który jest szychą w armii z bardzo korzystnymi dojściami w partii. Od nas potrzebuje tylko trochę gotówki na rozruch i pomocy z ulokowaniem zysków za granicą. Julie może znaleźć mu jakąś siedzibę, a bardziej podejrzane szczegóły pozostawimy Mario i jego kompanii.
Oczywiście Miriam reaguje śmiechem. Gałąź rodziny z wujem Mario na czele specjalizuje się w podrabianiu oznaczeń skradzionych luksusowych samochodów i rozprowadzaniu ich po Europie Wschodniej. Smykałka do rozbrajania GPS-ów i ścierania numerów seryjnych nie znaczy jeszcze, że będą w stanie przerzucić się na nieco ciemniejsze interesy bez oberwania po dupie.
— Przestańcie, dzieciaki — mówi Frank. — Poznaj przynajmniej tych gości, Eames.
Problem przy pracy z rodziną polega na tym, że wchodzi się w coś wspólnie. Lepiej więc sabotować to od samego początku, niż później przebijać się na wolność z bronią w ręku.
— Jasne — odpowiada. — Z chęcią.
**
Eames rozwija papier na tylnym siedzeniu taksówki, którą wraca z lotniska, i grzebie w znajdujących się w paczce broszurach, dopóki nie znajduje trzech ukrytych pomiędzy nimi wietnamskich wiz. Dzięki temu są teraz o krok bliżej domu.
Tarcza cyfrowego zegara wskazuje 12:15. Muzeum Sztuk Pięknych, południe, tak brzmiała dzisiejsza poranna wiadomość od Arthura. Jesteś potrzebny.
Taksówka minie za chwilę to miejsce. Eames wciąż mógłby zdążyć, pod warunkiem, że Arthur umie cierpliwie czekać. Nie zaszkodzi zaspokoić ciekawości, co takiego ma do zaoferowania i dlaczego życzy sobie akurat umiejętności Eamesa. Po mało przyjemnych wrażeniach ostatniego tygodnia odrobina dobrej rozrywki byłaby rzeczą nie do pogardzenia. Mógłby poudawać trudno dostępnego i odpłacić się za kręcenie nosem na większość swoich tworzonych z wysiłkiem pomysłów, zanim Arthur uznał je za godne wprowadzenia do planu.
— Dzięki, wysiądę tutaj — mówi do kierowcy, wskazując w bok, po czym zjeżdżają ostro przez zatłoczony pas ruchu w kierunku krawężnika.
Czarna limuzyna, podążająca trzy samochody za nimi, powtarza ich manewr.
Eames pospiesznie zwija paczkę i biegnie przed siebie, na ile pozwala mu znajomość terenu. Po lewej ma szerokie, proste aleje prowadzące do mauzoleum Ho Chi Minha i siłą rzeczy pełne policji. Z drugiej strony znajduje się bóg jeden wie co. Przed sobą widzi wylot kilku obiecująco ciasnych uliczek. Decyduje się spróbować szczęścia w ich plątaninie i pędzi w tamtym kierunku.
Dwa czy trzy głosy, które słyszy za sobą, brzmią jak dobrze wytrenowane, sugerując zgrany zespół, zapewne część jakichś organów ścigania. Eames wpada w pierwszą z brzegu wąską alejkę i biegnie tak szybko, jak tylko się da bez kolidowania z sunącym sznurem ludzi i drobnych pojazdów. Niestety, to jeden z tych momentów, kiedy przeklina każdą godzinę spędzoną na siłowni z ciężarkami lub workiem bokserskim, bo ile by nie lawirował między tłumem, torując sobie drogę ramionami, przebija się przez niego jak taran i pozostawia pustą przesiekę, która wskazuje jego położenie niczym strzałka na diagramie.
Unika zderzenia z rowerem, potyka się lekko i pędzi dalej. Koszmarnym zrządzeniem losu alejka prowadzi go trasą równoległą do opuszczonego przed chwilą bulwaru i wcale nie znika w labiryncie, na jaki liczył. W dodatku autorytatywne okrzyki za jego plecami wskazują, że do pogoni dołączyło kilku kolejnych funkcjonariuszy. Eames wyławia wizy z paczki i ciska bezużyteczne broszurki do pustego korytarza za mijaną w biegu bramą. O ile zmysł orientacji nie opuścił go kompletnie, alejka wyjdzie z powrotem na otwartą przestrzeń przed muzeum. Skręca w prawo, przepycha się przez mały targ warzywny i zatrzymuje za grupą turystów skupioną wokół stoiska z lodami — prowizoryczna oaza wytchnienia. Na najbliższym rogu, przy skrzyżowaniu z większą ulicą, zatrzymuje się błyskający światłami wóz policyjny.
— Eames!
Arthur, wyminąwszy slalomem stojące na jego drodze przeszkody, hamuje chwiejnie motocykl, na którego bagażniku piętrzą się skrzynki z chińską kapustą. Jego włosy skrywa nasunięta na czoło bejsbolówka, a pierś przecina rzemień przełożonej przez ramię torby.
— Dalej, pospiesz się!
Eames już dawno rozstałby się z tym światem, gdyby nie wiedział, jak na pierwszy rzut oka rozpoznać i skorzystać z nadarzającej się okazji. Przerzuca nogę nad tylnym siodełkiem i chwyta się boków Arthura, zanim duma nakaże mu wysłać go w diabły. Arthur bez chwili zwłoki podejmuje niezręczną jazdę i włącza się w sznur ciągnących główną ulicą pojazdów. Jeśli dopisze im szczęście, nikt ze ścigających nie pomyśli o rozglądaniu się za dwoma motocyklistami.
— Jakie tempo da się wyciągnąć z tej maszyny?
— Skąd mam wiedzieć, do cholery? — warczy Arthur tonem jeszcze zimniejszym niż ten, którym zwykł zwracać się do Eamesa. — Jest moją własnością najwyżej od trzech minut.
— Dobry moment, żeby się przekonać.
Arthur woli jednak skierować motor na drugą stronę bulwaru i skręcić w najbliższą przecznicę.
— Nie wystarczyło ci sceny przed chwilą? Chcesz, żebym przekroczył dozwoloną prędkość w samym centrum miasta? Jezu, nie będę robił większego przedstawienia niż to teraz konieczne.
Rozdrażniony, pokonuje jeszcze kilkaset metrów, a gdy tylko wjeżdżają do cichej biznesowej dzielnicy, zatrzymuje motor przed jednym z biurowców. Zsiada, zdejmuje czapkę i wręcza ją Eamesowi.
— Załóż.
Zsuwa z ramion obszerną, drukowaną w hawajski wzór koszulę i również podsuwa ją Eamesowi pod nos. Materiał opina się nieprzyjemnie na barkach, ale kleksy jaskrawej żółci i błękitu zdołają zmylić oko każdego, kto będzie szukał kolorów, które Eames miał na sobie chwilę wcześniej. W noszonej pod spodem koszulce i z wilgotnymi, wijącymi się włosami, przysłaniającymi jedną brew, Arthur jest niemal nie do poznania i nieprawdopodobnie daleki od zapamiętanego przez Eamesa sztywnego formalisty. Jego rozkazujący ton brzmi jednak dokładnie tak samo jak zawsze.
— Tędy — mówi, jakby dokoptowanie Eamesa do drużyny było już faktem dokonanym.
Sposób, w jaki przygląda się każdej mijanej postaci, rowerowi lub wystawie sklepowej, udając żywą ciekawość turysty, zdradza, że przybył na spotkanie sam, bez nikogo, kto mógłby osłaniać mu plecy. Skręcają za róg, a potem Arthur wciąga Eamesa przez otwarte drzwi sklepu z artykułami elektronicznymi i prowadzi go przez labirynt ułożonego w wysokie stosy towaru za ekran telewizora plazmowego, przez cały czas nie spuszczając z oczu wejścia. Właściciel sklepu rozmawia przez telefon, pochylony nad ladą w odległym rogu pomieszczenia.
— Straciłem sporo gotówki na ten motor. Mniej więcej dwa tysiące. Nie odciągnę ci ich od honorarium, o ile dogadamy się co do reszty warunków.
Kompromitacja przed profesjonalistą jest już dostatecznie niemiła. A przecież Arthur to pieprzony amator: nie skalałby pracą swoich białych jak lilie dłoni rozpieszczonego luksusowym życiem nieroba z wyższych sfer, gdyby los nie zetknął go przypadkowo z senną ekstrakcją. Jeśli w grę wchodziłby pościg z prawdziwego zdarzenia, Eames nigdy nie postawiłby na Arthura jako na osobę potrafiącą wydostać ich spod ostrzału. A już na pewno nie na jawie.
— Jak zwykle się przeceniasz, Arthurze. Dzięki za podwiezienie. Zwrócę ci tę małą inwestycję.
Gdy Arthur wsuwa kluczyki od motoru do torby, Eames dostrzega w niej rękojeść pistoletu, który sprawia wrażenie pochodzącego z czasów tuż po wojnie wietnamskiej, i zastanawia się, gdzie Arthur tak szybko znalazł miejscowego dostawcę.
— Dziesięć minut — odpowiada Arthur, zastępując Eamesowi drogę. Każdy inny człowiek zacząłby od uśmiechu, ale nie on. — Nie zaszkodzi ci trochę poczekać. Wysłuchaj mnie.
Eames kieruje uwagę na zestaw głośników i postanawia dać mu szansę.
— Zakładam, że jesteś wmieszany w rozróbę w Makao?
Eames nie komentuje.
— Dziwię się — ciągnie Arthur. — Słyszałem, że było nieciekawie.
Mówi to tak, jakby ktoś został zabity albo złapany, co — przynajmniej na razie — nie odpowiada prawdzie. Niemniej zbłąkana kula wystrzelona przez ludzi Denga trafiła żonę prezesa, powodując wielką chryję, i jeśli któreś z nich wpadnie w łapy chińskim służbom bezpieczeństwa, „nieciekawie” może okazać się określeniem bardzo adekwatnym do sytuacji.
— Daruj sobie towarzyskie pogaduszki — ucina temat Eames i dopiero moment później dociera do niego, że być może w słowach Arthura krył się komplement.
Arthur zakłada ręce za plecami niczym pertraktujący biznesmen i przybiera tę samą autorytatywną postawę, która doprowadzała Eamesa do szału podczas ich wszystkich wspólnych akcji.
— Dobra. Jak wyglądają twoje obecne stosunki z Cobolem?
— O nie. Nawet, kurwa, nie zaczynaj. Coś poza tym?
Arthur nie reaguje najmniejszym ruchem. Wrażenie, że drgnął, musi być złudzeniem wywołanym przez odblask ekranu telewizora w jego oczach.
— Przestań, Eames. Gadaj, tak czy nie: masz wobec nich długoterminowe zobowiązania?
Chociaż Eames wciąż woli niczego nie zdradzać, bez wahania wyraża pogardliwym prychnięciem swoją opinię o siedzeniu w czyjejś kieszeni.
Arthur rzuca kolejne ostrożne spojrzenie na drzwi i czeka. Eames wzdycha.
— Nie mam wobec nich żadnych zobowiązań. Wobec ciebie też nie. Przyjmij to wreszcie do wiadomości albo znajdę sposób, żeby wbić ci to do łba na stałe.
— W porządku, pojąłem — odpowiada Arthur opryskliwie, jakby fakt, że Eames nie rozpływa się z zachwytu nad jego ofertą, był czymś wielce niezrozumiałym. — W zeszłym roku pracowałeś dla nich przez dwa tygodnie w Kisumu, poza tym, jak słyszałem, zatrzymałeś się w Nairobi w drodze na wybrzeże. O co chodziło?
— To, Arthurze, było prywatne zlecenie, które nic cię nie powinno obchodzić. — Eames patrzy, jak Arthur odsyła właściciela sklepu machnięciem ręki i markuje zainteresowanie najbliższym odbiornikiem. — Nigdy nie dopuściłbyś mnie w pobliże Saito, gdybyś był przekonany, że jestem na usługach Cobola. Trochę za późno, by to rozgrzebywać, nie sądzisz?
Porzuciwszy niezbyt przekonującą zabawę z pokrętłami głośnika, Arthur mierzy Eamesa surowym spojrzeniem.
— Chcę wiedzieć, czy zdecydowałbyś się działać przeciwko nim.
Nareszcie wszystko wskakuje na swoje miejsce. Upór Arthura. Wysokie ryzyko. Szczególne skupienie na Eamesie.
— Ach. — Eames rozluźnia napięte ramiona. Cała irytacja znika, bo wie teraz, na czym stoi i absolutnie nic nie nakazuje mu dbać o delikatne podejście do sprawy. — Ta robota z Saito, którą spieprzyłeś. Twój genialny chłoptaś Dominick wcale nie spisał się aż tak wspaniale, jak mieliście nadzieję, prawda?
Arthur utrzymuje starannie obojętny wyraz twarzy.
— Czy on w ogóle próbował zrobić coś sensownego? — ciągnie Eames. — Czy też pozostawił kolejną bombę zegarową w twoich jakże umiejętnych rękach?
Biedny Arthur. Nawet w dobrej formie nigdy nie potrafił przegrywać.
— Odpowiedz na moje pytanie.
Eames szczerzy zęby.
— Czyli wyznaczono nagrodę za twoją głowę. Chyba wysłucham wszystkiego, co masz na ten temat do powiedzenia. A potem się zobaczy, co?
Wyłącza telewizor i rusza do wyjścia.
**
Siedzą przy tylnej ścianie baru oferującego zupę pho; Eames niespiesznie wybiera kawałki wołowiny spomiędzy chaosu kiełków sojowych i makaronu ryżowego. Co ciekawe, gdy kieruje rozmowę na obecną sytuację, Arthur zaczyna od aluzji, w jakim niebezpieczeństwie znajduje się Cobb i wspomina po imieniu jego dzieci, jak gdyby podobne argumenty mogły mieć jakikolwiek wpływ na Eamesa.
— Co za szkoda — komentuje Eames ze współczuciem — że ich ojciec wolał narobić sobie wrogów zamiast przyjaciół.
Dostrzega dobrze znany wyraz twarzy: Arthur zwalcza w sobie chęć, by ulec prowokacji.
— Słuchaj, ta robota to dla ciebie pestka. Nie chodzi nawet o fałszerstwo. Po prostu potrzebna mi osoba, która przemyciłaby mnie do głównej siedziby Cobola.
— W Nairobi?
— Albo w fabryce w Kisumu.
— Żadna różnica — mówi Eames. — Cała załoga, co do jednego prostego robotnika, jest pod stałą obserwacją, łącznie z ich własną ekipą sprzątającą. A ludzie na wyższych stanowiskach mają uzbrojoną podświadomość. Wszyscy bez wyjątku.
Arthur splata dłonie, nie tykając swojej stygnącej herbaty.
— To nie gra roli. Nie planuję ekstrakcji.
Zazwyczaj Eames umie docenić, kiedy ktoś prostuje jego błędne założenia, jednak to oświadczenie pozostawia po sobie przykry posmak.
— Rozumiem — mówi, trącając łyżką splątane listki mięty i kolendry. — Cóż, nie przeprowadzam zamachów. Nie jestem płatnym mordercą. Gdybyś zwrócił się z tym do mnie nieco uprzejmiej, być może podałbym ci jakieś nazwisko.
Arthur pochyla się na stołem. Światło jarzeniówki uwidacznia błyszczącą tłusto skórę po bokach nosa, nieświeżą nasadę włosów i bezsenność czającą się w kącikach oczu. Ton jego głosu zdradza bliski koniec cierpliwości.
— Nie potrzebuję twoich pokątnych kontaktów, Eames. Mam własne. Po prostu załatw mi dostęp do fabryki i potem z niej wyprowadź. A jeśli istnieje obawa, że rozmyślania o zasadach moralnych spędzą ci sen z powiek, dostaniesz sto tysięcy, które pomogą ci ją rozwiać.
To śmiertelnie poważne pieniądze — określenie jak najbardziej na miejscu, skoro w rachubę wchodzi ryzyko rozgniewania bogatego i nader pamiętliwego klienta z udziałami we wszystkim, co ma jakiś związek z ropą naftową, gazem ziemnym i wydobyciem minerałów na kontynencie afrykańskim.
— Zastanów się — ponagla Arthur, nieustannie zerkając to na główne wejście, to na tylne drzwi. — Suma nie jest ostateczna.
Cobol ma bezdenne kieszenie. Eames wyobraża sobie Arthura prowadzącego dokładnie tę samą dyskusję z najróżniejszymi ludźmi, którym musiał dać w łapę, żeby przeżyć do tej pory. Z pewnością nie wymigał się tanim kosztem, a jeśli dobrze sięgnąć pamięcią, zawsze prowadził własną grę i nigdy nie prosił nikogo o przysługę ani sam nie był o nią proszony. Jako człowiek niekłopoczący się inwestowaniem w przyjazne partnerstwo musiał zapłacić za lojalność wysoką cenę — bardzo wysoką, jeżeli powaga jego sytuacji stała się znanym faktem. Cud, że zostały mu jeszcze ze dwie setki na targowanie się z Eamesem.
— Cobb się do tego dołożył?
Cobb jest ogólnie lubiany, przynajmniej przez tych, którzy nie doświadczyli na własnej skórze jego skłonności do egoistycznych numerów. Bardziej lubiany niż Arthur. W dodatku otaczający go nimb wielkiej tragedii wbudza odruchy opiekuńcze u pewnego rodzaju osób.
— Co cię obchodzi, skąd te pieniądze? — I oto pojawia się Arthur zawzięty, Arthur nietolerujący wybiegów, wkurzony na tyle, by zapomnieć, że powinien obchodzić się z Eamesem jak z jajkiem, skoro stara się go zwerbować, i wściekły bardziej, niż zasługuje na to jego prosta ciekawość. — Skoro mówię, że je dostaniesz, to dostaniesz.
Eames o tym wie. Nawet poruszając się po peryferiach branży współśnienia, dysponuje jej dostateczną znajomością, a jedyni ludzie twierdzący, że Arthur ich oszukał, to ci, którzy sami nie wzbudzają najmniejszego zaufania.
Woli jednak zachować ostrożność.
— Czy nie wspominałeś wcześniej, że działasz sam? Bo mam wrażenie, jakbyś wciąż pracował dla Cobba.
Arthur to typ człowieka, który zawsze ma latarkę w kieszeni, gdy światło zgaśnie nieoczekiwanie w środku roboty, albo kawałek liny o odpowiedniej długości, albo dorobiony klucz do skrzynki pocztowej ofiary. Niestety, brak mu najmniejszego wyczucia w ocenie charakterów — inaczej nigdy nie pozwoliłby dobierać składu zespołu komuś tak nieobliczalnemu jak Cobb.
— Wyświadczyłbyś Domowi przysługę — mówi Arthur.
Najwyraźniej sądzi, że jego stosunki zawodowe z Eamesem są zepsute do tego stopnia, iż powoływanie się na tego zakłamanego zasrańca daje mu lepsze szanse na powodzenie niż bezpośrednia prośba o pomoc dla siebie.
— Nie jestem mu winien żadnej przysługi — odpowiada Eames z zadowoleniem. — Dzięki za obiad. Nie sprawiaj mi więcej problemów, inaczej sam cię wydam i zainkasuję nagrodę.
**
Czuje się nieco urażony w imieniu Arthura, gdy dzwoni do domu i łapie Celine w jej półlegalnym laboratorium farmaceutycznym, by się dowiedzieć, jak wysoka jest właściwie nagroda — odrobinę wyższa niż za głowę Cobba, niemniej wciąż za mała, by być wartą zachodu po skalkulowaniu z kosztem i ryzykiem obejścia wysoce profesjonalnego systemu obronnego Arthura. Niemniej jakaś osoba w Cobol Engineering musi mieć łeb na karku, bo jeśli zostanie wydany, to na pewno nie dla pieniędzy. Jego kompetencje, niezależność i zdystansowanie sprawiły, że słynie z arogancji nawet wśród tych, którzy nigdy nie zetknęli się z nim osobiście. W końcu ktoś go zdradzi, choćby tylko dla samej satysfakcji.
Eames może też sobie wyobrazić, jaki typ byłby do tego zdolny. Pierwsza generacja specjalistów od współśnienia — generacja Arthura i Cobba, wyszkolona technicznie i przepełniona żywą, intelektualną ciekawością — powoli ustępuje pola nowemu pokoleniu, którego prekursorem był Eames. Zorganizowana przestępczość pragnie wycisnąć swój udział z branży i z biegiem czasu dopina swego. Nawet elitarni, wyposażeni w legalne dyplomy farmaceuci i chemicy cofają się przed amatorami wyspecjalizowanymi w handlu amfetaminą, takimi jak Belanova albo bracia Tierney.
Cobb skończył z interesem. Mal nie żyje. Siatka szanghajska stopniowo przeszła na legalną działalność. Zespół da Souzy wylizuje rany po dwóch nieprzyjemnych porażkach. Wykończenie Arthura przypominałoby obalenie pomnika zdetronizowanego tyrana, nie licząc zwycięstwa powszechnej opinii, że już od dawna należy mu się nauczka.
W okrężnej drodze powrotnej do hotelu, dla zatarcia śladów przemykając przez place targowe i zatłoczone uliczki, Eames rozważa, czy istnieje coś, co mógłby mu zaoferować, na przykład znajomego, na którego dałoby się zrzucić tę robotę. W efekcie jednak sprawa wygląda tak, że Arthur sam pracowicie kopał sobie ten dołek przez każdą wyniosłą minutę każdego wyniosłego dnia całej swojej pierdolonej wyniosłej kariery. A to już nie problem Eamesa.
**
Późnym popołudniem, wbrew nieustannemu przypominaniu sobie, że taktyka myszy siedzącej pod miotłą jest teraz ważniejsza niż kiedykolwiek, ciska na bok przewodnik, z którego przez cały dzień zdołał przetrawić najwyżej pół strony. Sięga po portfel i ciemne okulary.
— Hej…! — Zza zamkniętych drzwi dobiega głos Miriam, która musiała usłyszeć jego kroki.
Testuje różne kolory farby do smoczej wazy na potłuczonych terakotowych skorupach, dobierając odcienie błękitu i zmętniałej przez wieki bieli. Eames uświadamia sobie z nagłym niepokojem, ile godzin pracy będzie wymagało skopiowanie wzoru na misę i talerz.
Mówi jej, że wybiera się obejrzeć tereny sąsiadujące z salonem masażu, w który chce zainwestować Frank, położone na wschodnim brzegu rzeki — i w trakcie wyjaśnień rzeczywiście decyduje się tam pójść.
— Czyli też w to wchodzisz? — pyta Miriam z powątpiewaniem, prostując się na krześle i rozciągając mięśnie pleców. — Co z wyjazdem do Warny, gdy skończymy tutaj? Charlie twierdził, że jesteś mu potrzebny.
Bywają dni, kiedy Eamesowi wydaje się, że żyje z terminarzem w ręku, ma sekretarkę i zasrane miniaturowe biuro za przepierzeniem, zalane wywołującym depresję światłem jarzeniówki. Patrzy przez okno. W budynku naprzeciwko dostrzega dziewczynę w białej szkolnej bluzce i czerwonym krawacie. Trzyma w dłoni ołówek i wodzi nim w zamyśleniu nad otwartą książką.
— Możliwe, że wpadnie mi coś innego — odpowiada. — A tak swoją drogą, jego ofertę można rozbić o kant dupy.
Miriam wybucha śmiechem.
— Szwindel z nieruchomościami spadł już poniżej twojego poziomu, co?
Targi ożywią się późnym popołudniem. Zapełnią plotkami, przekrzykiwaniem o ceny i związanymi w pęki rakami wijącymi się w wiadrach.
— Wolę kop adrenaliny zamiast skurczu palców przy wypisywaniu dokumentów dla jakichś szemranych inwestorów. Prawdopodobnie ta zabawa w papierki to dla Charliego raj na ziemi, ale dla mnie sprowadziłaby się do hurtowego produkowania fałszywych aktów posiadania i na koniec do grożenia pistoletem, żeby nasi tak zwani kontrahenci, gdy już zrozumieją wszystko, pogodzili się ze stratą i zmyli bez gadania. Każda małpa poradzi sobie z podobną robotą. Nawet Freddy.
Miriam rozgląda się, sprawdzając, czy schody prowadzące do pokoju Franka na pierwszym piętrze są puste.
— Gdybyś wcisnął Vince’owi i Freddy’emu broń do ręki, kiedy naprawdę trzeba pociągnąć za spust, ojciec przyklasnąłby ci jako pierwszy. Niestety, nie istnieją słowa na tyle proste, by wyjaśnić im, na czym polega blef. — Jej mina twardnieje. — A nie przyszła ci do głowy inna możliwość? Że poprosił cię jako członka rodziny, bo chciał zaoszczędzić?
Szczerze mówiąc, Eames nie wybiegał myślami poza fakt, że oszustwa gospodarcze są nudne jak flaki z olejem w porównaniu z okradaniem obcych wojsk lub uzbrojonych po zęby miliarderów. Zajęcie, którym trudni się jego brat, prowadzi małymi kroczkami w kierunku legalnej strony interesu.
— To i tak nie najlepszy pomysł, żebyśmy pracowali razem. A przynajmniej nie przed powrotem taty na scenę.
Miriam zastanawia się przez moment.
— Dostałam robotę w Hadze. Krótka akcja w laboratorium badawczym, wpad i wypad. Szczegóły prawie skonkretyzowane. Reggie składa zespół. Żadnych papierków — dodaje po chwili.
Eames zakłada bejsbolówkę Arthura.
— Pracuj pilnie, mała.
Przechodzi przez most i zapuszcza się w głąb dzielnicy na drugim brzegu rzeki, na tyle, by nabrać orientacji w gąszczu podobnych do siebie uliczek, i zawraca, zanim jego obecność z dala od szlaków turystycznych zacznie wzbudzać podejrzenia. Cudzoziemcowi trudno wpasować się w tutejszy krajobraz. Mija wciśnięty między magazyny banalny melanż wąskich wystaw sklepowych i drobnych prywatnych stoisk oferujących przygotowywane i sprzedawane na ulicy dania. Oto prawdziwe oblicze Hanoi, schowane za fasadą skrzętności. Wydobywa banknot o wartości pięciu tysięcy dongów, żeby zapłacić za małą butelkę wody.
— Jeden dolar — mówi sprzedawca, który mógłby być zarówno rówieśnikiem Eamesa, jak i dobrze trzymającym się pięćdziesięciolatkiem.
Eames każe mu dorzucić kiść bananów i trochę gumy do żucia.
Bary są jeszcze nieczynne, więc trudno orzec, który z nich proponuje nieoficjalne usługi. Eames obserwuje kątem oka grupki mężczyzn zajętych rozmową albo grzebaniem w motorowerach i próbuje wyłowić tych właściwych. Handel seksem przyciąga szczególny typ ludzi, wystarczająco śmiałych, by zlekceważyć prawo, ale zbyt ostrożnych, by wchodzić w kontakty bardziej niebezpieczne niż te ze zdemoralizowanymi kobietami, które nie mogą liczyć na pomoc żyjących na prowincji rodzin. Dla szanującego się mężczyzny zorganizowana prostytucja nie wchodzi w grę.
Jeśli plan Eamesa wypali, przycisną właścicieli odpowiednich klubów do muru i w ten sposób uzyskają informacje o lepszych i bardziej wpływowych kontaktach — czyli o kimś, kogo zainteresuje oferta, jaką mogą mu złożyć — a potem pozbyć się ich, zanim wszystko się rozkręci. Będzie musiał namówić Franka na przyspieszenie wyznaczonego na jutro spotkania, żeby lepiej wybadać teren.
Po powrocie pod hotel dostrzega po drugiej stronie ulicy Arthura, który siedzi przed sklepem z artykułami żelaznymi z zestawem śrubokrętów w ręku i dyskutuje z właścicielem oraz jego synem w wieku uniwersyteckim, spędzającym zwykle u ojca przerwę obiadową. Arthur, rozparty wygodnie na plastykowym krzesełku, dobrze harmonizuje z tłem w niebiesko-czarnej piłkarskiej koszulce z syntetyku, mogącej jak najbardziej pochodzić z jednego ze stoisk na targu. Jednak Eames wie, na co patrzeć. Zegarek na nadgarstku Arthura odznacza się zdecydowanie europejską prostotą. Nowe sandały pozostawiły otarcia na nagich stopach. Drugi palec u nogi Arthura jest dłuższy od dużego i styka się z nim pod dziwnym kątem. Eames zapisuje ten fakt w pamięci obok innych bezużytecznych rzeczy, jakie wie o Arthurze, na wypadek, gdyby musiał go kiedyś podrobić we śnie lub zidentyfikować jego znajdującego się w niezbyt idealnym stanie trupa.
Arthur bez pośpiechu kończy opowieść o fabryce w Guangdong, po czym odwraca się do stojącego za jego ramieniem Eamesa.
Gdy tylko zamykają za sobą drzwi hotelowego pokoju, od razu przechodzi na szybszy tryb.
— Zdobyłem dodatkowe trzydzieści.
Umysł Eamesa zdążył już oswoić się z najgorszym z możliwych scenariuszy, wymagającym wydobycia noża z prawej kieszeni i zdecydowania, czy kąt uchylenia drzwi łazienki mógłby pomóc w ewentualnej walce wręcz. Musi zresetować myśli.
— Sto trzydzieści, Eames. Sto trzydzieści tysięcy plus dług wdzięczności, który spłacę ci w razie potrzeby.
Splata dłonie za plecami i czeka. Eames jest przyzwyczajony do negocjowania wysokości zapłaty, wie, jak stosować wszelkie chwyty — komercyjne, emocjonalne i egoistyczne — potrzebne do wywarcia presji w celu obniżenia lub podniesienia ceny. Skok o niemal jedną trzecią bez targowania to zwiastun desperacji. Albo niewątpliwego podstępu.
— Wreszcie wyciągnąłeś od Cobba jego działkę.
— Czemu tak zakładasz?
— Przestań. On się przecież z niczym nie kryje. Jego rodzina ma kasę. Luksusowe posiadłości, choćby na Rhode Island, dosłownie po sąsiedzku z Martha’s Vineyard.
Sztuczny spokój Arthura znika na ułamek sekundy i Eames dosłownie wyczuwa węchem jego irytację, równie silną co ta, jaką zwykł przejawiać przy naradach strategicznych, kiedy Eames bronił planu opartego na zbyt dużej dozie szczęśliwego trafu, a za małej ilości wykalkulowanego prawdopodobieństwa.
— Nie na Rhode Island, Eames, a na stałym lądzie, pięć mil od wybrzeża. Zresztą należą do jego ojczyma, z którym nie utrzymuje kontaktów. Po czternastu miesiącach krycia się przed światem nie pozostało mu nic i dopóki nie załatwię sprawy z Cobolem, nie będzie zdolny do najmniejszego ruchu. Możesz mi wierzyć albo nie, ale sprawdziłem dokładnie.
— Aż tak źle? — pyta Eames i decyduje, że sytuacja jest na tyle bezpieczna, by mógł usiąść na niezasłanym łóżku.
Arthur rzuca czujne, zestresowane spojrzenie na okno, jakby w zastępstwie za Eamesa.
— Suma, która wchodzi w rachubę, mówi sama za siebie. To chyba jasne. A teraz decyduj, żebyśmy mogli wreszcie zacząć.
Eames nie spieszy się z odpowiedzią. Opiera się na łokciu, ogarnięty uczuciem zbyt przyjemnym, by przejąć się faktem, że Arthur rejestruje w milczeniu każdą pozostawioną na widoku skarpetkę i szczoteczkę do zębów.
— Jeżeli Cobol mnie złapie albo choćby nabierze podejrzeń, już nigdy nie powierzy mi żadnej roboty i zniechęci do tego wszystkich, którzy chcą z nim współpracować. Jak wyceniasz dla mnie podobne ryzyko?
— Zawsze będziesz wolnym strzelcem. Cobol nie trzyma cię na smyczy i nie każe pracować wyłącznie dla siebie.
— Masz rację, łatwiej zdzierać z niego skórę ze zdrowego dystansu. Niemniej fakt pozostaje faktem: wolałbym robić to nadal.
— Słuchaj, jeśli to dla ciebie za mało, powiem szczerze, że marnujemy wzajemnie swój czas. W tej chwili nie dam rady skombinować większej kasy. Bierz albo rezygnuj.
Ultimatum takiego rodzaju stawiają ludzie, którzy w akcie desperacji wyłożyli właśnie na stół ostatniego ukrytego w rękawie asa. Więc Eames czeka. Odchyla głowę w tył, z przesadą odgrywając głęboki namysł. Spokojnie, przecież nad tak poważną propozycją trzeba się zastanowić. Naprawdę nie wie, jak stoi w rankingu Cobola po akcji z Fischerem i z całą pewnością nie jest na tyle naiwny, by zakładać, że nie skojarzyli daty jego zniknięcia z Mombasy z pojawieniem się tam Cobba.
— Słyszałem, że rozglądasz się za lokalnymi kontaktami — mówi Arthur. — Znam parę osób w Ministerstwie Spraw Zewnętrznych. Jestem w stanie wybadać tutejsze układy, podsunąć ci kogoś, kto mógłby pomóc. Albo podstawić nogę konkurencji, o ile chcesz.
Więc nie była to jednak ostatnia karta przetargowa. Eames przepracował całe swoje dorosłe życie po nielegalnej stronie wszelkiej maści interesów, a rodzina, z której się wywodzi, siedzi w tym od ponad dwóch pokoleń. Możliwe, że południowo-wschodnia Azja jest nowym rejonem ich działalności, jednak gra toczy się na tej samej zasadzie co zawsze.
— Rozumiem, że niełatwo będzie ci się z tym pogodzić, Arthurze, ale czasami „nie” znaczy po prostu „nie”.
Arthur nigdy nie miał zwyczaju kryć się ze swoim gniewem. Podczas ich pierwszego wspólnego zlecenia klient trzykrotnie o mały włos nie odwołał wszystkiego, za każdym razem z powodu pełnego wyższości spojrzenia albo dobitnego zwrotu, który wymykał się poirytowanemu Arthurowi. Ale teraz zachowuje doskonale obojętną minę.
— Przynajmniej jesteś ze mną szczery — odzywa się wreszcie i jednak marszczy czoło. — Posłuchaj, Eames. Wiem, że nie zawsze się ze sobą zgadzaliśmy. Nie masz wobec mnie żadnych zobowiązań. Niemniej chciałbym być pewny, że Cobol nie dowie się o moich zamiarach. W porządku?
Eames znowu zwleka z odpowiedzią. Nawet jeśli sympatia nakazuje mu odruchowo opowiedzieć się za Arthurem, bezlitośnie ściganym przez pozbawionego skrupułów, dysponującego znaczną przewagą przeciwnika, na wszelki wypadek decyduje zatrzymać ów fakt dla siebie.
— Jasne — potwierdza w końcu.
Arthur, zupełnie nietypowo, wyciąga rękę i potrząsa jego dłonią, jak gdyby bezpośredni dotyk mocniej pieczętował usta Eamesa i gwarantował dotrzymanie obietnicy. Uścisk jest zbyt silny, zdradza poziom stresu. Arthur wypuszcza palce Eamesa i zdaje się wahać.
— Wiesz, naprawdę to doceniam — mówi po chwili.
Sięga po przewieszoną przez ramię torbę, przesuwa przed siebie tak, by Eames mógł widzieć ją dokładnie, rozpina obie klamry i wydobywa złączony spinaczem plik papierów. Rzuca je na materac obok uda Eamesa.
— To kilka dziur, które mógłbyś załatać — informuje, ruszając do drzwi.
Rozsypane wachlarzowato dokumenty przedstawiają kolejno: zeskanowany akt zgonu dziadka Eamesa z zamazanym, lecz wciąż dającym się odcyfrować adresem w Pointe-Rouge, gdzie obecnie mieszkają Frank, Lydia, babka Margot i tymczasowo inni członkowie dalszej rodziny bez stałego miejsca pobytu, wniosek o budowę klubu Vince’a i Freddy’ego w Belsunce, wydruk mapy google ukazujący złomowisko samochodowe wuja Mario, lista członków paryskiego Saint-Germain FC zawierająca prawdziwe imię i nazwisko Alexa, nieostre zdjęcie Eamesa, zrobione podczas korporacyjnej roboty szpiegowskiej trzy lata temu, podpisane ręką Arthura trzema słowami James Arnaud Engelvin oraz trzema datami urodzenia, z których jedna jest absolutnie autentyczna.
— Czekaj! — woła za nim Eames.
Tym razem to Arthur się nie spieszy. Mija dłuższa chwila, zanim ponownie pojawia się w drzwiach.
— Nie wolno ci dowierzać nikomu, bo każdy może cię wydać — mówi Eames. — Jeśli chcesz załatwić sprawę z pomocą innej osoby, daj mi ją najpierw sprawdzić. I to jeszcze przed wyjazdem, bo nie dostaniesz ode mnie niczego na piśmie.
Arthur kiwa głową i nie próbuje żądać więcej.
Po jego wyjściu Eames zamyka drzwi na klucz i opróżnia wreszcie pełny pęcherz. W jego umyśle, zupełnie nieproszone, zaczynają układać się plany, jak sam wybrnąłby z kłopotów, gdyby znalazł się na miejscu Arthura. Wszystkie prowadzą do dwóch możliwych rozwiązań, przy czym oba łączą się z wejściem do głównej kwatery Cobola.
Intuicja nakazuje mu wyjrzeć przez okno. I bardzo dobrze. Na ulicy, przed hotelem, Arthur rozmawia z Miriam. Pusty plecak zwisający z jej ramienia znaczy, że prawdopodobnie wybiera się dokupić farbę lub glazurę do podrobienia skradzionych antyków. Zachowują ostrożny dystans, niemniej Miriam zdaje się nie traktować Arthura jako zagrożenia. Bo niby czemu? Eames powiedział jej tyle co nic, poza tym w tej chwili Arthur, mrużąc oczy w ostatnich promieniach słońca, wygląda, jakby nie był w stanie skrzywdzić muchy.
Arthur wygina usta w uśmiechu. Kieruje go do Miriam, ale na moment odwraca głowę i patrzy w górę, na okno. A kiedy wysoce zaalarmowany Eames wychodzi na zewnątrz, po obojgu nie ma już śladu.
**
Nieco później Eames musi wytrzymać godzinę na spotkaniu w klubie, udając zainteresowanie. Z wysiłkiem ogranicza nerwowy taniec nóg do niecierpliwego podrygiwania pod stołem zamiast dzikich podskoków, do których się rwą. Ich potencjalni nowi partnerzy w interesach to dwaj bracia tuż po trzydziestce oraz ich ciotka o niejasnym statusie. Różnice kulturowe sprawiają, że ciężko z nich cokolwiek wyczytać. Zachowują się bardziej efekciarsko od bandziorów, z jakimi Eames miał do czynienia w Makao, wykazują dużo większe skłonności do szpanowania swoimi kontaktami i wpływami, a młodszy z braci nie stara się ukryć nielegalnego K54 wetkniętego za pasek spodni. Instynkt podpowiada Eamesowi, że to prowincjonalne stroszenie piórek, niewykluczone jednak, że chodzi o coś subtelniejszego, coś, czego nie należy lekceważyć.
Oczywiście Miriam potrafi zadbać o własne bezpieczeństwo, ale nawet gdyby nie potrafiła, Eames nie jest w stanie wykombinować, w jaki sposób Arthur mógłby wykorzystać ją długofalowo do swoich celów. Niemniej nie wolno już uspokajać się jego brakiem zdolności do kreatywnego myślenia. W trakcie kilku ostatnich dni udało mu się zaskoczyć Eamesa znacznie bardziej niż w ciągu całej ich znajomości.
Ciotka obserwuje swoich pertraktujących krewniaków i skinieniem głowy wzywa barmana do podania drinków. Eames raczej ją lubi. Nawet toporne tłumaczenie starszego z braci nie tuszuje jej pozbawionego pyszałkowatości, rzeczowego podejścia do brudnej kwestii handlu ludźmi. I tak właśnie powinno być. Zmuszenie samotnej, bezbronnej kobiety do robienia tego, czego od niej wymagają, to żaden powód do przechwałek. Reszta polega na szczodrym przekupieniu władz i wyzbyciu się podstawowych ludzkich odruchów, a każdy, kto jest gotowy na coś takiego, powinien obrać sobie ambitniejsze cele niż interesy owocujące dość marnymi zyskami w przeliczeniu na kilogram żywego mięsa.
Eames nie zadaje się chętnie z alfonsami. Frank też nie, ale po wpadce w Makao obaj chcą wrócić do domu z czymś obiecującym.
Wypuszcza z palców zgiętą podstawkę pod szklankę i wsuwa ręce pod stół. Nie może sobie pozwolić na gierki z Arthurem. Da mu dwie opcje i dwie minuty na wybranie jednej z nich. Albo zdecyduje się zwrócić do najlepszej osoby kontaktowej Eamesa w Cobolu i postarać o ciche spotkanie, na którym może błagać lub targować się o swoje życie, albo musi liczyć się z tym, że Eames powie im dokładnie, gdzie go znajdą.
Ciotka kończy rozmowę w momencie, kiedy Frank już niemal wyciąga z braci nazwisko wojskowego dygnitarza, pomocnego w sytuacjach wymagających nagięcia przepisów prawnych. A gdy żegnają się uściskami dłoni, starszy brat wykrzykuje krótkie polecenie do barmana i moment później, mimo wyraźnych obiekcji ciotki, pojawiają się dwie młode kobiety.
— Wypróbuj, zanim kupisz — mówi brat, tryskając samozadowoleniem i szczerząc się w znaczącym uśmieszku sprzedawcy.
Dziewczyny wyglądają na branżowe weteranki, nie za blisko ani dolnej, ani górnej granicy dwudziestki. Lakier na ich paznokciach jest błyszczący, ale poodpryskiwany. Patrzą na Eamesa z jawnym znudzeniem — doświadczone ręce, które dobrze wiedzą, jak z precyzją stopera doprowadzić faceta do orgazmu podczas jakże wydajnego dziesięciominutowego masażu.
— Świetnie znam ten towar — odpowiada Eames. — Nie potrzebuję demonstracji, o ile nie dołączono do programu jakichś wyjątkowych elementów.
Frank, ojciec dwóch nadopiekuńczych, gorliwych, doskonale uzbrojonych synów i mąż kobiety z dynastii gangsterów, nie wydaje się zadowolony w drodze powrotnej do hotelu.
— To chyba nie twój dzień, Jimmy.
Eames wydłuża krok, wiedziony nie tyle niepokojem, co niechęcią do tracenia czasu.
— Nie przejmuj się. Następnym razem zajmę się nadętymi braciszkami, żeby się ich jak najszybciej pozbyć. A ty wydobędziesz informację od szefowej.
— Oto główka na karku naszej rodziny — mówi Frank przyjaznym tonem, pokrywając nim reprymendę rozpoznawalną dla każdego, kto zna go wystarczająco dobrze. A potem zwalnia i pozwala Eamesowi się wyprzedzić. — No już, pędź.
**
Bar za rogiem niedaleko hotelu jest otwierany przeważnie dopiero po zmroku, ale Miriam i Arthur są w środku, gdy Eames przekracza próg. Miriam lokalizuje z łatwością. Stoi w stożku białego światła, wyprężona do ambitnego strzału z kijkiem ułożonym pod śmiałym kątem — dobre sześćdziesiąt stopni — w stosunku do obciągniętej zielonym materiałem powierzchni stołu bilardowego. Odnalezienie Arthura w cieniach pod pozbawioną okien ścianą trwa nieco dłużej. Kiedy Miriam wreszcie wyprowadza strzał, Arthur obserwuje nieustanny ruch jej palców na trzonku kija znacznie pilniej niż uwypuklające się pod sukienką krągłości.
Bila odbija się od przeciwległej burty i trąca żółtą, która toczy się do łuzy naprzeciwko i zatrzymuje kilka centymetrów przed nią. Arthur zbliża się ze śmiechem i dotyka nagiego ramienia Miriam krawędzią jednej z dwóch trzymanych szklanek. Miriam odbiera od niego obie, upija łyk i przygląda się, jak Arthur składa się do swojego strzału. Robi to podejrzanie powoli, bez typowej dla siebie efektywności. Sprawia wrażenie odprężonego w sposób, jakiego Eames nie pamięta nawet ze snów. Włosy wpadają mu do oczu, kiedy odwraca głowę do tyłu, odzywając się do Miriam, i opuszcza ustawiony kijek, rezygnując ze strzału na rzecz tego, nad czym właśnie ze sobą dyskutują.
Arthur nie ma za grosz talentu do lekkich pogaduszek, jest za to kopalnią wiedzy na tematy zarówno oczywiste, jak i zupełnie nieoczekiwane, i zapewne wie, jak zakamuflować proces zdobywania informacji udawaniem prawdziwych kontaktów międzyludzkich. Nawet w chwilach, gdy się nie uśmiecha, w kącikach jego oczu czają się resztki ciepła, i Eames myśli, że Cobb to kompletny dureń, skoro wolał wcisnąć Arthurowi spluwę do ręki, zamiast wykorzystać go po nieuzbrojonej stronie ekstrakcji.
— No przecież je wyłapują — dobiega Eamesa jego głos, kiedy zamknięte drzwi tłumią wreszcie dźwięki z zewnątrz.
Arthur nachyla się płasko nad stołem, żeby przymierzyć się do białej bili pod pożądanym kątem. Mięśnie na jego plecach rozciągają się bez trudu.
— Tylko latem — odpowiada Miriam.
Arthur koncentruje się na bili, wyznaczając siłę uderzenia delikatnym ruchem kija wzdłuż kciuka, niemniej nie przestaje uważnie słuchać.
— Kierowniczka od akwizycji jest fanką kina. Co roku, bez wyjątku, wyjeżdża na festiwale do Cannes, Wenecji i Toronto.
Najwyraźniej rozmowa kręci się wokół jednej z galerii, z którymi Miriam łączyła okresowa współpraca, przydatna w szlifowaniu obecnych umiejętności. Zapewne Somerset. Temat zbacza odrobinę za blisko odkrycia tajemnic ich biznesu, nawet jeśli Arthur nie zalicza się do bezpośredniej konkurencji.
— Tylko w czasie jej nieobecności udaje się namówić ich na jakiś niewystarczająco udokumentowany eksponat. Z drugiej strony, gdy już go kupią…
Miriam urywa, robiąc przerwę na strzał, optymistycznie obliczony na posłanie żółtej bili na ukos od górnej krawędzi stołu, chociaż czerwona stanowi dużo lepszy cel, i leciuteńko pudłuje. Żótła kula odskakuje od narożników łuzy, nie chce jednak między nie wpaść.
— I właśnie dlatego rzecz jest warta zachodu — ciągnie Miriam. — Gdy tylko się zorientują, że ich naciągnięto, błagają na kolanach najbardziej poważanych ekspertów w Europie, żeby potwierdzili autentyczność obiektu, nieważne za jaką cenę.
Opiera się z rozmachem biodrem o stół i żółta bila wpada w końcu do dziury.
— Nieźle — śmieje się Arthur jak człowiek, którego życie wypełniają miłe rozmowy i pozbawione dramatyzmu zwroty akcji przy stole bilardowym. — Mocno ograniczone terytorialnie trzęsienie ziemi. Prawdziwa rzadkość pod tą szerokością geograficzną.
Eames przypomina sobie, jak rozpracowywali kiedyś pewien wewnętrzny system bezpieczeństwa na obrzeżach Darwin, gdzie nie było nic do roboty poza wchłanianiem tropikalnego żaru w przepocone koszulki, klejące się do ich udręczonych, nieprzystosowanych do australijskiego klimatu ciał, i opróżnianiem puszek piwa w sali bilardowej, dokąd uciekali przed najgorszym upałem. Arthur traktował wówczas grę niczym pojedynek na śmierć i życie i realizował swoją bezwzględną strategię nawet przeciwko Cobbowi, kłócąc się zażarcie o najdrobniejsze odstępstwo od reguł, jakby chodziło o poważną zbrodnię.
— Niestety, nie zakwalifikuję tego jako przypadku wystąpienia siły wyższej i uznam za faul — kończy Arthur z wciąż tym samym uśmiechem.
— To prywatna partyjka, Arthurze, czy można się przyłączyć?
Uśmiech gaśnie równie szybko co płomień świecy zdmuchnięty porywem powietrza. Arthur usztywnia plecy, upodabniając się do trzymanego przy boku kija, a całość wywołuje skojarzenie z żołnierzem oddającym honory starszemu stopniem oficerowi — albo stającym w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa.
— Twoja kolej — mówi bez zająknienia do Miriam i rusza w kierunku baru.
Miriam wita Eamesa upartym spojrzeniem. Eames przyciska jej kij do stołu.
— Jakiś problem, Jimmy? Chyba nie masz co do niego obaw? Jest godny zaufania.
— A ty wiesz o tym najlepiej, prawda?
— Sam tak mówiłeś.
Eames z całą pewnością nigdy tego nie twierdził.
— No dobra, prawie — prostuje Miriam, odtrącając jego rękę. — Powiedziałeś, że gdybyś przepadł kiedyś przy jakiejś robocie, mamy się zwrócić akurat do niego.
Eames opiera się o kant stołu i przypatruje jej zaciśniętej nie tylko ze skupienia na grze szczęce.
— Może miałem na myśli, że to on najprawdopodobniej będzie wiedział, gdzie zakopano mojego trupa.
— Nie, nie powiedziałeś tego takim tonem. — Mocnym uderzeniem wbija zieloną bilę, swoją ostatnią, i wiedzie wzrokiem za trasą rykoszetującej białej. — Utrzymywałeś też, że jest sztywniakiem tak wielkim, jakby ktoś wbił mu w dupę kij o rozmiarach widocznych z kosmosu — kończy już nieco ciszej.
Miriam sfinansowała sobie rok stażu w Londynie, sprzedając informacje o transakcjach na czarnym rynku dzieł sztuki i biorąc kasę od obu stron. Jej wykrywacz śmierdzących spraw jest zazwyczaj o wiele lepiej wyczulony niż w tej chwili.
— A ty koniecznie musisz przekonać się o tym sama, prawda, mała? — Eames zerka na Arthura, który przy barze wyciąga ze swojej pełnej niespodzianek torby kopertę, a z niej świeżutkie banknoty, żeby zapłacić za drinki. — Lepiej nie wkładaj w to serca. O ile on się w ogóle z kimś puszcza, to na pewno nie z ludźmi, z którymi robi interesy.
Zamiast odpowiedzieć, Miriam obiera za cel ostatnią z przeciętych białym paskiem bil Arthura, bezpiecznie schowaną za czarną, i zatapia ją jednym energicznym odbiciem.
— Przecież on jest w okolicy tylko przypadkiem, co nie?
— Tak ci powiedział?
— Nie. Powiedział, że próbuje namówić cię na robotę. — Miriam patrzy na Eamesa tak, jakby chciała wyczytać z jego twarzy, dlaczego miałby odrzucić grube pieniądze po tym, jak poświęcili zyski na wydostanie się z Makao. — Wiesz, że Charlie poradzi sobie w Warnie bez ciebie. A moja sprawa w Holandii może spokojnie poczekać.
Oczywiście że Eames się nad tym zastanawiał. Przejrzał swoje kontakty w głównej siedzibie Cobola i rozważał, czy może sobie pozwolić na utratę jednego z nich, jeśli zdecyduje się zrobić coś dla Arthura. Rozmyślania kończyły się nieodmiennie tym samym wnioskiem.
— Cobb ma go w kieszeni.
Eames w zasadzie nie potrzebuje substytutu matki, która kiedyś przyjechała do Francji z Oksfordu, żeby skonsultować z jego dziadkiem prowokacyjne tezy w swoim doktoracie z historii sztuki, spontanicznie wyszła za jego najmłodszego syna i pozostała na miejscu, dopóki dwójka urodzonych przez nią chłopców nie osiągnęła wieku szkolnego, po czym wywiozła ich obu do Marylebone, do mieszkania na czwartym piętrze, i co roku wysyłała do Marsylii na męczące bożonarodzeniowe nabożeństwo, chaotyczną familijną wieczerzę i przelotny wgląd w fascynujące rodzinne interesy, którym w efekcie obaj poświęcili się na stałe jako dorośli. Obecnie jednak matka Eamesa nie chce słuchać niczego na temat jego zajęcia, Miriam zaś robi to dosyć chętnie, kiedy ich zawodowa rywalizacja osiąga swój najniższy punkt między jedną robotą a drugą. Sprawa Fischera należała do tych, które po prostu musiały wkraść się do jednej z ich długich nocnych rozmów.
— Nadal? Po tym, jak zrobił was wszystkich w konia?
Eames odrywa strzępek filcu od krawędzi stołu.
— Och, Dom Cobb nie jest zdolny do popełniania błędów. Ten dupek skończył jakąś pierdoloną uczelnię należącą do Ivy League, masowo wypluwającą takich samych kutasów jak on, i miał stypendium na Sorbonie, więc oczywiście twój drogi Arthur uważa go za krzyżówkę Einsteina i Boga Wszechmogącego.
Nie przejmuje się wzrokiem Miriam.
— Aha, czyli w ten sposób radzisz mi, żebym się od niego odwaliła? — pyta, znowu skupiona na czarnej bili i zajęta testowaniem na sucho różnych kątów uderzenia.
Eames wzrusza ramionami.
— Podaję ci tylko fakty.
Miriam doprowadza analizę do końca i składa się do strzału.
— Zmienił ci się gust.
Gust Eamesa, jeśli chodzi o sporadyczne kontakty z mężczyznami, przychyla się ku tym raczej krótkotrwałym. Nic nieznaczące podrywy w klubach, na siłowniach albo w lepszych barach. Pracujący z nim faceci są absolutnie wykluczeni, chyba że — rzadko — chodzi o ten brawurowy, z góry skazany na niepowodzenie typ człowieka, który z pewnością nie utrzyma się w branży na tyle długo, by Eames natrafił na niego ponownie.
— Wiesz, że on puściłby cię kantem — mówi cicho, pochylając się nad uchem Miriam, bo Arthur stawia właśnie trzy puszki na przeciwległym rogu stołu.
— Tak sądzisz? — odszeptuje Miriam i uderza w czarną bilę ze zbyt dużą siłą, katapultując ją poza otwór bocznej kieszeni.
Przez kilka kolejnych minut polują na ostatnią bilę i popychają ją w bliskie sąsiedztwo łuz, pozornie niezdolni do jej wbicia. Niemniej beztroska atmosfera ulatnia się bez śladu, a lekka rozmowa nabiera ciężaru i zapada się pod nim ostatecznie, kiedy Arthur trafia pod czujną obserwację kogoś, kto go dobrze zna.
— Co za pech — komentuje Eames uszczypliwie kolejne niemal-trafienie.
Miriam rzuca kij na stół.
— Czasami rzeczy martwe są po prostu uparte. — Sięga po wypchany zakupami plecak, leżący pod stolikiem w rogu, i, czy to dla poprawy samopoczucia Arthura, czy dla zirytowania Eamesa, dodaje: — Bądź w kontakcie, Arthurze. Możliwe, że zażyczę sobie rewanżu, ale już gdzieś bliżej domu.
Arthur zastanawia się przez moment i znów błyska uśmiechem zupełnie niepasującym do człowieka, za którego głowę wyznaczono siedmiocyfrową sumę.
— Jasne. Daj mi tylko znać, gdzie.
Po wyjściu Miriam Eames wbija czarną bilę pierwszym strzałem, a Arthur przestaje się uśmiechać. Wybierają stolik z widokiem na drzwi.
— Dostałeś już moją odpowiedź. Więc co to, kurwa, ma być?
— Bez nerwów — mówi Arthur, sam ledwo spokojny, zaciskając dłonie na nietkniętej puszce piwa. — Wolno mi chyba zmienić zdanie?
— Wyłożyłeś już na stół wszystko, co masz. Niby czemu ja miałbym zmienić swoje?
Arthur koncentruje wzrok na punkcie powyżej ramienia Eamesa, jak zawsze, gdy szuka rozwiązania jakiegoś problemu, i Eames myśli, że nadeszła chwila, gdy wreszcie to usłyszy. Chwila, w której przetarg zostanie przeniesiony z płaszczyzny zawodowej na prywatną, pojawi się nawiązanie do ich wspólnej historii, nazwanie skakania sobie do oczu i rzadkich momentów nieoczekiwanego porozumienia czymś zbliżonym do przyjaźni na tyle, by móc poprosić o przysługę.
Zamiast tego Arthur mówi:
— Jestem otwarty na wszelkie sugestie.
Jak gdyby jedyną drogą do zaskarbienia sobie lojalności Eamesa było wytargowanie odpowiedniej sumy. Jak gdyby wśród wielu innych kandydatów wybrał akurat Eamesa, bo może go kupić za przystępną cenę.
Eames rozstawia szeroko nogi pod stołem, przybiera odprężoną pozycję na krześle i czeka, aż gniew opadnie w nim na tyle, by mógł wykorzystać go z klarownym umysłem.
— Byłem dziś po południu na spotkaniu. Chodzi o nielegalny bar z gołymi babami.
— Ten przy Jeziorze Zachodnim? — pyta Arthur.
— Owszem.
Miriam nie zdradziłaby rzeczy takiego kalibru jak lokalizacja, więc Arthur musi mieć inne źródła. Eames przypomina sobie dziewczynę śledzącą go pierwszego dnia w Hanoi.
— Wietnamczycy załatwiają interesy w całkiem cywilizowany sposób — ciągnie, torując sobie drogę do obranego celu. — Gdy już się dogadaliśmy co do kasy i terminu, jeden z nich zaproponował mi usługi zatrudnionej u niego damy, oczywiście na swój koszt. Dla osłodzenia transakcji.
Arthur śmieje się, jakby od lat gadali na podobne tematy.
— Chcesz, żebym załatwił ci panienkę, Eames? No przestań. Daj mi coś wymagającego.
Pora kończyć te wygłupy. Czasami jedyną metodą pozbycia się upartego klienta jest wyznaczenie zaporowej ceny.
— Nie masz żadnych panienek, Arthurze. Nie masz nawet Cobba. Masz już tylko siebie.
Arthur wygląda, jakby chciał go zamordować, tym razem nie metaforycznie, jak podczas ich odwiecznych kłótni nad strategią zadania. A potem prostuje się i mówi ostrożnie:
— Nie wiedziałem, że tak bardzo zależy ci na sprawach tego rodzaju. Możesz kupić je tu na ulicy, podobnie jak na całym świecie.
— Och, te sto trzydzieści tysięcy również zatrzymam.
— Nic z tego. Zmieniłeś podstawę umowy. — Arthur bierze wreszcie łyk piwa i mierzy Eamesa twardym wzrokiem. — Stawka spada o połowę.
Eames ma na podorędziu całą paletę min maskujących zaskoczenie. Wybiera tę najbardziej nieprzeniknioną. Arthur, z biznesową powagą, wciąż dyskutuje o warunkach, jakby zmiana waluty oznaczała zaledwie proste przeliczenie sumy.
— Wysoko się cenisz — mówi Eames. — Za brakującą resztę mógłbym kupić sobie własny burdel.
— No to kup sobie własny burdel.
— Sto dwadzieścia. Ale będziesz na każde moje skinienie, dopóki nie weźmiemy się za robotę.
Po raz pierwszy od rozpoczęcia rozmowy Arthur sprawia wrażenie lekko zdegustowanego. Opiera się o tył krzesła i pociąga długi łyk z puszki, potem jeszcze jeden, a zapadła cisza przypomina Eamesowi, że o ile nie ureguluje spraw z Cobolem, jego piwa mogą być rzeczywiście policzone.
— Siedemdziesiąt pięć — odzywa się w końcu Arthur tonem zarezerwowanym dla klientów podejrzanych o dwulicowość. — I będziesz trzymał się podstawowych zasad.
— Nie. Znasz jakość mojej pracy. Nie biorę na siebie idiotycznego ryzyka i nawet w snach nigdy nie ukatrupiłem nikogo dla samej zabawy. Jeżeli to ci nie wystarczy, odrzuć moją propozycję, bo, do cholery, nie dostaniesz pełnego pakietu praw cywilnych i politycznych.
Teraz Arthur powinien rzucić mu w twarz, że blefuje, wycofać się z umowy i spaść stąd w diabły do kogoś wystarczająco zdesperowanego, by wykonać dla niego to zadanie bez narzekania na despotyzm i brak pomysłowości.
Arthur robi coś innego.
— Dam ci sto. Za to chcę na jutro analizy wariantów możliwych rozwiązań. Nazwiska, dane, spis wymogów, wszystko wyszczególnione z góry. To będzie najgruntowniej przygotowane zlecenie w twoim życiu.
Jego rzeczowość wzbudza w Eamesie wątpliwości, czy aby na pewno dobrze zrozumiał nowe warunki ich kontraktu. Ale wtedy Arthur dodaje:
— I lepiej miej cholerną nadzieję, że nigdy nie znajdziesz się w sytuacji tak przesranej, żebyś musiał zwrócić się do mnie o pomoc.
Proszę, myśli Eames, kończąc drinka w towarzystwie pustego już krzesła. Wypowiedział wreszcie to słowo. Oszczędziłby im obydwu mnóstwa niepotrzebnych komplikacji, gdyby zdecydował się użyć go wcześniej.
